Na dachu Tatr- Łomnicki Szczyt.

Tego roku tydzień wakacji spędziliśmy w słowackich Tatrach Wysokich. Dopiero na miejscu zdałam sobie sprawę, że nie byłam tutaj 7 lat! Jednym z naszych tegorocznych celów była Tatrzańska Łomnica- słowacki odpowiednik Kasprowego Wierchu, gdyż na szczyt prowadzi kolejka. W naszym przypadku była to jedyna wysokogórska wycieczka, na którą mogliśmy pozwolić sobie we czwórkę.

Zacznę od kwestii organizacyjnych. Bilety na Łomnicę należy kupić online, na stronie GOPASSNie ma co liczyć na zakup w dniu wjazdu, z pewnością wszystkie miejsca będą wykupione. Bilety można kupić do 6 dni wcześniej i są one na konkretną godzinę. Ale uwaga! Godzina ta jest godziną odjazdu kolejki kabinowej na trasie Skalnate Pleso- Łomnicki Szczyt! Do Skalnatego Plesa musimy się jeszcze dostać dwoma kolejkami gondolowymi (w sumie ok. 35 minut), lub podejść na piechotę (ok. 1,5h). Dodam jeszcze, że bilety zakupione przez Internet są zawsze kilka Euro tańsze. Nasze kosztowały 92 Euro a dwie dorosłe osoby, dzieci gratis. Tydzień wcześniej śledziliśmy prognozy pogody dla miejscowości Tatrzańska Łomnica i to dało efekt. Wjechaliśmy na szczyt w najpiękniejszy dzień naszego tygodniowego pobytu. Zaowocowało to pięknymi widokami:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pobyt na szczycie to 40 minut. Przez ten czas można przespacerować się po samym szczycie, zrobić zdjęcia a także wypić kawę w znajdującym się tutaj barze. Na Łomnicę można także dostać się pieszo: jeżeli jesteśmy członkami klubu wysokogórskiego lub w towarzystwie uprawnionego przewodnika.

Po pobycie na szczycie polecam zatrzymać się w Skalnatej Chacie, która znajduje się nieco poniżej Skalnatego Plesa, przy czerwonym szlaku nazywanym Magistralą Tatrzańską.

skalnata chata

Schroniska słowackie są inne niż polskie. Bardziej przypominają schroniska alpejskie, czyli de facto są restauracjami, często z obsługą kelnerską. Tu jednak nie czuje się tego aż tak bardzo- schronisko jest niewielkie i przytulne. Restaurację w budynku kolejki radzę omijać- odgrzewane mrożonki na dużą skalę, za bardzo duże pieniądze.

Kilkakrotnie przymierzaliśmy się do wyprawy na Łomnicę, ale zawsze coś stanęło nam na przeszkodzie. Tym razem poszło idealnie, choć dwoje małych dzieci tego nie ułatwiało. Widoki były przepiękne i bardzo nam się podobało. A jednak tu nie wrócę. Bo choć wrażenia mam pozytywne, nie widzę sensu wjeżdżać tu drugi raz. To dla mnie jedna z tych rzeczy, które robi się raz w życiu. Byłam, zobaczyłam i wystarczy. Ale każdemu kto nie był polecam, zwłaszcza przy pięknej pogodzie.

Na jesienne wieczory- najpiękniejsze górskie widoki

Wspominaliśmy wczoraj wakacje. Od słowa do słowa rozmowa zainspirowała mnie to tego tekstu, którego tematem będą najpiękniejsze górskie widoki.

Mam w pamięci kilka takich obrazów, które chciałabym dziś przywołać i pokazać. Widoki te zrobiły na mnie niesamowite wrażenie.

Widok z Okrąglicy (Trzy Korony w Pieninach) na Sromowce Wyżne:

okraglica

Po prostu piękny. Pamiętam że gdy pierwszy raz zobaczyłam ten widok wydawał mi się nieco nierealny. Coś jakby zbyt piękne aby było prawdziwe.

Pozostając przy Pieninach nie można zapomnieć o najsłynniejszej sośnie w Polsce:

sokolica

Pieniny to najpiękniejsze góry w Polsce, maja tylko jedną, jedyną wadę. To bardzo małe góry, cały łańcuch Pienin Właściwych przejdziemy w jeden dzień.

Zostawiamy Pieniny i przenosimy się nieco na południe. Tatrzańska klasyka, czyli widok z Orlej Perci na Tatry Wysokie:

orla

Długo zastanawiałam się, który z tatrzańskich widoków zrobił na mnie największe wrażenie. Trochę tych miejsc było. Kiedyś usłyszałam zdanie, że najpiękniejsze widoki nie są wcale z najwyższych gór. Szukając najpiękniejszego tatrzańskiego widoku muszę przyznać że to się u mnie sprawdziło. Nie z najwyższych gór, a na najwyższe góry.

A skoro już jesteśmy przy Tatarch, nie sposób nie wskazać tu zimowego widoku ze Świstówki Roztockiej:

lodowy

A teraz coś z mojego bliższego podwórka, widok z Równicy (Beskid Śląski):

rownica

Zapamiętany przeze mnie z perspektywy ośmiolatki. Stając pierwszy raz w życiu na szczycie Równicy i mając przed oczyma powyższy obrazek pomyślałam sobie- ojej, ile gór! Gdy stanęłam tam kilka lat temu, potrafiłam większość z nich nazwać i przypomnieć sobie kiedy na nich byłam.

Na koniec proponuję widok z Ćwilina (Beskid Wyspowy):

cwilin

Podczas naszego ostatniego pobytu w Beskidzie Wyspowym Radek zaproponował Ćwilin. Nie byłam przekonana do zapewnień o pięknych widokach- byliśmy już przecież na Ćwilinie! Jak się jednak zastanowiłam nad tym trochę głębiej, to przypomniało mi się, że w czasie mojego pierwszego wejścia na Ćwilin lało niemiłosiernie a widoczność nie przekraczała 10m. Jedyne co dobrze widziałam to mgła. Na powyższym zdjęciu widać, ile mogłabym stracić nie powtarzając tej wyprawy.

I może to właśnie jest idealnym zakończeniem dzisiejszego wpisu. Czasem warto wybrać się w miejsce, które nam całkowicie nie zapadło w pamięć. Kto wie, może w innym świetle wygląda zupełnie inaczej?

Ewa

Niedoceniany zakątek Tatr

Tatry to dla większości z nas Giewont, Kasprowy Wierch czy Morskie Oko. Dla tych bardziej wytrwałych Rysy bądź Orla Perć. Dla Jeszcze bardziej zaawansowanych, biegłych także w Tatrach Słowackich to Gerlach lub Łomnica. Ja dziś chciałabym się skupić na mniej popularnym, choć równie pięknym zakątku jakim są Zapadne Tatry czyli Tatry Zachodnie, ale po stronie słowackiej.

Ostatni weekend września miałam przyjemność spędzić w Zubercu, niewielkiej miejscowości na Słowacji, położonej w pobliżu Rohaczy- najbardziej charakterystycznych szczytów tego rejonu.

rohacze1

Choć nie byłam tu pierwszy raz, po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu o wyjątkowości tego miejsca. Dlaczego?

  1. Ruch turystyczny- jest zdecydowanie mniejszy niż w naszych Polskich Tatrach, ba jest też zdecydowanie mniejszy niż w Wysokich Tatrach Słowackich (mam na myśli rejon Smokowca i Tatrzańskiej Łomnicy). Nie ma kolejek do kolejek, problemów z parkingami, trudności w minięciu się na szlaku oraz wszelkich innych niedogodności związanych z obecnością większej liczby osób. Ruch oczywiście jest, ale nawet w najmniejszym stopniu nie przypomina tego, co dzieje się kilka km dalej, po polskiej stronie.
  2. Baza noclegowa. W Zubercu całkiem spora, standard bardzo różny. Rezerwując wcześniej (znacznie wcześniej, np. w marcu) można za 7E/os. dostać ładny pokój z łazienką. Lokali gastronomicznych i sklepów (także otwartych w niedzielę, co na Słowacji nie jest normą) sporo. Ceny i poziom przyzwoite.
  3. Zuberec. To nie jest Zakopane! To niewielkie, słowackie miasteczko, które nie ma w sobie nic z „atrakcji” oferowanych na Krupówkach. Żadnych białych niedźwiedzi w środku lata, kolorowych sprężyn czy wyciskarek do cytrusów, cymbergaja i innych tego typu atrakcji. Jest za to przyjemna fontanna z ławeczkami dookoła, bardzo smaczna cukiernia i widoki na niższe, ale zielone górskie zbocza. Polecam tez zajrzeć do informacji turystycznej, zwłaszcza tym, którzy zbierają pieczątki.
  4. Najważniejsze- góry!!! W niczym nie ustępują najciekawszym szlakom po polskiej stronie, w szczególności mam tu na myśli trasę obejmującą Rohacze, często porównywaną z naszą Orlą Percią. Nie do końca się z tym porównaniem zgadzam, bo obie trasy różnią sie zarówno długością jak i stopniem trudności, niemniej jednak poprowadzone są grzbietem, więc jeżeli ktoś chce poczuć przedsmak Orlej to Rohacze są w stanie to zapewnić.

Warto zobaczyć przepiękne Rohackie Plesa:

rohackie_plesa

oraz przyjrzeć się przyrodzie- to właśnie w tych okolicach pierwszy raz widziałam świstaka, a na Wołowcu prawie każdy spotyka kozice.

kozica

Aby być sprawiedliwą, muszę zauważyć że oscypków jest zdecydowanie mniej niż u nas (co bardzo doskwierało mojemu kuzynowi- nie mógł sobie codziennie na szlaku oscypka kupić). Należy także pewne zapasy przywieźć z Polski, w szczególności mam tu na myśli kabanosy. Za to piwo zdecydowanie lepsze, a dla niepijących alkoholu kofola i niebieska fanta (jakże ceniona przez naszą młodzież;)).

Podsumowanie będzie bardzo krótkie- Zapadne Tatry to przepiękny zakątek, co koniecznie należy sprawdzić osobiście.

Ewa

P.S. Zdjęcia pochodzą z trzech wyjazdów jakie odbyliśmy w ten rejon w latach 2012- 2016 stąd widać na nich tak różne warunki pogodowe i pory roku.

Jesień

Nie wiem dlaczego, ale zazwyczaj pierwszy powiew jesieni czuję już na początku sierpnia, gdy wychodząc rano do pracy czuję lekki chłodek Nie jest już tak upalnie jak w lipcu a i dzień jakby trochę krótszy. W tym roku wyglądało to trochę inaczej- po pierwsze nie chodziłam do pracy, a po drugie tegoroczny sierpień był niesamowicie upalny. O nadejściu jesieni pomyślałam w tym roku dość późno, gdy okazało się że muszę uzupełnić garderobę. Chwilę później dotarło da nas pierwsze jesienne przeziębienie, z którego ja już wyszłam, Stasiek powoli też wychodzi a Radek walczy żeby nie rozłożyć się do reszty. Siłą rzeczy nie jest to dla naszej rodziny jakiś szczególnie obfity w wyjazdy czas. A szkoda, bo jesień to chyba najbardziej malownicza pora roku a góry są najlepszym miejscem aby ten urok zobaczyć i docenić. Dlatego dziś chciałabym pokazać kilka widoków jakie zdarzyło mi się podziwiać w jesiennych górach.

Tatry.

Zaczynamy z grubej rury, czyli od najwyższych polskich gór. Ale nie będziemy wspinać się zbyt wysoko, zatrzymamy się przy schronisku na Hali Kondratowej. To najbardziej kameralne schronisko w polskich Tatrach. Mijane przez każdego, kto za cel obrał Giewont i wystartował z Kuźnic. Na zdjęciu oprócz schroniska widoczna Kopa Kondracka.

kondratowa1

Beskid Żywiecki.

Nie wiem z czego to wynika, ale jest to najczęściej wybierane przez nas pasmo jesienną porą. Czasem jest to taka udawana jesień jak w tym wpisie o wyjeździe na Pilsko, ale czasem jest to klasyczna (czytaj piękna, ale chłodna) jesień, najlepiej z widokiem na Jałowiec:

jaowiec1

Beskid Śląski.

Coś z gór mi najbliższych, rzec by można z własnego podwórka. Pętelka z Brennej przez Kotarz. Miejsce mało znane, na szlaku spotykaliśmy jedynie pojedyncze osoby. I widok- jesienne Skrzyczne:

kotarz4

Beskid Mały.

Jeden z najprzyjemniej wspominanych przeze mnie wyjazdów- jesienny Leskowiec. Pamiętam że pogoda była piękna, ale chłodna. Schodziłam opatulona w czapce i szaliku. A był to ledwo początek października. Widok tym razem nie na góry, a na piękny las oraz przydrożny (chyba raczej przyszlakowy;)) krzyż:

leskowiec9

Szukając materiałów do tego wpisu zorientowałam się, że jesień jest dla nas trochę martwym sezonem- najmniej naszych górskich wypraw przypada właśnie na ten okres. Po części dlatego że po lecie nie odczuwamy niedosytu wyjazdów, a po części dlatego że często właśnie w miesiącach jesiennych decydowaliśmy się na dłuższy urlop. Wtedy jednak wybieraliśmy zdecydowanie cieplejsze miejsca niż nasze polskie góry. W tym roku żadnego dłuższego urlopu już nie planujemy, wrzesień uciekł nie wiem kiedy, a my wciąż nie zdążyliśmy się ruszyć. Może więc czas to zmienić?

Ewa

Tatry z niemowlakiem ambitnie

Ambitnie to chyba jednak nie jest właściwe słowo. Ambitniej- byłoby poprawnie. Zaznaczam jednocześnie że nie sililiśmy się na wyczyny. Nie było takiej potrzeby- samo dojście nad Czarny Staw Gąsienicowy z niemowlakiem niesionym z przodu było dla nas wyczynem. Więc Granaty mogliśmy zostawić lepszym od nas;). I bardziej ambitnym.

Zaczynamy spokojnie- Doliną Chochołowską. Dlaczego nie znalazła się w zestawieniu najłatwiejszych tras? Ano dlatego, że w mojej opinii nie jest to już trasa na wózek. Na upartego dałoby się przejechać, ale Staś drogę tę pokonał w nosidełku i wg. mnie tak jest lepiej. Co do samej wycieczki, to właściwie trochę się nam ona nie udała, gdyż planowaliśmy wejść wyżej (na Grzesia, albo co najmniej na Przełęcz Bobrowiecką). Niestety zaraz po dojściu do schroniska lunęło i lało przez dwie godziny. Nie zdecydowaliśmy się więc na podejście wyżej po mokrym szlaku- ze Stasiem wydawało się to zbyt niebezpieczne.

chochoowska1

Podobny stopień trudności (aczkolwiek znacznie krótsza droga) ma trasa prowadząca z Kuźnic do klasztoru Albertynów. Planowaliśmy dojście do Kalatówek, ale przecież już tyle razy byliśmy na Kalatówkach… Był to dobry wybór, również ze względu na tłumy albo raczej ich brak. Na Kalatówki idzie się w dość dużym towarzystwie innych turystów, do klasztoru podchodziliśmy praktycznie sami.

albertyni

Kolejna trasa to tatrzański klasyk wśród tras krótkich, a mianowicie Nosal. W trasę tę wybraliśmy się zaraz pierwszego dnia po przyjeździe. Podchodziliśmy z Kuźnic i mimo że jest to tylko 200m przewyższenia, dało się je odczuć. Jak na tatrzański klasyk przystało ludzi multum. Pod szczytem zaliczamy kawałek prostej wspinaczki, który okazuje się łatwiejszy dla Radka niosącego Stasia niż dla mnie niosącej plecak. Na szczycie podziwiać można nie tylko tatrzańskie widoki, ale również kolejkę do kolejki na Kasprowy Wierch. Ze szczytu Nosala zeszliśmy do Doliny Olczyskiej. Jest to krótka, ale niezwykle urokliwa dolina, w której nigdy wcześniej nie byłam. Największą atrakcją była przepiękna polana, na której rozłożyliśmy kocyk i pozwolili Stasiowi pobrykać. Schodzimy do Jaszczurówki, dzielnicy Zakopanego, znanej przede wszystkim z mieszczącej się tu kaplicy zaprojektowanej przez Stanisława Witkiewicza ojca, a będącej kwintesencją stylu zakopiańskiego:

jaszczurwka

No i ostatnia, zdecydowanie najbardziej wymagająca trasa jaką udało nam się przejść. Trasa przez Boczań i Murowaniec nad Czarny Staw Gąsienicowy. Polecam tylko osobom naprawdę wytrzymałym. Tak jak dojście do Murowańca nie było dla nas żadnym problemem (w trakcie podejścia na Boczań Stasiek nie przejmując się niczym uciął sobie krótką drzemkę) i zdążyliśmy tam być zanim naprawdę zaczął się ruch turystyczny, tak późniejsze zejście Doliną Jaworzynką, zwłaszcza jej pierwszym, bardzo stromym odcinkiem czuliśmy już w kolanach. Jeżeli do tego dodać całodniowy upał i brak polanki do rozłożenia kocyka (co nie znaczy że się nie rozłożyliśmy, po prostu miejsce nie było optymalne) to wycieczkę można uznać za wyczerpującą. Plusem był brak deszczu a także przepiękne zdjęcia jakie udało się nam zrobić. Ja dodatkowo spotkałam rodzinę kozic, gdyż wraz z kuzynem wybraliśmy się nieco powyżej Czarnego Stawu- do Koziej Dolinki.

czarny_staw_gsienicowy

Na koniec przytoczę zabawną sytuację, która spotkała nas właśnie nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Grupa turystów widząc Radka niosącego Stasia w nosidle zapytała: skąd pan wziął ten bagaż? Na co mój mąż odparł: a znalazłem na szlaku, więc wziąłem. Ze strony turystów padł komentarz: a to już wiemy skąd się biorą dzieci.

Ewa

A i jeszcze tablica nad potokiem wypływającym z Kuźnic. Również nas ubawiła:

wszyscy_umrzemy

Tatry z niemowlakiem

Choć pierwszymi wysokimi górami, które zobaczył Staś były Alpy, to nasze polskie Tatry okazały się być dla nas prawdziwym wyzwaniem. Po pierwsze Staś jest coraz większy (i cięższy), po drugie w Alpach wybieraliśmy głównie trasy z wózkiem lub kolejką, a w Tatrach takie możliwości są ograniczone. Co nie znaczy że ich nie ma. I właśnie od takich najprostszych tras chciałabym zacząć. Na pierwszy ogień proponuję wózkowy klasyk, czyli Morskie Oko.

morskie_oko

Jest to bez wątpienia najłatwiejsza trasa w Polskich Tatrach, choć długa, żmudna i sama w sobie mało ciekawa. Ciekawy jest za to finał (jeden z najpiękniejszych widoków w Polsce) i dalsze możliwości, z których nie omieszkaliśmy skorzystać. Wózek zostawiliśmy obok schroniska, Małego wsadziliśmy w nosidło i ruszyli w górę, w stronę Wrót Chałubińskiego. Doszliśmy do Dolinki za Mnichem i zdecydowali o powrocie. W zasadzie to zadecydowała pogoda strasząc nas nadciągającym deszczem. Deszczem, przed którym nie udało nam się uciec, a który Staś i ja spędziliśmy na konnym wozie wożącym turystów na trasie do Morskiego Oka (Radek schodził, a w zasadzie zbiegał). Gdyby nie Staś nigdy bym się na takie rozwiązanie nie zdecydowała i zdecydowanie go nie polecam. Z różnych względów, które jednak były na tyle nieprzyjemne że nie chcę ich przytaczać. Z informacji praktycznych: żeby zdążyć zaparkować na Palenicy Białczańskiej trzeba być przed 8 rano. Parking kosztuje 20 zł za cały dzień.

Drugi Tatrzański klasyk to Dolina Kościeliska. Tu również trasę pokonujemy z wózkiem i również decydujemy się na coś więcej niż sama Dolina, zostawiając Stasia pod bardzo dobrą opieką. I tu pozwolę sobie wytłumaczyć, dlaczego w szczycie sezonu zdecydowaliśmy się na Zakopane. Jak mówi przysłowie: cygan dla towarzystwa dał się powiesić, tak i my chcąc spędzić wakacje z moją rodziną ze Szczecina postanowiliśmy dołączyć do ich corocznego, rodzinnego wypadu w Tatry. Wracając do Doliny Kościeliskiej. Jest to jedna z piękniejszych dolin tatrzańskich:

polana_pisana

Dodatkowo obfituje ona w liczne atrakcje, jakimi są jaskinie. Do zwiedzania udostępnione są 4 jaskinie: Mroźna, Smocza Jama, Mylna i Raptawicka. Dwie pierwsze zwiedziłam jako dziecko. Radek zawsze powtarzał: jak nie byłaś w Mylnej, to nigdzie nie byłaś. Nie mogłam więc przegapić takiej okazji. Staś został pod czują opieką dwóch wujków i kuzyna, a my z Radkiem oraz najmłodsza część naszej rodzinnej wyprawy ruszamy na podbój jaskini Mylnej. Po drodze zaliczamy jeszcze jaskinię Raptawicką- okazuje się ona być wielką dziurą, do której schodzi się po drabinie. Co innego jaskinia Mylna. Tu zwiedzanie faktycznie obfituje w masę atrakcji. Począwszy od trudności orientacyjnych (w końcu trzeba się w Mylnej pomylić) skończywszy na czołganiu, przeciskaniu plecaków (to nas szczęśliwie ominęło), wodzie czy łańcuchu w końcowej części. Ogólnie polecam wszystkim, jednak po uprzednim założeniu gorszych ciuchów. Z informacji praktycznych- parking w Kirach to również 20 zł, ale trudności z zaparkowaniem zdecydowanie mniejsze niż w Palenicy.

Dwa ostatnie miejsca są już zdecydowanie niszowe. To słowackie doliny: Białej Wody oraz dolina Zadne Medodoly prowadząca na Kopskie Sedlo w Tatrach Bielskich. Do Białej Wody startujemy z Łysej Polany, niestety za sprawą pogody docieramy mniej więcej na wysokość schroniska w Starej Roztoce. Do tego miejsca z pewnością można dojechać wózkiem, co dalej niestety nie wiemy. Dwie godziny spędzamy pod wiatą, po czym wracamy do auta nie chcąc ryzykować przemoczenia Stasia.

W drugą dolinę ruszamy z miejscowości Tatranska Javorina (parking 3,5 euro za cały dzień). Dochodzimy do wysokości ok. 1400m n.p.m. do dosyć charakterystycznego miejsca. Znajdują się tu dwa drewniane niedźwiedzie oraz dwie wiaty.

misie1

Dalszy szlak nie pozwala niestety na przejazd wózkiem. Kończąc jednak wyprawę w tym miejscu zdecydowaliśmy się podejść na polanę (ok. 50m od wspomnianych wiat) w celu zrobienia kilku zdjęć Tatrom Bielskim z drugiej strony. Poniżej mniej znany widok na Hawrań i Płaczliwą Skałę:

havra

Opisane przeze mnie trasy nie są oczywiście jedynymi jakie można przejechać w Tatrach dziecięcym wózkiem. Są po prostu tymi, które udało się nam zaliczyć. Podróżując z tak małym dzieckiem nie należy nastawiać się na wysokogórskie osiągnięcia, a raczej na spacery. Mimo to udało nam się zrobić coś więcej niż tylko przejścia z wózkiem, ale o tym napiszę w drugiej części relacji z tatrzańskich przygód Stasia.

Ewa

Na całej połaci śnieg- czyli o zimie słów kilka.

Nietrudno zgadnąć skąd inspiracja do dzisiejszego wpisu- wystarczy spojrzeć za okno. Zima najczęściej podoba nam się tylko na zdjęciach, najlepiej w okresie Bożego Narodzenia. Oczywiście w postaci pejzaży przedstawiających oszronione gałęzie, przysypane dachy domów i dym z komina. W praktyce zima to dla nas niskie temperatrury, krótkie dni i dodatkowa porcja ruchu w postaci odśnieżania (chodnika, garażu, samochodu- niepotrzebne skreślić). Jak pisał Jeremi Przybora:

„…zima mrozi, zima grozi, nie dowozi w zaspach tkwi.”

Odcinając się od tej pesymistycznej wizji, chciałabym opisać kilka najciekawszych zimowych wyjazdów. Zaczynamy!

Błatnia- luty 2012

Nie ma roku żebyśmy przynajmniej raz nie pojechali na Błatnią. Oboje lubimy tamtejsze schronisko, a na samą górę można wejść wieloma wariantami. Tym, co wyróżniało ten wyjazd była temperatura. Było -22 stopnie!!! Nie wiem, czy zdarzyło mi się wcześniej (a i później chyba też nie) chodzić po górach w taki mróz. Miało to oczywiście zalety jak widoki (te w mroźne dni są zazwyczaj najpiękniejsze) oraz niewielki ruch turystyczny. Wybraliśmy klasyczną trasę z Jaworza Górnego którą zapętliliśmy idąc przez Uroczysko Ewangelików.

Tatry Morskie Oko- listopad 2013

Celem wyjazdu były Rysy. Zrezygnowaliśmy jednak ze względu na zbyt dużą ilość śniegu- jakoś nie kręci mnie brnięcie w nim po pas. Zrealizowaliśmy natomiast inną piękną trasę: pętlę ze schroniska w Morskim Oku, przez Świstówkę Roztocką do Pięciu Stawów i z powrotem przez Szpiglasową Przełęcz. Śmiało mogę powiedzieć, że to jedna z najpiękniejszych tras jakie zrobiłam. Zimowa aura tworzyła bajkowy wręcz krajobraz, zwłaszcza że śnieg był świeży- spadł w noc poprzedzającą nasze wyjście. Tego ranka byliśmy drugimi turystami idącymi z Morskiego Oka przez Świstówkę do „Piątki”. Na Szpiglasowej Przełęczy byliśmy ok. godziny 14 i była to pora na tyle późna, że nie było szansy na zaliczenie pobliskiego Szpiglasowego Wierchu- słońce miało się już ku zachodowi. Do Morskiego Oka doszliśmy już po ciemku.

Szrenica- kwiecień 2012

Ten wyjazd mogłabym określić jednym słowem- niespodzianka. Spotykaliśmy niespodzianki na każdym kroku, głównie były to niespodzianki pogodowe. Jak na koniec kwietnia przystało, temperatura powinna oscylować w okolicy kilkunastu stopni. I tak było- pierwszego dnia. Drugiego dnia, kiedy to zaplanowaliśmy największe przejście (start z okolic Chaty Walońskiej, schronisko pod Łabskim Szczytem, Śnieżne Kotły i powrót przez Szrenicę) pogoda pokrzyżowała nam plany. Śnieg spotkaliśmy na granicy rezerwatu, a żeby dojść do schroniska konieczne były raki. O Śnieżnych Kotłach należało zapomnieć- widoczność zerowa. Ruszyliśmy więc na Szrenicę. Wtedy zrozumiałam, dlaczego szlaki w zimie znakowane są tyczkami. Jedyne co było widać, to kolejne tyczki. Ze Szrenicy zeszliśmy drogą do wodospadu Kamieńczyka. Była to droga jakby do innego świata, bo z zasypanej śniegiem i pełnej narciarzy Hali Szrenickiej znaleźliśmy się w wiosennej, choć i tak ponurej aurze.

Ewa