6 dni w Wiśle, dzień 5 i 6.

Dzień piąty to dość krótka trasa, ale i czasu było mniej niż zazwyczaj, gdyż wypadał 15 sierpnia więc rano wybraliśmy się do kościoła. Był to zabytkowy kościół znajdujący się niedaleko Łabajowa, z którego prowadziła nasza dzisiejsza trasa. Kościół jest o tyle ciekawy że jego drewniana wieża pochodzi z szesnastego wieku, natomiast sam kościół powstał w wieku dwudziestym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po mszy zatrzymaliśmy się by podziwiać jeden z największych wiaduktów kolejowych w Polsce znajdujący się właśnie nad doliną Łabajowa. Trasa, którą wybraliśmy wiodła w górę niebieskim szlakiem narciarskim, w dół natomiast zielonym szlakiem turystycznym. Ja podjechałam kolejką. Pamiętam że raz w życiu byłam tu na nartach. Nie lubię Stożka jako ośrodka narciarskiego, bo nie ma tu dla mnie trasy. Niebieska jest za łatwa (wiedzie de facto drogą), czarna za trudna. W lecie ze stoku korzystają ekstremalnie rowerzyści (tak nazywam amatorów downhillu). Uwaga organizacyjna dla chcących podjechać jak najwyżej samochodem. Ostatni, duży parking jest słabo oznakowany, dlatego warto jechać do końca nawet jak skończy się asfalt. Dopiero zakaz ruchu informuje nas że dalej jechać nie można. Podejście niebieskim szlakiem narciarskim okazało się tak łatwe, że pierwszy członek naszej grupy wszedł zanim ja zdążyłam wjechać kolejką. Ze stacji kolejki przeszliśmy się na Kyrkawicę– dużą wychodnię skalną. W Beskidzie Śląskim tak duże wychodnie skalne są rzadkością. Dodatkowo część mojej rodziny miała niezłą zabawę podczas wspinaczki. Trasę w dół również pokonałam kolejka, piechurzy natomiast zdobyli sam szczyt Stożka. Teoretycznie zielony szlak omija szczyt, ale jest na niego ścieżka. Podejście i zejście uświadomiło im dlaczego góra nosi taką a nie inną nazwę:) Całą opisaną pętlę można normalnie zrobić w około 2-2,5 h więc nie jest to wyczerpujące. Polecam tę trasę na dni, gdy akurat nie mamy ochoty sprawdzać granicy swoich możliwości, a jedynie miło spędzić czas w górach.

Ukoronowaniem naszego pobytu w Wiśle było zdobycie najwyższego szczytu szczytu Beskidu Śląskiego jakim jest Skrzyczne. Dla mnie była to kolejna wycieczka kolejką. Reszta mojej rodziny wybrała klasyczny niebieskich szlak prowadzący ze Szczyrku. Co do kolejki to muszę przyznać że choć jest wyremontowana, to jej cena nie zachęca do korzystania (49 PLN przejazd w obie strony). Skrzyczne to ponad 1200 m n.p.m., a niebieski szlak to około 700 m przewyższenia. Było to zdecydowanie największe wyzwanie dla trzy i pół letniego wówczas Stasia. Choć ma na swoim koncie wiele szczytów, ten był zdecydowanie najambitniejszy. Jest to również raj dla paralotniarzy, niech więc nie zdziwią was widoki młodych ludzi z gigantycznymi plecakami wjeżdżających w górę kolejką. Na szczycie podziwiać możemy widoki, a służy temu specjalna platforma widokowa. Widać stąd jezioro Żywieckie, pobliskie pasmo Klimczoka i ma góry, a także dalsze szczyty Beskidu Śląskiego jak opisany już Równica oraz Czantoria.

skrzyczne widok2

skrzyczne widok1

Jest tu także schronisko, zawsze zatłoczone i nie oferujące nic specjalnego. Po dłuższym pobycie na górze nasza grupa podzieliła się na dwie. Radek, Staś i ja zaczęliśmy schodzić trasą narciarska (Ondraszek), natomiast moi kuzyni udali się grzbietem w stronę małego Skrzycznego i przełęczy Salmopolskiej. Jest to piękna trasa, niemniej wymaga trochę logistycznej kombinacji, gdyż zejście z Salmopolu byłoby wyjątkowo nudne i nieprzyjemne (ruchliwa szoda). Dzięki temu że my zeszliśmy do Szczyrku, zapętlenie nie było konieczne: Radek i ja podjechaliśmy dwoma samochodami na Salmopol, skąd wszyscy wróciliśmy do Wisły. Rzeczą wartą uwagi jest kolejna duża i znana wychodnia skalna w Beskidzie Śląskim jaką jest Malinowska Skała.

malinowska skala

Kolejną rzeczą o której chciałam powiedzieć jest nowy ośrodek narciarski powstający w miejscu dawnego GONu a później GATu. Byliśmy świadkami budowy nowej kolejki krzesełkowej z hali Skrzyczeńskiej na Zbójnicka Kopę. Cieszy mnie że narciarstwo odradza się w Szczyrku, z drugiej jednak strony mam poczucie że teren ten jest zbyt mocno zagospodarowany. Wiem że budowa infrastruktury narciarskiej to duża ingerencja w przyrodę, ale w tym miejscu wydaje się być już za duża i razi nawet mnie- zapalonego narciarza. Taka też była refleksja mojego kuzyna po pierwszej w jego życiu wizycie w Beskidzie Śląskim- jest to obszar bardzo wyeksploatowany.

Reklamy

6 dni w Wiśle, dzień 3 i 4.

Zastanawiałam się jak jeszcze mogę opisać Czantorię, skoro pojawił się już tekst opisujący ten szczyt. Dodatkowo moje przejście niewiele się różniło: wjechałam i zjechałam kolejką linową, nie zaliczyłam ani wieży widokowej na szczycie, ani Czantorii Małej. Postanowiłam się jednak wspomóc relacjami kuzynów oraz swoimi wcześniejszymi doświadczeniami i w ten sposób powstał ten tekst.

Trasa w górę, którą polecam z Poniwca to ścieżka Rycerska. Wiedzie dość łagodnie, przyjemnym lasem. Dodatkowo trudno tu spotkać kogokolwiek, co jak na Czantorię jest raczej nietypowe. Na grzbiecie ścieżka Rycerska łączy się z czarnym szlakiem i w ten sposób osiąga się najpierw czeskie schronisko a potem szczyt i wieżę widokową. Co do schroniska – nie jest złe, ale nie wyróżnia się niczym na plus. Jedzenie jest jadalne, ale nie są to dania, na które chce się wracać. Dodatkowo porcje są raczej niewielkie. Wieża widokowa jest płatna, ale każdemu polecam się na nią wybrać, oczywiście przy pięknej pogodzie. Widoki potrafią zapierać dech w piersiach.

czantoria widok

Jeżeli chodzi o drogę w dół, to moi kuzyni wybrali niebieski szlak prowadzący przez las. Szlak ten jest dość stromy: na odcinku około 2 km robimy 620 m w dół. To dość dużo, niemniej dla Czantorii strome podejścia są charakterystyczne. Podobna różnica poziomów jest gdy idzie się czerwonym szlakiem z Ustronia Polany. Ja zjechałam w dół kolejką, natomiast Radek ze Staśkiem zdecydowali się na powrót tą samą trasą (ścieżka Rycerska). Nie chcieliśmy ryzykować stromej, niebieskiej trasy z dzieckiem. Jak się później dowiedzieliśmy trasa oferowała dodatkową atrakcję w postaci rodziny dzików.

Czantoria jest jednym z bardziej charakterystycznych szczytów Beskidu Śląskiego więc nie warto z niej rezygnować, pomimo tego jak bardzo jest ten szczyt oblegany. My znaleźliśmy na to sposób: trasę z Poniwca. I zawsze niezmiennie Poniwiec kojarzy się nam z pięknym lasem, ciszą i spokojem oraz małym ruchem osobowym, a wydawało by się to na takim szczycie nieosiągalne.

Czwarty dzień zaczynamy w górach, ale nie od wyjścia na szlak. Dziś naszym pierwszym celem jest zwiedzanie Pałacyku Prezydenckiego znajdującego się na Zadnim Groniu w Wiśle Czarnym. Uwaga praktyczna co do samego zwiedzania. Jest ono możliwe albo w określone dni i godziny (wtedy jest darmowe), albo musimy umówić się indywidualnie na termin. Wówczas taka indywidualna wycieczka to koszt 100 PLN niezależnie od ilości osób (maksymalnie 15). Nam udało się zabrać czternastoosobową grupę więc wyszło około 7 PLN za osobę. Dodatkowo najpóźniej na siedem dni przed planowanym zwiedzaniem należy dostarczyć listę osób wraz z ich z ich numerami PESEL. W czasie zwiedzania oprócz pani przewodnik towarzyszy nam pracownik Służby Ochrony Państwa.

Rok wcześniej byliśmy na mszy w kaplicy świętej Jadwigi, ale zameczku zwiedzić nam się nie udało. Teraz chętnie wróciliśmy uzupełnić ten brak. Naprawdę warto, gdyż właściwie zachowała się większość oryginalnego wystroju i mebli. Ciężko w to uwierzyć, wiedząc że zameczek był przez lata ośrodkiem wypoczynkowym kopalni Pniówek. Na mnie największe wrażenie zrobił gabinet prezydenta Mościckiego, a w zasadzie widok z okna- był oszałamiający. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że w latach trzydziestych widok ten znacznie się różnił: nie było jeszcze zalewu w Wiśle Czarnym. Tym, co budziło wśród nas największe kontrowersje były meble z giętej stali. Jak najbardziej w stylu tamtych czasów, niemniej nie wszystkim się podobały. Ciekawa była też łazienka z wolno stojącą wanną i srebrnymi przyborami toaletowym.

palacyk wnetrze

Po zwiedzeniu pałacyku warto udać się do znajdującego się poniżej hotelu na taras widokowy oraz kawę lub herbatę (ciastka są raczej słabe – nie polecam). Tym którzy nie prowadzą samochodu polecam też trunek o nazwie Miodula Prezydencka.

Kolejnym punktem na naszej mapie był tego dnia Leśny Park Niespodzianek w Ustroniu. Miejsce to wybrały dzieci, a my potulnie się zgodziliśmy. Dzieci były zadowolone, my tak średnio. Problemy zaczynają się już przy parkowaniu. Później nie jest lepiej. Całe to miejsce jest jednym wielkim wyciągaczem pieniędzy. Sam wstęp kosztuje 28 PLN za dorosłego i 22 PLN za dziecko. Jeżeli chce się karmić zwierzęta (no pewnie że dzieci chcą) trzeba jeszcze kupić karmę za 3 PLN. W całym parku są kolejne płatne atrakcje: karuzele dla małych dzieci oraz trampoliny dla większych (10 PLN). Najciekawsze ze wszystkiego co można tam zobaczyć to pokazy lotów ptaków drapieżnych: sokołów oraz sów. Jednak jeżeli ktoś na takim pokazie już gdzieś był, to może poczuć się rozczarowany. A i oczywiście zdjęcie z sokołem/ sową to kolejne kilka złotych. Aż się zdziwiłam że toalety były bezpłatne. Ogólnie nie polecam, choć dzieci były zadowolone. Polecałabym gdyby wstęp kosztował 10 PLN za dziecko a 15 PLN za dorosłego– może wtedy plusy przesłoniłyby mi minusy. A tak to pozostaje jedynie niesmak, że ktoś chce z nas zedrzeć kasę.

lesny park niespodzianek

Ostatnim już punktem tego dnia był spacer po deptaku w centrum Wisły, lody u Janeczki oraz zakup słynnych Kołaczy Wiślańskich (polecam!).

Podsumowując– nawet najwięksi miłośnicy gór potrzebują od nich czasem odpocząć. Radzę jednak rozsądnie wybierać atrakcje, a najlepiej sprawdzać ofertę i ceny w Internecie, czego my niestety tego dnia nie zrobiliśmy.

 

6 dni w Wiśle, dzień 1 i 2.

W poprzednim wpisie pisałam o atrakcjach Beskidu Śląskiego. Dziś chciałabym zrelacjonować nasz zeszłoroczny pobyt. W sumie było to sześć pełnych dni, z których każdy wykorzystany był do maksimum. Wszystkich chętnych, a zwłaszcza rodziny z dziećmi namawiam do powtórki. Dziś początek, a jak wiadomo początki nie są łatwe;)

Pierwszym dniem naszego pobytu była sobota. Pech chciał że był to pierwszy dzień brzydkiej pogody od dłuższego czasu. Zważywszy na nasz późny przyjazd dnia poprzedniego (szczecińska część rodziny była około dwudziestej trzeciej w piątek) wyruszyliśmy z kwatery około dwunastej. Pogoda nie była ładna, ale nie była też tragiczna. Ubrani w przeciwdeszczowe kurtki ruszyliśmy na największą atrakcję znajdująca się w Wiśle Malince- skocznię imienia Adama Małysza. Na górę skoczni wjeżdża się dwuosobową kolejką krzesełkową. Bilet w górę kosztuje 5 PLN, natomiast wjazd i zjazd kolejką to wydatek 10 PLN. Na wieżę skoczni można wejść bezpłatnie, ale już za taras widokowy należy zapłacić.

Ze skoczni ruszyliśmy spacerem w stronę szczytu o nazwie Cieńków. Cieńkowy są trzy: Niżny, Postrzedni i Wyżni. Nasze ambicje początkowo ograniczały się do Niżnego, ale w miarę poprawy pogody plany ulegały modyfikacji. Ostatecznie po dłuższym posiedzeniu przy górnej stacji kolejki krzesełkowej oraz jednoczesnym całkowitym wypogodzeniu podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza grupa ruszyła drogą w dół do samochodów mając w planach zakupy i przygotowanie obiadu, natomiast druga grupa ambitnie ruszyła w górę zdobywając tym samym wszystkie trzy szczyty. I zjadając co napotkali na swej drodze: jeżyny i jagody.

cienkow12

Od Cieńkowa Wyżniego do Wisły Malinki prowadziła bardzo ładna droga, więc zejście bez szlaku nie było problemem. Jaka była jedna z pierwszych obserwacji osób goszczących w Beskidzie Śląskim po raz pierwszy? Ano taka, że są to góry bardzo mocno zagospodarowane. Wszędzie są drogi, a na grzbiety górskie bez problemu wjeżdżają samochody. Może się to podobać lub nie, ale taki właśnie jest Beskid Śląski: łatwo dostępny, ale i przeinwestowany.

Drugi dzień był jednym z najambitniejszych podczas całego wyjazdu. Za cel obraliśmy sobie Baranią Górę, drugi najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Jest to jednocześnie szczyt najciekawszy oraz wyjątkowy: to właśnie na jego zboczach bierze początek najważniejsza Polska rzeka Wisła.

Pierwsza część trasy wiodła z przełęczy Szarcula, poprzez Stecówkę i Karolówkę na Przysłop. Przeszłam ten odcinek wielokrotnie i uważam go za najładniejszy szlak na Baranią Górę. Jako że była niedziela, na Stecówce w odbudowanym już w kościółku był postój na mszę świętą. Msze na Stecówce odbywają się w soboty o osiemnastej (szybka msza bez kazania) oraz w niedzielę o dziewiątej oraz jedenastej.

stecowka12

Odcinek szlaku pomiędzy Stecówką a Przysłopem jest najbardziej malowniczy. Wiedzie grzbietem i po prawej stronie można podziwiać widoki na Beskid Żywiecki. Bardzo w tym miejscu przestrzegam przed kuszącą, udającą krótszą opcję zejścia ze Stecówki czerwonym szlakiem w dół. Schodzi się nim do asfaltu (nie po to przyjeżdżamy w góry żeby asfaltem am zasuwać), a następnie robi dość strome podejście pod sam Przysłop, gdyż trzeba odrobić całą wysokość straconą na zejściu ze Stecówki.

Na Przysłopie polecam zatrzymać się w schronisku: jest zadbane i dość dobrze karmią oraz oczywiście odwiedzić Muzeum Turystyki Beskidu Śląskiego. Dzieciom polecam zabrać książeczki PTTKowiskie, ponieważ w muzeum jest bardzo dużo pieczątek, w tym kolorowe.

przyslop12

Dla części z nas wyprawa do góry zakończyła się w tym miejscu. Uznaliśmy że długie zejście (choć prowadzące asfaltem) będzie dla trzy i pół latka wystarczające. Reszta mojej rodziny oczywiście zdobyła szczyt i zeszła niebieskim szlakiem prowadzącym do Doliny Białej Wisełki. Największą atrakcją niebieskiego szlaku są wodospady Białej Wisełki zwane kaskadami Rodła.

kaskady12

Trasa którą opisałam powyżej jest dość długa i wyczerpująca, dodatkowo wymagająca złożonej organizacji: dwa samochody zostały Wiśle Czarnym, dwa na Szarculi, podwoziliśmy i zwozili się wzajemnie. Jest jednak warta zachodu, bo w czasie jednej wycieczki zobaczymy większość atrakcji, jakie Barania Góra ma do zaoferowania. Polecam więc powtórzyć naszą trasę, nie tylko najbardziej wytrwałym – najmłodsza uczestniczka całej wycieczki miała 10 lat.

Pomysł na tydzień w Wiśle.

Słowo wstępu. Zeszłoroczne wakacje spędziliśmy w Wiśle. Przygotowałam wówczas krótki przewodnik co i dlaczego warto zwiedzić w Beskidzie Śląskim. Tekst ten powstał ponad rok temu, ale zaginął w czeluściach twardego dysku;). Pomyślałam jednak, że warto go opublikować bo zbliżają się przecież kolejne wakacje. Może podpowie przy wyborze wakacyjnego kierunku niezdecydowanym- a nuż będzie to województwo śląskie? Jesteśmy postrzegani głównie przez pryzmat przemysłu, a mamy wiele do zaoferowania. Także zapraszam na moją wersję wakacji w Wiśle. Miłej lektury!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszym punktem naszej wyprawy jest Barania Góra. Mam tu na myśli sam szczyt, a także okolice: Pałacyk Prezydencki czy jezioro Czarne. Na stokach Baraniej Góry znajdują się wykapy Wisełki. Są w lesie, nie przy szlaku ale można starać się o zgodę na wycieczkę (to jest ścisły rezerwat). Koniecznie odwiedzić trzeba Muzeum Turystyki Górskiej na Przysłopie oraz Izbę Leśną. Dawnymi właścicielami tych terenów byli Habsburgowie, a ich obecność czuje się do dzisiaj. Budynek starego schroniska na Przysłopie, który obecnie stoi w centrum Wisły to niegdysiejszy pałacyk myśliwski Habsburgów. Na polowania przyjeżdżał tu cesarz Franciszek Józef. Słyszałam także historię, jakoby książe Rudolf dożył tutaj swoich dni (zakładając oczywiście że tak naprawdę nie zginął od kuli). Z Habsburgami wiąże się także historia Pałacyku Prezydenckiego. W miejscu gdzie dzisiaj są zabudowania należące do pałacyku (obejmujące m.in. hotel) stał drewniany dworek należący do zastrzelonego w Sarajewie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Po przejęciu tych terenów przez Polskę dworek ten miał zostać wyremontowany i podarowany przez autonomiczne wówczas województwo śląskie prezydentowi Ignacemu Mościckiemu. Plan się nie powiódł- podczas prac remontowych (które były już prawie na ukończeniu) dworek spłonął. Wybudowano więc nowy, murowany pałacyk oraz kilka budynków gospodarczych. Założeniem architektów było, aby patrząc z dołu pałacyk przypominał niedostępny zamek, natomiast widziany z dziedzińca dawny szlachecki dworek. Zwiedzanie pałacyku należy zarezerwować z dużym wyprzedzeniem, wówczas mamy szansę załapać się na darmowe tourne. Można też umówić się na indywidualne zwiedzanie, wówczas jest to koszt 100 PLN za całą grupę.

palacyk0818

Niedaleko Wisły znajduje się Trójwieś: Istebna, Jaworzynka, Koniaków. O koniakowskich koronkach głośno było kilkanaście lat temu, gdy popularna stała się damska bielizna z ich wykorzystaniem. Warto zobaczyć muzeum koronki a także wybrać się na szczyt Ochodzita- niewielki, ale gwarantujący niesamowite widoki na Beskid Śląski, Beskid Żywiecki a nawet Tatry czy Małą Fatrę.

Ciekawym szczytem jest także Stożek, na którego stokach znajduje się kilka wychodni skalnych o rozmiarach niespotykanych w Beskidzie Śląskim. Jedną z najbardziej charakterystycznych jest Kyrkawica.

kyrkawica

Na czeskie piwo albo Kofolę najlepiej wybrać się na Czantorię. Ale nie kolejką z Ustronia Polany, jak robią to tysiące turystów, ale od strony Czartorii Małej (wariant dla leniwych kolejką z Poniwca). Jest tam mało uczęszczany szlak. Piękny jest także cały grzbiet między Czantorią a Stożkiem.

czantoria0818

W Wiśle znajdują się dwa bardzo ciekawe wiadukty kolejowe- wybudowane w okresie międzywojennym, czynne do dzisiaj.

labajow0818

Od kilku lat flagową atrakcją Wisły jest skocznia im. Adama Małysza. Wg. mnie sama skocznia to bardzo niewiele, ale gdy ją połączyć ze spacerem grzbietem Cieńkowa oraz wypadem na jeżyny to już jest super.

Jeśli chodzi o bardziej przyziemne sprawy- noclegów w Wiśle jest całe multum. Są w różnym standardzie, a co za tym idzie w różnych cenach. Mocno sugeruję Wisłę Malinkę- to takie małe centrum narciarskie, co sprawia że jest tam duży wybór noclegów. Jest także spokojniej niż w centrum.

Powyższe atrakcje to tak naprawdę tylko część z tego co Beskid Śląski ma do zaoferowania, ale chcę abyście nie mieli wątpliwości że naprawdę warto. Osobom mieszkającym na nizinach polecam pobyt w Beskidzie Śląskim jako aklimatyzację przed wyjazdem w wyższe góry. Do zobaczenia w Wiśle!

Czym zaskoczyła nas Istebna

Po ostatnim wpisie postanowiłam kontynuować temat wypoczynku z dziećmi. Kolejnym miejscem, które mieliśmy okazję odwiedzić była Istebna.

Istebna to wieś w Beskidzie Śląskim. Przyznam że przeze mnie trochę pomijana, z dwóch powodów. Po pierwsze dojazd. Standardowo, aby dostać się do Istebnej ze Śląska trzeba przejechać przez Wisłę. Kto choć raz w życiu miał nieprzyjemność przejeżdżać przez Wisłę, ten wie o co mi chodzi. Zdarzyło mi się ośmiokilometrową trasę przez Wisłę pokonywać w 45 minut, a nie jest to najgorszy, możliwy wynik. Drugim powodem omijania Istebnej była dla mnie ta nijakość. Istebna nie ma jakiegoś centrum, jest rozrzucona na wzgórzach, sprawiała na mnie przez to wrażenie nijakiej. Pomyliłam się ogromnie i oba powody pomijania tego miejsca okazały się nieistotne, a dlaczego postaram się uzasadnić w dalszej części wpisu.

Na początek garść informacji praktycznych, od dojazdu zaczynając. W Istebnej spędziliśmy długi weekend majowy. Trudno wyobrazić sobie gorszy termin pod względem komunikacyjnym. Przeanalizowaliśmy jednak możliwe warianty dojazdu i zdecydowaliśmy się jechać przez Czechy. Nadłożyliśmy trochę kilometrów, ale myślę że się opłacało. Jechaliśmy praktycznie bez zatrzymywania, dobrymi drogami, a cała trasa zajęła nam ok. 1,5h. Najmniej przyjemny był odcinek wiślanki, co tylko umocniło nas w przekonaniu że wybraliśmy najlepszą drogę. Sama Istebna tez nie przerażała ilością ludzi, jak to zazwyczaj ma miejsce w tym terminie. Może właśnie to położenie na wzgórzach, bez wyraźnego centrum dało taki efekt.

Pojechaliśmy do Istebnej z nastawieniem na proste wędrówki ze Stasiem. Udało nam się zrealizować to w stu procentach. Rodzicom, którzy szukają podobnych atrakcji jak my mogę polecic kilka tras:

  1. Przełęcz Szarcula. Można powiedzieć- a co tu ciekawego, przecież na Szarculę wjeżdża się samochodem i nic specjalnego tam nie ma. Owszem, cel nie jest zbyt atrakcyjny, ale droga wspaniała. Wystartowaliśmy z parkingu koło aquaparku. Pierwsza część trasy biegnie asfaltem, ale jeżeli droga asfaltem może być przyjemna to właśnie ta była. Biegnie wśród drzew, wzdłuż potoku. Po ok. 600m szlak odbija w las i prowadzi do znajdującej się na wzgórzu wsi. Za wsią robimy krótki postój na śniadanie i tym razem w otwartym terenie ruszamy na przełęcz. Widoki są naprawdę piękne, a pogoda dopisuje. Na przełęczy robimy kolejny krótki postój, po czym schodzimy w dół. Nie chcąc powtarzać całego odcinka przed wsią skręcamy na aslaftową drogę, która prowadzi do naszego parkingu. Cała trasa to ok. 6,5km, a nam w nieśpiesznym tempie zajęła ok. 5h.

szarcula

  1. Sołowy Wierch. Niewielki szczyt znajdujący się pomiędzy Koniakowem a Zwardoniem. Samochód zostawiamy na przełęczy Rupienka i ruszamy w górę niebieskim szlakiem. Szlak jest krótki i przyjemny i ku naszemu zdziwieniu, mimo dość wczesnej pory nie jesteśmy tu jedyni. Na szczycie robimy krótki postój połączony ze śniadaniem i wracamy. Ta trasa była bardzo krótka (ok. 4,5km), więc postanawiam przejść się z przełęczy w stronę hodowli głuszca. Niestety, jest 3 maja i wszystko jest tu pozamykane na głucho, jednak sam spacer jest bardzo przyjemny. W tym miejscu warto też wspomnieć o bardzo emocjonujących przejazdach po wzgórzach Trójwsi, zwłaszcza jak się ma duży samochód. Mnie w szczególności zapadł w pamięci odcinek pomiędzy główną drogą przez Koniaków a przełęczą Rupienka, w czasie którego objeżdżamy od zachodu szczyt Ochodzitej. Droga (czy raczej dróżka) jest wąska, obfitująca w strome zjazdy i podjazdy. Ogólnie rzecz ujmując emocjonująca, choć nie każdy lubi tego typu emocje.

solowy_wierch

  1. Zródła Olzy. Na ostatni dzień zaplanowaliśmy sobie wycieczkę do źródeł Olzy. Nie mieliśmy jakoś szczególnie określonego planu, wiedzieliśmy, że chcemy dojść do źródeł a potem coś wymyślimy. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy na pustym parkingu w miejscu gdzie rozpoczyna sie trasa zobaczyliśmy jeden samochód- samochodód rodziców Radka. Staś nie zawsze znajduje w wycieczkach górskich tyle atrakcji ile my i zdarza mu się marudzić. Ale nie wtedy kiedy idzie z babcią i dziadkiem. Z dziadkami potrafi przebyć każdą trasę, tak też było i tym razem. Pierwszym etapem było dojście do zbiornika retencyjnego na Olzie, drugim były źródła Olzy. Tu nasze pomysły się skończyły, a trasa dopiero zaczynała. Ze źródeł Olzy poszliśmy na Pietraszonkę zahaczając o chatkę sudencką Akt, nastepnie zeszli bez szlaku do drogi asfaltowej prowadzące do zbiornika retencyjnego, tym samym robiąc „pętelkę“. Trasa była stosunkowo długa (ok. 9km) i zajęła nam 7 godzin, ale Staś ani przez chwilę nie poczuł zmęczenia.

olza

Nie ukrywam, że o wyborze Istebnej w dużej mierze zadecydowały względy praktyczne: znaleźlismy nocleg dzień przed wyjazdem, teren obfitował w trasy idealne dla Staśka no i podróż samochodem była krótka. Tymczasem Istebna okazała się naprawdę pięknym miejscem- jestem oczarowana położeniem na wzgórzach, pięknymi (choć nie spektakularnymi) widokami oraz dużą ilością zieleni. Z rzeczy, które sa warte uwagi warto wymienić słynne Koniakowskie muzeum koronki, centrum pasterskie oraz wycieczkę na trójstyk granic: polskiej, czeskiej i słowackiej. Wspaniałym miejscem jest także Leśny Ośrodek Edukacji, w którym mieliśmy okazje porozmawiać z leśnikiem, Staś natomiast wybudował wspaniałą fortecę z drewnianych klocków. Ostatnim argumentem, który przemawia za tą lokalizacją jest fakt, że nawet w tak obleganym terminie jak majowy weekend nie czuliśmy sie przytłoczeni ilością ludzi, co z pewnością miałoby miejsce w innych zakątkach Beskidu Śląskiego. Istebną mogę więc polecić osobom szukającym spokoju, bez względu na termin- tu można odpocząć.

Ewa

Idealny zimowy weekend w Wiśle Malince

Jako że zima w pełni grzechem byłoby nie skorzystać ze wszystkich jej uroków. Postanowiliśmy więc wybrać się w najbliższe góry na narty. Ponieważ pomysł dojrzał w naszych głowach w piątkowy wieczór, w pełni sezonu narciarskiego, znalezienie wolnego pokoju na jedną noc chwilę zajęło. Z racji tego że Staś jeszcze nie jeździ, to jedno z nas dotrzymuje mu towarzystwa, podczas gdy drugie szusuje. W takim modelu najlepiej sprawdzają się kwatery przy stoku- szybko się wymieniamy i nie ma potrzeby ruszania samochodu. No to jak już zbierzemy te wszystkie kryteria razem to co wychodzi? Tytułowa Wisła Malinka, a konkretnie znajdujący się tu ośrodek narciarski Cieńków. Ostatnim razem na Cieńkowie byliśmy w 2013 roku- chwilę temu, ale był to już czas gdy kursowała 4- osobowa kanapa (zamiast wysłużonego, podwójnego orczyka, który stał tam przez lata). Trasę pamiętam jako przyzwoitą: stromy początek, później wypłaszczenie i dość łagodna (ale nie nudna) końcówka. Dodatkowym atutem Cieńkowa jest bliskość bardzo smacznej restauracji (Malinówka) oraz skoczni narciarskiej im. Adama Małysza. Postanowione, jedziemy.

Często jeździmy w Beskid Śląski- nie ma się co dziwić, jest najbliżej. Rzadko jeździmy do Wisły. Gdy stanęliśmy w kilkukilometrowym korku na wysokości Ustronia przypomniało mi się dlaczego. Otóż w każdy weekend, od miejsca gdzie kończy się dwupasmówka rozpoczyna się korek, który w zasadzie ciągnie się przez całą Wisłę. Sposoby są na to dwa: uzbroić się w cierpliwość, albo wybrać inną porę na podróż. Niestety w przypadku wypadu weekendowego druga opcja nie wchodzi w grę. Zacisnęliśmy więc zęby i stoimy. Wytrzymaliśmy 15 minut, po czym Radek zasugerował by na poranny szus wybrać stok Poniwiec, czyli Czantorię Małą. I to był strzał w dziesiątkę. Z głównej, zakorkowanej drogi skręciliśmy w prawo i zaparkowali pod wyciągiem. Ja wybrałam się na narty, a chłopaki poszli szukać stoku na saneczki. Ja na nartach pojeździłam, chłopaki znaleźli jedynie huśtawkę, której opuszczenia kategorycznie odmówił Staś. Zastanawiam się na czym to polega fenomen dziecięcego błędnika. Każdy normalny dorosły po dwóch minutach na huśtawce, karuzeli itp. ma serdecznie dosyć, a postawiony na płaskim chodem przypomina pana Zdzicha po winie Czar PGRu. Dziecko nigdy. W którym momencie nam to zanika?

Wróćmy jednak na narty. Na Poniwcu jeździłam po raz pierwszy. Podobała mi się dobra organizacja: obsługa pilnowała, by 4- miejscowe kanapy jeździły pełne, parking był darmowy a i ceny karnetów przyzwoite. Stok był już trochę rozjeżdżony, ale warunki OK, zwłaszcza jak na godzinę 11. Polecałabym to miejsce na kilkugodzinny, narciarski wyskok (w dużej mierze ze względu na dojazd) ale nie tylko: obok stoku jest całkiem przyjemny hotel, dolina jest spokojna i oddalona od największego ruchu nawet w sezonie. Można powiedzieć że to taka oaza spokoju w dość gwarnym i zagospodarowanym Beskidzie Śląskim.

poniwiec

Po dwóch godzinach spędzonych na Poniwcu ruszyliśmy w stronę naszego właściwego celu- Wisły Malinki. Trasę z Poniwca do Malinki przejechaliśmy w 45 minut, ale warto było, bo czekał nas obiad w Malinówce. Polecam to miejsce wszystkim miłośnikom dobrego jedzenia: karta jest krótka, bazuje na lokalnych produktach, pstrąg wyśmienity w każdej postaci, a nade wszystko doskonały deser. Dla tych, którzy znajdą się w tym miejscu po obiedzie polecam zatrzymać się na sam deser, naprawdę warto.

Dla mnie był to już koniec śnieżnych wyzwań tego dnia, ale Radek nastawił się na wieczorną jazdę. W ciągu ostatnich kilku lat większość ośrodków narciarskich ma oświetlone stoki. Cieńków również. Od 16 do 17 stok jest zamknięty- ratraki przygotowują go przed wieczorną jazdą. Od 17 do 21 (22 w piątki) można więc wybrać się na wieczorne szusy. Nie jestem fanem wieczornych, śnieżnych wyzwań, dlatego moja kolej wypadła na godzinę 8 rano w niedzielę. I muszę przyznać, że było to moja najwspanialsza jazda w tym roku- stok przygotowany, lekki mrozik, ludzi mało i raczej dobrzy narciarze, kolejek do wyciągu zero i karnet poranny w dobrej cenie. Śnieżny raj, który żal było opuszczać.

cienkow1

Ostatnim punktem naszego weekendu była skocznia im. Adama Małysza:

skocznia

Byłam w tym miejscu dwukrotnie: wczesną jesienią oraz zimą. Polecam raczej tę pierwszą opcję- na samej skoczni jakoś specjalnie dużo oglądania nie ma, wjazd na górę kosztuje (10PLN osoba), za wejście na taras widokowy też trzeba zapłacić. I to raptem wszystkie atrakcje. Polecam dołożyć do tego spacer grzbietem, piękne widoki i zjazd lub zejście na dół w rejonie Cieńkowa.

Wspomniałam że niezbyt często bywamy w Wiśle- biorąc pod uwagę bliskość i możliwości tego rejonu tak w istocie jest. Mamy jednak plan, aby w tym roku spędzić tu tydzień wakacji. Będzie to o tyle ciekawe, że towarzyszyć nam będzie rodzina, która nigdy w Beskidzie Śląskim nie była. Do wakacji jeszcze pół roku, a ja postawiłam sobie za zadnie jak najlepiej zaprezentować województwo śląskie mieszkańcom województwa zachodniopomorskiego. Z pewnością podzielę się tu wrażeniami, także do zobaczenia w Wiśle.

Ewa

Co nowego na Szyndzielni?

Czy w środku wakacji, w przepiękną pogodę Szyndzielnia, na którą wjechać można kolejką linową z centrum dużego miasta jest dobrym wyborem? Można by dyskutować. Dla nas jednak okazała się nie najgorszym, a dodatkowo zaskakującym. Dlaczego?

Zacznę od zagadnień praktycznych- parking dozorowany, 10PLN za cały dzień, ok. 800m od kolejki. Ruch typowy dla pięknej niedzieli, a więc ogromny. Kiedyś, kiedy jeszcze Stasia nie było na świece nie bywaliśmy w górach w letnie weekendy. Pogoda nie była wówczas aż tak dużym ograniczeniem, byliśmy także bardziej elastyczni. Cóż, zmiany.

Ruszyliśmy z parkingu w górę, szlak wybrał Staś. Początkowo zakładaliśmy że pójdziemy drogą (a więc szlakiem czerwonym), o najmniejszym nachyleniu tak by Staś mógł zasuwać samodzielnie. Skończyło się na szlaku zielonym, co okazało się dobrym wyborem gdyż w pierwszej części, do przełęczy Dylówki, na której schodzą się trzy szlaki spotykaliśmy pojedyncze osoby, a jedną z nich okazał się być kolega Radka z technikum.

szyndzielnia

Ale mało być o niespodziankach. Tak więc było ich kilka. Po pierwsze przed schroniskiem na Dębowcu jest ciekawy plac zabaw. Jak długo tam jest? Nie mam pojęcia, my go wcześniej nie zauważyliśmy. Mijaliśmy go z niemałym lękiem, obawiając się że będziemy musieli spędzić tu cały dzień. Niemniej dla kogoś, kto ma małe dziecko, a nie chce spędzić kolejnego dnia na ławeczce przy piaskownicy w samym środku blokowiska jest to kusząca perspektywa na sobotę/ niedzielę.

Kolejną rzeczą, która nas zaskoczyła były jakieś dziwne drogi odchodzące od szlaku. Miały oznaczone skrzyżowania, a w miejscach gdzie dobijały do szlaku drewniane barierki. Dodatkowo oznaczone były zakazem przejścia. Trochę nas to nurtowało.

rowery

Okazało się, że to górskie szlaki rowerowe Enduro Trails. Po krótce chodzi o to, że wjeżdżasz na górę z rowerem kolejką, a potem zjeżdżasz na wariata, prując po lesie. Dobry pomysł- rowerzyści są odseparowani od pieszych i nie stwarzają takiego zagrożenia, jakiego doświadczyliśmy np. kilka lat temu na Turbaczu.

Mieliśmy ambitny plan dotarcia na szczyt, skończyliśmy jednak na górnej stacji kolejki linowej. Pomysł okazał się o tyle trafiony że odpoczęliśmy pijąc kawę, a Staś w tym czasie zrobił kilkadziesiąt okrążeń wokół naszego stolika. I tu niespodzianka nr 3- wieża widokowa. Za 4 PLN od osoby można wspiąć się na stalową wieżę i podziwiać panoramę okolicy. Nie są to co prawda najpiękniejsze górskie panoramy, ale widok jest całkiem ciekawy, dodatkowo są zdjęcia z opisami tego co widzimy. Najłatwiej oczywiście rozpoznać najbliższą okolicę- Bielsko, Beskid Mały z Hrobaczą Łąką i Magurką czy zbiornik Goczałkowicki. Pięknie widać Babią Górę, a pomiędzy Babią i Pilskiem powinny być widoczne Tatry. Dziś niestety nie były, ale i tak można było nacieszyć oko.

beskid_may

babia

wieza

Tłumy ciągnące od górnej stacji kolejki na szczyt Szyndzielni ostatecznie przekonały nas że trzeba wracać. Pierwszą część drogi w dół pokonaliśmy zielonym szlakiem, by następnie przerzucić się na szlak niebieski. Pomysł ten miał zalety- ominęliśmy Dębowiec z placem zabaw, ale miał też wady- szlak był stromy, a my podmęczeni i z obciążeniem (by nie rzecz bezcennym ładunkiem). Przy dolnej stacji kolejki zrobiliśmy sobie jeszcze chwilę przerwy korzystając ze znajdujących się tam ławeczek, następnie ruszyli asfaltem w dół, który to odcinek Staś pokonał na własnych nóżkach. Wsiedliśmy do samochodu i po godzinie z kwadransem wysiedli w Zabrzu. I właśnie ta „godzina piętnaście” była ostatnim decydującym argumentem, który ostatecznie pokazał że warto było się tu wybrać- nawet w zatłoczoną niedzielę.

Ewa