Dolomity, ferrata Strobel- czyli wakacji we Włoszech ciąg dalszy.

Poprzedni wpis zainspirował mnie do kolejnego w bardzo prosty sposób- z Wenecji pojechaliśmy do Cortiny d`Ampezzo, gdzie spędziliśmy tydzień. Naszym celem były ferraty. Tematem dzisiejszego wpisu będzie wycieczka na jedną z nich, w mojej ocenie najprzyjemniejszą- ferratę Michielli Strobel.

Nasza przygoda z tą ferratą zaczęła się w dość ciekawy sposób. Pewnego wieczoru zostaliśmy zagadnięci przez sąsiadów z namiotów obok (a była to jedenastoosobowa grupa Polaków), z których część postanowiła przejść rzeczoną ferratę. Wyszli rano, miało ich nie być 3 godziny a właśnie mijała 9 (słownie- dziewiąta) godzina jak ich nie ma. Mając już kilkudniowe doświadczenie w posługiwaniu się przewodnikiem Dariusza Tkaczyka (w szczególności interpretacji czasów przejść- widać nasi nowi znajomi jeszcze tej umiejętności nie posiadali) zapewniliśmy, że ich towarzysze z pewnością lada chwila się zjawią. Nie minęło pół godziny jak nasze słowa potwierdziły się, a nasi nowi sąsiedzi posiedli także kolejną, jakże niezbędą do przetrwania we Włoszech wiedzę- godziny zamknięcia sklepów są rzeczą świętą i zasada, że jeżeli jest popyt to pojawi się i podaż nie ma tu racji bytu. O godzinie 19 sklep na polu namiotowym zamykano, bez względu na to ile chcielibyśmy wydać.

Wracając do ferraty. Jak już pisałam, podobała mi się najbardziej, co nie znaczy że była idealna. Dużym mankamentem jest dojście do ferraty. Wydawać by się mogło, że to nie problem- ferrata znajduje się bardzo blisko kempingu Olympia, na którym się zatrzymaliśmy. Niestety blisko nie znaczy łatwo, prosto i przyjemnie- tak też było i w tym przypadku. Może to z powodu zmęczenia (w końcu był to 14 dzień mojego urlopu i trochę już miałam dość) ale podejście pod ścianę sypkim piargiem tak mi dało w kość, że zastanawiałam się czy nie zawrócić i nie spędzić dnia wylegując się przed namiotem. Pomysł ten całe szczęście nie doszedł do skutku i ruszyliśmy w górę. Klika widoków- na Col Rosę, szczyt na który również prowadzi bardzo przyjemna ferrata:

Na kemping Olymipa, na którym mieszkaliśmy:

Masyw Sorapis (po lewej) oraz leżąca w dole Cortina:

Myślę, że największą zaletą tej ferraty była jej trudność, a właściwie to brak trudności. Nie oznaczało to jednak nudy, podejście było naprawdę przyjemne i momentami obfitowało w dodatkowe atrakcje jak drabinki czy klamry:

oraz naprawdę piękne widoki- w dole Cortina, po prawej masyw Tofane:

Największą jednak atrakcją okazała się być pogoda która zafundowała nam burzę (a jak wiadomo burza na najeżonej żelastwem ferracie to nie lada atrakcja). Mieliśmy sporo szczęścia, bo burza dopadła nas gdy schodziliśmy w dół, w zasadzie to byliśmy już na przełęczy ale jeszcze lepiej byłoby, gdybyśmy wykazali się większym refleksem. Otóż gdy doszliśmy na szczyt było tam bardzo słowiańsko- oprócz nas byli tam Czesi i Rosjanie. Zrobiliśmy sobie dłuższy postój, zjedli śniadanie. W pewnym momencie na szczycie zostaliśmy sami, co tym bardziej nam odpowiadało, podziwialiśmy więc widoki na Cortinę i Tofane, sprawdzali zoom aparatu fotografując obiekty sportowe w Cortinie i nie zorientowali się, że nagłe zniknięcie pozostałych turystów ze szczytu może mieć coś wspólnego z nadciągającą burzą. Zebraliśmy się i biegiem w dół. Do przełęczy dotarliśmy jeszcze przed deszczem, ale dalej nie było szans. I cóż się okazało? Otóż mokry piarg jest dużo łatwiejszy w zejściu niż suchy. Wadą jest to że straszliwie brudzą się buty, ale samo zejście przypomina trochę chodzenie w ciężkim i mokrym śniegu. Tu Radek podczas zejścia piargiem:

Po dotarciu na pole okazało się, że w odpowiednich warunkach (nadciągająca burza, mokry piarg) czasy podane w przewodniku Dariusza Tkaczyka są nie tylko osiągalne, ale wręcz zawyżone;)

Była to nasza kolejna burza (dwa dni wcześniej burza z gradem dopadła nas przy zejściu z Tofany di Rozes), doszliśmy więc do wniosku że czas się zbierać i kolejnego dnia wyruszyliśmy w podróż powrotną do domu.

Ewa