Rudy Raciborskie

Miała być Słowacja, ale proponuję powrót na własne, śląskie podwórko. Miejsce na dziś- Rudy Raciborskie.

W Rudach znajduje się zabytkowy Pocysterski Zespół Klasztorno- Pałacowy. Jeszcze 20 lat temu jego stan pozostawiał delikatnie mówiąc wiele do życzenia. W zasadzie to mógł się jedynie zawalić. Patrząc na zdjęcia z tamtego okresu ciężko uwierzyć że możliwe było przywrócenie tym zabudowaniom dawnej świetności:

Historia miejsca jest ciekawa. Cystersi przybyli na te tereny w XIIIw. Po sekularyzacji w XIXw. zabudowania przejęli książęta raciborscy. Po Drugiej Wojnie Światowej pogorzelisko (Armia Czerwona podpaliła kościół) przeszło na własność państwa. I niszczało. Prace mające na celu odrestaurowanie kompleksu rozpoczęły się w 1998 roku. Dziś Pocysterski Zespół Klasztorno- Pałacowy jest własnością fundacji Silesia Pro Europa. Mieści się tu m.in. muzeum (bilet normalny 5zł). Nie jest ono duże, ale można dowiedzieć się trochę o historii miejsca i o ludziach, w których posiadaniu były budynki. Mnie zainteresowały dwie ekspozycje. Pierwsza to pisanki (nie wiem czy jest to ekspozycja stała, czy tak trafiliśmy) z różnych stron świata, wykonane przeróżnymi technikami. Druga, to historie najbardziej znanych rodów na Śląsku: Donnesmarcków, Ballestremów czy Hochbergów. Temat szczególnie mi bliski gdyż losy dwóch pierwszych rodów bardzo silnie związane są z historią miasta w którym mieszkam- Zabrza. Choć muszę przyznać, że dopiero w Rudach dowiedziałam się że Donnesmarckowie (do których należała większa część Zabrza) byli w początkach XXw. drugą najbogatszą rodziną w Prusach.

Miejsce idealne na spacer. Widać że ktoś to przemyślał i postawił na turystykę. Park i alejki są bardzo ładnie utrzymane, bez problemu można przejechać wózkiem. Dodatkowo darmowy parking i dobre zaplecze- są bezpłatne toalety (z przewijakiem) a także restauracja. W sam raz aby spędzić niedzielne popołudnie.

Ewa

P.S. W Rudach jest jeszcze zabytkowa stacja kolejki wąskotorowej, ale tam nie byłam więc nic na ten temat nie powiem.

Czy Stawy Mikulczyckie budzą się z zimowego snu?

Wspominaliśmy już o tym, ale mimo to z pewnością niewiele osób wie, że w Mikulczycach, dzielnicy Zabrza są stawy. Powstanie stawów jest skutkiem wydobywania na tych terenach węgla systemem „na zawał”. W tej chwili, gdy kopalnie już nie istnieją, jest to miejsce spacerów i wędkowania.

Ze stawami zżyły się dwa łabędzie.

W okolicznym krajobrazie nadal widoczne są elementy architektury nieistniejących kopalń.

Budynek byłej kopalni „Mikulczyce”.

 Szyb „Tadeusz” byłej kopalni „Ludwig”.

Zachód słońca nad stawami.

Radek

Mikulczyce

Z braku wyjazdów, dziś coś z mojego podwórka. Miejsce, w którym mieszkam- Mikulczyce, dzielnica Zabrza.

Zabrze uzyskało prawa miejskie w 1922 roku. Wcześniej było największą w Europie wsią, posiadającą kilka kopalń, hutę, tramwaje oraz kasyno. Mikulczyce są obok Biskupic jedną z najstarszych dzielnic Zabrza. Pierwsze wzmianki o Mikulczycach pojawiają się w dokumentach z XIVw. Prawdziwy rozkwit tych terenów rozpoczyna się wraz z rewolucją przemysłową w XIXw pod rządami Donnersmarcków. Powstają cegielnia, garncarnia, kamieniołom oraz gorzelnia. Z początkiem XX wieku rozpoczyna się wydobycie węgla. Rozwija się także kolej- w roku 1906 otwarta zostaje stacja kolejowa Mikulczyce. W latach 30 XXw Mikulczyce nie są jeszcze częścią Zabrza, są za to największą wsią Rzeszy. W tym czasie w Mikulczycach działają już dwie parafie rzymskokatolickie oraz jedna ewngelicka. Pod nazwą Klausberg Mikulczyce dotrwały do końca II Wojny Światowej, by w 1945 roku powrócić do Polski. W 1951 roku Mikulczyce stają się dzielnicą Zabrza.

To taki prawie podręcznikowy opis, ja chciałabym spojrzeć na to ze swojej perspektywy. Zacznę od sąsiadujących Biskupic a konkretnie kopalni Ludwik (Ludwigsgluck). Widok dzisiejszy:

Kopalnia znajduje się na terenie Biskupic, ale tuż przy granicy z Mikulczycami. Wydobycie rozpoczęto w połowie XIXw, ale wstrzymano je za sprawą pożaru, który strawił pierwszą kopalnię w 1899 roku. Kopalnię odbudowano dwa lata później. Do dziś zachował się m.in. Dom Kawalera, w którym obecnie mieszczą się biura:

 czy Markownia (po lewej), która służy obecnie jako sala koncertowa:

 

Już na terenie Mikulczyc znajdowała się willa dyrektora kopalni Ludwigsgluck, zwana Willą Eulinga (od nazwiska projektanta). Widok dzisiejszy nie powala:

Można sobie jednak wyobrazić, jak pięknie prezentował się budynek za czasów swojej świetności. Od czasu do czasu widać że prowadzone są tam jakieś prace ale na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać.

 

Skutkiem działania kopalń są znajdujące się w Mikulczycach stawy zapadliskowe. Obecnie raj dla wędkarzy oraz teren rekreacyjny. Może jeszcze nie do końca uporządkowany, ale prace przy budowie alejek cały czas trwają, jest także sporo ławek.

Jak widać teren idealny do spaceru z małym dzieckiem.

 

Kolejnym miejscem wartym uwagi, jest neogotycki kościół św. Wawrzyńca:

wraz ze znajdującym się w nim cudownym obrazem Matki Boskiej Mikulczyckiej:

 

Niedaleko kościoła znajduje się ciekawy budynek dawnego ratusza:

mieszczący dziś przychodnie.

 

Jest jeszcze kilka miejca godnych uwagi: drewniany zabytkowy kościółek ewangelicki, ciekawy (choć zrujnowany) budynek dawnej kopalni Mikulczyce, zamknięty od prawie dwudziestu lat dworzec kolejowy (a właściwie budynek dworca, pochodzący z lat dwudziestych XXw.) czy Stary Dwór, będący obecnie w remoncie po pożarze sprzed kilku lat. Ja chciałabym zakończyć ten wpis innym miejscem. Jest to pochodzący również z lat międzywojennych kościół św. Teresy od Dzieciątka Jezus:

Budynek typowy jak na tamte czasy- prosta, wręcz geometryczna forma, brak łuków, jasne barwy, skromne zdobienia. Zdecydowanie odbiega to od powszechnego wyobrażenia budynku kościoła- budowli często neogotyckiej, ze sklepieniami krzyżowo- żebrowymi oraz ogromną ilością kolorowych i złotych zdobień. Chyba ta oryginalność sprawia, że jest to miejsce, które podoba mi się najbardziej.

 Ewa

 

Istambuł

Jest zima. Jest zimno. Wiem, może być gorzej, mamy przecież koniec stycznia i pierwsze prawdziwe mrozy tej zimy. A ja marzę o tym, aby znaleźć się w jakimś zdecydowanie cieplejszym miejscu. Dlatego dziś zapraszam na spacer po Istambule.

Program wycieczki biura podróży wyglądał mniej więcej tak: całodzienne zwiedzanie Stambułu m.in. hipodrom, Hagia Sophia, Błękitny Meczet, Pałac Topkapi. Dla chętnych (za dodatkową opłatą) fakultatywny rejs po Bosforze. Powrót do hotelu, kolacja, nocleg. I tak to w zasadzie wyglądało, ale takiej relacji tu nie będzie. Nie będę cytować przewodników a opiszę szczegóły, które zwróciły moją uwagę.

Zacznę od widoków z hotelowej restauracji znajdującej się na ostatnim piętrze:

Na pierwszym planie Stambuł od podwórka, w głębi widoczne Morze Marmara.

Jeden z obowiązkowych punktów programu- Błękitny Meczet. Wyłożony błękitnymi kafelkami wygląda jak gigantyczna łazienka. Tak wygląda kolejka do wejścia:

A tak wygląda odpowiednio ubrana kobieta:

Niebieska chusta nie jest moja, obsługa meczetu dysponuje chustami i ubiera przed wejściem wszystkie nieskromnie ubrane panie.

Błękitny Meczet i Hagia Sophia stoją naprzeciw siebie. Kolejne zdjęcia zrobione (tak wiem że to banał i każdej wycieczce to pokazują, ale mi się podobało) z miejsca w którym jest widok na obie budowle- gdy spojrzałam w prawo widziałam Błękitny Meczet:

Gdy spojrzałam w lewo Hagia Sophia:

Hagia Sophia to z pewnością jeden z cudów świata i można napisać na ten temat kilkustronnicowy elaborat. Ja chcę pokazać jeden szczegół- drzwi. Drzwi, na których widać że kiedyś znajdowały się tam krzyże. Muzułmanie podczas „adaptacji” budynku na meczet po prostu zdjęli poziome ramiona.

 Kilka zdjęć z samego spaceru po Stambule- budynki z charakterystycznymi wykuszami:

Jak widać o miejsce było zawsze trudno stąd taki właśnie pomysł powiększenia powierzchni mieszkalnej.

Pucybut:

W żadnym innym kraju, w którym byłam nie jest to tak popularny zawód jak w Turcji.

Uliczki z restauracjami przypominającymi bardzo greckie tawerny:

Stoliki stoją tu niemal na ulicy.

Kasztany jadalne:

Pełno tu wózków z których kupić można gotowaną kukurydzę oraz kasztany jadalne, których koniecznie chciał spróbować mój mąż. Chciał spróbować więc sam był sobie winien że musiał je potem zjeść.

Rejs po Bosforze, wyspa Galatasarayu Stambuł:

oraz latarnia, która pojawia się w jednym z filmów z Jamesem Bondem:

Na koniec zabytek. Klasyczny zabytek Stambułu, który podobał mi się najbardziej. Starożytna cysterna na wodę:

Miejsce bardzo zaskakujące i jednocześnie przyjemne (oświetlenie robi klimat;))

Wieczorem zafundowaliśmy sobie samodzielny krótki spacer. Chcieliśmy dojść do Wielkiego Bazaru co nam się niestety nie udało, ale wrażęń dostarczyła nam sama droga- konkretnie poszukiwania naszego hotelu. Zakończone sukcesem, ale momentami emocjonujące.

Stambuł jest jednym z tych miejsc, po zobaczeniu których odczuwam niedosyt. Miałam nawet taki etap, że bacznie przeszukiwałam połączenia lotnicze w celu zaspokojenia tego niedosytu kilkudniowym rajdem po mieście. Jest to miejsce gdzie naprawdę kończy się Europa a zaczyna Azja a w oddali majaczy orient.

Ewa

Wenecja w jeden dzień, czyli wspomnień z wakacji ciąg dalszy

Był Gdańsk, o którym pisałam że przypomina mi Wenecję to teraz czas na Wenecję. To był mój pomysł, aby na zaplanowanej na tegoroczne wakacje trasie przez północne Włochy znalazła się Wenecja. Koleżanka powiedziała mi- będziesz rozczarowana. Nie jestem, ale o tym za chwilę.

Na Wenecję przeznaczyliśmy jeden dzień. Dni przed i po zajmowała nam podróż- do Wenecji dotarliśmy z Doliny Aosty, z Wenecji ruszyliśmy do Cortiny d`Ampezzo. Wcześniej przeczytałam chyba wszelkie możliwe strony pod hasłem „Wenecja w jeden dzień”. A jak przebiegał ten jeden dzień?

Zaczęliśmy od zbyt wczesnej pobudki. Piszę zbyt wczesnej, bo pomimo faktu że przed 7 rano byliśmy na nogach, nie było szans zjeść śniadania (chyba że zadowolilibyśmy się wczorajszym pieczywem)- sklep na polu otwierano o 8. Śniadanie musiało być szybkie, bo o 8,20 już czekaliśmy na przystanku autobusowym do Wenecji. Tu wypadałoby dodać, że zatrzymaliśmy się na kempingu kilkanaście km przed Wenecją, co nie zmienia faktu że był to najdroższy kemping w naszym życiu…

Ok. godziny 9 docieramy do Wenecji i wsiadamy w tramwaj wodny, który ma nas dowieźć do Placu św. Marka . Warto kupić mapkę za 2E, na której rozrysowane są wszystkie linie tramwajów wodnych bo to naprawdę najlepszy środek komunikacji oraz bilet dobowy (jeżeli oczywiście zamierzamy korzystać z tramwajów wodnych więcej niż do i z placu św. Marka). Moje pierwsze wrażenia:

Okazało się, że tramwaj dopływa tylko do mostu Ponte Rialto. Z wyjaśnionych po włosku przyczyn (których niestety z braku znajomości włoskiego nie znamy) musieliśmy wysiąść. Podążając za znakami Piazza San Marco, po mniejszych i większych perypetiach, dotarliśmy do Placu św. Marka a w zasadzie do Pałacu Dożów.

Nie pamiętam ile kosztował bilet, ale wierzcie mi- wejście do Pałacu Dożów warte jest każdych pieniędzy!!! Niestety w najwspanialszych miejscach nie można robić zdjęć:( Tyle udało mi się uchwycić:

Z samego zwiedzania pałacu zapamiętałam tylko, że ustrój polityczny Wenecji był więcej niż skomplikowany.

Kolejnym punktem była Bazylika św. Marka. Jej wnętrze mocno przypominało mi Hagia Sophia w Stambule.

Kolejnym punktem był obiad (a jak- spaghetti) na który wybraliśmy się do dzielnicy San Polo oraz spacer po okolicznych sklepach. I tu dopadło mnie wielkie rozczarowanie. Szkło Weneckie w większości z nich pochodziło z Chin!!! Prawdziwe szkło weneckie mieliśmy okazję podziwiać na Murano, które było naszym kolejnym punktem. Warto było się tam wybrać, gdyż oprócz piękna wąskich uliczek i romantycznych kanałów otrzymywaliśmy spokój, którego w samej Wenecji tak bardzo brak.

Ostatni punkt to Campanila- dzwonnica na Placu św. Marka. Wjazd na wieżę gwarantuje niezapomniane widoki na jedno z najbardziej atrakcyjnych turystycznie miast świata:

Co mogę doradzić osobom zastanawiającym się nad wyjazdem do Wenecji?? Jedno- jechać!!! Nie dajcie sobie wmówić że śmierdzi, że brzydko, że drogo (to akurat prawda, ale wszędzie jest drogo) czy że się rozczarujecie. Chcesz wiedzieć jak jest? Sprawdź to! Podczas mojego pobytu poziom wody w lagunie był naprawdę niski, a pomimo że był to środek lipca żadnego zapachowego dyskomfortu nie odczułam. Turyści? Owszem, jest ich dużo, ale nie mniej niż na Krupówkach w tym samym czasie. Ceny? Wysokie, ale pewnie więcej już tu nie przyjedziesz więc lepiej przymknąć oko. To mogę napisać z pełnym przekonaniem- zobaczyć Wenecję naprawdę warto.

 Ewa

Wspomnień z wakacji część 1- Gdańsk.

Gdybym mogła wybrać w jakim mieście chcę mieszkać z pewnością byłby to Gdańsk. Gdy po raz pierwszy przyjechałam do Trójmiasta, najbardziej rzuciły mi się w oczy kolory. Na tle Śląska na którym mieszkam, Trójmiasto wydawało się takie jasne. Teraz dochodzę do wniosku, że to Śląsk jest taki szary, ale mniejsza o to. W tym roku miałam okazję spędzić w Gdańsku dwa dni i starałam się wykorzystać ten czas do maksimum.

Zaczęliśmy klasycznie od powitania z Neptunem:

Następnie oglądaliśmy Dwór Artusa i przylegającą obok kamienicę mieszczańską:

Komunikacji nie ułatwiał trwający akurat Jarmark Dominikański (mój przyjaciel, rodowity Gdańszczanin, unika w tym okresie centrum Gdańska jak ognia- rozumiem czemu) ale mimo to udało nam przejść się po zabytkowym centrum i dotrzeć do kościoła Mariackiego:

W kościele oglądaliśmy kopię jednego z najsłynniejszych dzieł malarskich znajdujących się w Polsce- Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga. Akurat trafiliśmy na grupę oprowadzaną przez przewodnika i od niego usłyszeliśmy, że jeżeli ktoś będzie miał okazję, to koniecznie należy obejrzeć znajdujący się w Gdańskim Muzeum Narodowym oryginał. Kopia wisząca w Bazylice jest anonimowa – jest podobno tak kiepska że autor nie chciał się do niej przyznać.

Kolejnym punktem naszego programu było Muzeum Morskie, a konkretnie jego trzy oddziały: Żuraw

muzeum na Wyspie Spichrzów oraz statek Sołdek:

Żurawia będącego jednym z symboli Gdańska polecam każdemu. To ciekawe uczucie, gdy znajdujemy się na ostatniej kondygnacji i patrząc pod nogi widzimy tylko wodę.

Sołdek, czyli pierwszy statek wybudowany z Polsce po II Wojnie Światowej, jest również punktem, którego nie warto przegapić. Najlepszą relacją z pokładu Sołdka będzie relacja fotograficzna:

Muzeum na Wyspie Spichrzów, jakkolwiek świetnie zorganizowane, polecam jedynie koneserom historii.

Jako że przyszło nam spędzić w Gdańsku dwa dni, dzień drugi rozpoczęliśmy od Muzeum Narodowego oraz Sądu Ostatecznego. W 100% podpisuję się pod słowami przewodnika zasłyszanego w kościele Mariackim – kopia nie oddaje nawet w połowie magii oryginału:

Ostatnim miejscem które udało nam się zwiedzić jest Gdański Ratusz. Wnętrze sali czerownej od razu przywiodło nam wspomnienia ze zwiedzanego miesiąc wcześniej Pałacu Dożów w Wenecji:

Nie było to przypadkowe. Otóż wystrój sali czerwonej był autorstwa weneckiego architekta.

Wystawa w Ratuszu poświęcona jest historii Gdańska, dla osób zainteresowanych tematem z pewnością będzie ciekawa. Muszę przyznać, że mnie również mocno wciągnęła, choć do fascynatów historii nie należę.

Mówiąc o Gdańsku zawsze nazywam go najpiękniejszym miastem w Polsce, co z pewnością nie jest obiektywne. Ale czy można obiektywnie stwierdzić że coś jest najpiękniejsze? W tym miejscu przychodzi mi na myśl przysłowie: cudze chwalicie, swego nie znacie (bo podejrzewam że więcej Polaków widziało piramidy w Egipcie niż Żurawia) i zachęcić do odwiedzenia jednego z najpiękniejszych miast w Polsce.

Ewa

Wejherowo i okolice

Jak już pisałam w poprzedniej notce, przez kilka lat większość letnich wakacji spędzałam na Kaszubach. W tym roku musiałam zawrzeć jak najwięcej atrakcji, które oferuje ten rejon w kilka dni. Plan wyjazdu była naprawdę intensywny, wielowariantowy (wszakże pogoda zmienną jest) i nie został niestety zrealizowany w całości. W tym tekście chciałam się skupić, na atrakcjach jakie oferuje Wejherowo i najbliższa okolica- był to ostatni dzień naszego pobytu tutaj.

Poranek zaczął się paskudnym deszczem, co nie nastrajało optymistycznie. W planach mieliśmy zwiedzanie Wejherowa z przewodnikiem. Najciekawsza w Wejherowie jest Kalwaria- zespół zabytkowych kaplic, rozmieszczonych na wzgórzach na obrzeżach miasta. Tak więc dobra pogoda przy zwiedzaniu byłaby wskazana. Dotarliśmy pod pomnik Jakuba Wejhera- założyciela miasta i stamtąd, pod opieką przewodnika ruszyliśmy na spacer po mieście. Rozpoczęliśmy od Ratusza, który mieliśmy okazję zobaczyć wewnątrz. Na zdjęciu sala poświęcona kulturze kaszubskiej:

Kolejnym punktem był Klasztor z cudownym obrazem:

oraz kryptą:

Następnie park:

I wreszcie Kalwaria. I tu mieliśmy ogromne szczęście wybierając spacer z przewodnikiem, gdyż normalnie zamknięte kaplice moglibyśmy co najwyżej obejść z zewnątrz. A tak cztery z nich (bo tylko tyle było w programie wycieczki) zobaczyliśmy w środku. Wnętrze Pałacu Piłata z charakterystycznymi, rzymskimi kolumnami:

Najpiękniejsza z kapliczek zbudowana na planie róży, kapliczka poświęcona stacji w której Jezus spotyka swoją matkę:

Kapliczka ufundowana została przez Elżbietę, pierwszą żanę Jakuba Wejhera. Ciekawostką jest, że namiot, który namalowany jest za ołtarzem, prze 300 lat przykryty był białą farbą. Odkryty został całkowicie przypadkowo, w czasie ostatnich prac konserwatorskich. Tu trzeba dodać, że były to prace na dużą skalę i cała Kalwaria jest przepięknie odrestaurowana.

Kolejnym miejsce które oglądaliśmy była Krokowa. Znajduje się tu zabytkowy kościół św. Katarzyny oraz pałac, w którym obecnie mieści się restauracja i hotel.

Z Krokowej pojechaliśmy nad jezioro Żarnowieckie. Pogoda co prawda się poprawiła, ale w dalszym ciągu nie zachęcała do kąpieli. Pozwalała jednak cieszyć się widokami z Kaszubskiego Oka- wieży widokowej znajdującej się przy górnym zbiorniku elektrowni szczytowo- pompowej:

Wieża mieści się w Gniewinie, które to określane jest jako najbogatsza wieś w Polsce. Coś w tym musi być, bo wjazd i zjazd z wieży kosztują więcej niż w Pałacu Kultury w Warszawie…

Dzień zakończyliśmy w Karwi spacerując po plaży i jedząc gofry- jak przystało nad polskiem morzem.

Niestety nie starczyło czasu na: spływ Piaśnicą do Dębek, spacer po Parku Krajobrazowym w Białogórze, Łebę oraz słynne ruchome wydmy. Dodatkowo pogoda sprawiła że o kąpieli czy w jeziorze czy w morzu mogliśmy zapomnieć. Ale to nic, bo oznacza to że mamy program na kolejny przyjazd.

Ewa

Spacer po Warszawie

Nieczęsto zdarza mi się bywać w stolicy a już na pewno nie dla przyjemności. Tym razem jednak mój wyjazd był czysto towarzyski. Zwłaszcza że wyprawa przebiegała we Wspaniałym Towarzystwie;)

W zasadzie wyprawa to bardzo duże słowo bo w Warszawie spędziłam równo 40 godzin. Niewielka część była przeznaczona na sen (i tu po raz kolejny ukłony w stronę mojego towarzystwa) a samej Warszawie poświęciłam zaledwie 5 godzin. Co można zobaczyć w tym czasie?

Spacer zaczęłyśmy (a tak zaczęłyśmy, tym razem zostawiłam męża w domu i spędziłam weekend w całkowicie damskim towarzystwie) w śródmieściu, skąd przeszłyśmy w stronę Rynku Starego miasta. Po drodze minęłyśmy budynek Teattu Wielkiego Opery Narodowej:

 

oraz Nike:

A tu już na Rynku:

 

Odwiedziłyśmy koścół św. Anny:

 

Zajrzały na dziedziniec Zamku Królewskiego:

 

 A także do Katedry św. Jana:

 

W zeszłym roku miałam okazję zajrzeć do Katedry, ale niestety zobaczyłam tam jedynie rusztowania- trwał gruntowny remont.

Kolejne odwiedzone przez nas miejsca to mury i barbakan:

oraz pomnik małego powstańca:

Obok takich miejsc nie przechodzi się w Warszawie obojętnie. Dla mnie to jedyne miasto w Polsce, w którym w zgiełku dnia codziennego wpada się fragmenty historii, często w sensie dosłownym. Linia wyznaczająca niegdysiejszy mur getta. Fragment ściany Hali Mirowskiej, zawierający ślady po kulach. Tablica upamiętniająca miejsce śmierci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Wspomniany wcześniej pomnik małego powstańca. Wszystkie te miejsca znalazły się na mojej drodze zupełnie przypadkowo.

Spacer zakończyłyśmy w czasach powojennych- na tarasie widokowym Pałacu Kultury i Nauki. Nie wiem czy jest drugi budynek w Polsce, który budzi aż takie kontrowersje. Bo przypomina trudną historię? Chyba nie, takich miejsc jest w Warszawie dziesiątki. Bo bardziej wschodni a dziś jesteśmy bardziej zachodni? Może. Ale Pałac jest z Warszawą nierozerwalnie związany, daje świadectwo historii tego miasta. Uważam że nie można wymazywać kart historii, które nam się nie podobają. Bo w historii najważniejsze jest to, by była prawdziwa. Może gdy przeciwnicy Pałacu zabiorą się za niego w sensie dosłownym, tych kilka zdjęć zrobionych na tarasie pałacu będzie historyczną pamiątką?

Dziewczyny, dziękuję za wspaniały weekend.

Ewa