Małe Karpaty, Devin i Bratysława.

Oboje z Radkiem jesteśmy oczarowani Bratysławą. Z jednej strony ma w sobie klimat atrakcyjnego turystycznie starego miasta, z drugiej nie jest przeładowana ruchem turystycznym jak np. Wiedeń. Planując wakacje w Małych Karpatach nie mogliśmy nie uwzględnić spędzenia czasu w Bratsławie. Moim marzeniem był rejs Dunajem i właśnie to marzenie udało nam się zrealizować.

Ofertę rejsów z Bratysławy po Dunaju można znaleźć tu. Najciekawszy jest oczywiście Wiedeń lub Budapeszt, ale są to wycieczki długie i wymagające. Zdecydowaliśmy się na rejs do ruin zamku Devin. Sam rejs trwał ok. 1,5h. Początkowo żegnamy się z Bratysławą mijając Zamek oraz liczne botele (hotele znajdujące się na wycieczkowych statkach zacumowanych wzdłuż nabrzeża), by za chwile podziwiać naddunajską przyrodę.

rejs_Devin

Byliśmy bardzo zaskoczeni tym, jak wiele osób kąpie się w Dunaju. To duża rzeka, przepływająca m.in. przez Regensburg oraz Wiedeń, a mimo to zachęca do kąpieli. Nam Polakom niezmiennie duża rzeka kojarzyć się będzie z czystością Odry lub Wisły, więc widok kąpiących się Słowaków i Austriaków oraz całych rodzin wypoczywających na piaszczystych nabrzeżach zaskakiwał.

Z przystani na zamek Devin jest ok. 1 km. Same ruiny nie są zbyt ciekawe, ale są przepięknie położone- w miejscu, gdzie Morawa wpada do Dunaju. Dunaj jest przepiękny, błękitny. Widać to na poniższym zdjęciu: wody Morawy łączą się z modrymi wodami Dunaju.

16._Ujcie_Morawy_do_Dunaju

Devin to wyjątkowe miejsce dla Słowaków. Zamek przez lata był ważnym punktem na szlaku handlowym do Budapesztu. Kluczowe było jego położenie: na wysokiej skale, u zbiegu dwóch rzek. Nie mniej ważnym punktem to miejsce było w okresie powojennym. To właśnie tutaj, przez wody Morawy prowadziła najkrótsza droga ucieczki na Zachód. Wielu próbowało, tych którym się nie udało upamiętnia postawiony tu pomnik. Muszę przyznać że pomimo swojej prostoty jest on niesamowicie wymowny.

P8215306

Wróćmy jednak na zamek. Zwiedzanie go kosztuje 5Eur/os. i nie można płacić kartą. Z tego powodu poznaliśmy tu dwójkę Polaków, którym wymieniliśmy złotówki na euro umożliwiając zwiedzenie ruin. Nie chcę powiedzieć że byliśmy tym zamkiem rozczarowani, choć to chyba najbardziej odpowiednie słowo. Może więc opiszę przebieg wydarzeń. Trafiamy do jednej z największych atrakcji turystycznych regionu i co zastajemy? Piękne wzgórze, jedna wieżyczkę (niedostępną- ładnie widoczną z dołu) oraz wybrukowane alejki, metalowe schody i kilka współcześnie odbudowanych pomieszczeń z wystawami. I to wszystko 5 Euro za osobę. W zamku absolutnie nie ma nic ciekawego poza przepięknymi widokami. To jednak zasługa płożenia a nie zabytkowej budowli, której powiedzmy sobie szczerze tu nie ma. Odbyliśmy przyjemny spacer i wrócili na statek powrotny do Bartysławy.

Devin

Po powrocie do Bratysławy wybraliśmy się na obiad i spacer po starym mieście. Tu chciałabym zwrócić uwagę, na różnicę pomiędzy znaną nam Polakom północną Słowacją (kraj żyliński), a rejonem południowo- zachodnim (kraje bratysławski i trnawski). Otóż są to widocznie zamożniejsze rejony: widać to po domach, sklepach, samochodach, ale także po podejściu do turystyki. Za posiłek w restauracji dla naszej trójki płaciliśmy rząd 30 Eur- czyli podobnie jak na Wyspach Kanaryjskich, choć taniej niż w Chorwacji. Na północy Słowacji (nie licząc doliny Demianowskiej w szczycie sezonu) jest to połowa tej kwoty. A i menu jest inne. Można co prawda zamówić bryndzowe haluszki (za 7, nie za 3E), ale znacznie mocniej widać wpływy austriackie. Ja najczęściej jadłam sznycel po wiedeńsku i niemiecką sałatkę ziemniaczaną. Chociaż tutaj był to sznycel słowacki, ze słowacką sałatką ziemniaczaną. Kolejną rzeczą, która zaskakuje to kompletny brak turystów z Polski. Są Austriacy i Czesi, Węgrzy oraz Niemcy. A Polaków nie ma. Przed każdą atrakcją turystyczną wypatrywałam polskich rejestracji, a tu nic. Zresztą nasz gospodarz potwierdził, że Polacy są rzadkością.

Nie zaskoczyło nas centrum Bratysławy, mieliśmy okazję dość dobrze zwiedzić je rok temu. Z nowych atrakcji wybraliśmy się zobaczyć niebieski kościół świętej Elżbiety.

ksciol_sw_Elzbiety

Nie jest to wiekowa świątynia, ale przykuwa uwagę oryginalnością.

Do Bratysławy ze Smolenic przyjechaliśmy autostradą, więc w drogę powrotną postanowiliśmy się wybrać lokalną trasą, polecaną nam przez naszego gospodarza. Wiedzie ona przez miejscowości Małokarpackiego Szlaku Winnego takie jak Pezinok czy Modra. Spodziewaliśmy się krajobrazu jak z pocztówek: skąpane w słońcu winnice, a w tle niewielkie wzniesienia Małych Karpart. Śliczne domki i niewielkie lokalne sklepy. Otóż nic z tego. Pezinok i Modra to przedmieścia Bratysławy, których widok odrzucał, no chyba że ktoś lubi podziwiać blokowiska. Przewodnik, który posiadamy utrzymuje co prawda że obie miejscowości mają jakieś przyjemne, stare i niewielkie ryneczki, nam jednak ani w głowie było ich szukać. Jak najszybciej chcieliśmy wrócić do Smolenic, do widoku zielonych wzgórz i znajdującego się na jednym z nich zamku. Na koniec moja rada dla wszystkich wybierających się w ten region. Jeżeli nie chcecie wypoczywać w mieście, szukajcie noclegów na północ od miejscowości Dubova. Inaczej można się znaleźć w pobliżu bratysławskiego odpowiednika osiedla Tysiąclecia, a to chyba nie jest najlepsza wakacyjna perspektywa.

Ewa

Reklamy

Małe Karpaty- wstęp.

 

Pomysł na Małe Karpaty zrodził się w naszych głowach rok temu, gdy zatrzymując się po drodze na obiad oczarowała nas Bratysława. To ciekawe góry- niewielkie, niepozorne, często spacerowe, ale kryją też w sobie szlaki o trudności co najmniej Pienin.

Najwyższym szczytem są Zaruby. Choć to niecałe 800mnpm, to Radek określił ich trudność na Pieniny+++. Ja nie byłam w stanie przejść takiego szlaku, ale Staś poradził sobie bardzo dzielnie- chyba ma dryg do wspinaczki. 

zaruby_szlak

Cały szlak zaczyna się podejściem do ruin zamku Ostry Kamień. Widać że był to potężny zamek, dodatkowo przepięknie położony. To na co trzeba uważać (w całych Małych Karpatach, choć chłopcy doświadczyli tego w szczególnie tutaj) to szlaki. Szlaków trzeba pilnować, bo są słabo oznakowane. Dodatkowo ruch na nich jest bardzo niewielki. Na szlaku na Zaruby Radek i Staś spotkali jedną osobę, natomiast w dalszej część, wiodącej ze szczytu przez Havranią Skałę aż do Smolenic nie spotkali nikogo.

Smolenice to miejscowość, w której mieszkaliśmy. Znajduje się tu najmłodszy zamek na Słowacji- odbudowany na początku XXw. przez rodzinę Palfych. Zamek można zwiedzać, choć nie jest to zbyt długi i obfitujący w ciekawostki program. Można podziwiać samą architekturę zamku oraz widoki z wieży, a kosztuje to 2E/ osobę. W okolicy zamku znajduje się park angielski, który zaprasza do spacerów. Przez cały okres wakacji odbywają się tu różne imprezy plenerowe. My akurat nie jesteśmy fanami tego typu atrakcji, ale wiem że są ludzie, dla których będą one interesujące. W samej miejscowości znajduje się tez wytwórnia miodów pitnych. Bardzo lubię słowackie miody, tym razem jednak nie wolno mi nic spróbować, więc kupiliśmy kilka butelek do degustacji w przyszłości. Można tu także kupić zwykły miód, propolis oraz kosmetyki wytworzone na bazie miodu.

Największą atrakcję regionu, do której ze Smolenic wiedzie bezpośredni szklak jest jaskinia Driny. Jest to bardzo wyjątkowa jaskinia, gdyż nie została utworzona przez podziemną rzekę jak większość tego typu jaskiń, a zawdzięcza swoją formę opadom deszczu. Nie mam zdjęć ze środka- za mozliwość fotografowania trzeba zapłacić, a z moich doświadczeń wynika że zdjęcia w takich miejscach mi nie wychodzą, więc nie warto. Sam wstęp do jaskini to wydatek 6E/ osoba. 

smolenice

02._Widok_ze_szczytu_Driny

Niedaleko jest jeden z największych i najbardziej znanych słowackich zamków: Czerwony Kamień. Muszę przyznać że naprawdę robił wrażenie. Słowackie zamki to najczęściej same malowniczo położone mury. Tutaj jednak mamy pięknie zachowany (oszczędziły go zarówno wojny napoleońskie jak i światowe) ogromny zamek, z bardzo bogatymi wnętrzami i wystawami. A już największe wrażenie robią piwnice zamku- ile tu się musiało zmieścić wina!

czerwony_kamie

Jak już jesteśmy przy winie, to rejon między Bratysławą a Smolenicami to obszar winnic. Podobno uprawę winorośli przynieśli jeszcze Rzymianie. Jadąc wzdłuż Małych Karpat, wśród winnic, w temperaturze 32 stopnie Celsjusza (niższe była tylko jednego dnia) i obserwując płaskie, czerwone dachy domów miałam wrażenie że jestem na południu Europy a nie na południu Słowacji. Warto zaopatrzyć się w kilka butelek miejscowego wina, najlepiej kupując je bezpośrednio w winnicach lub w sklepach firmowych. Popularniejsze są wina białe, wytrawne. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż winogrona białe mają mniejsze wymogi klimatyczne. Szczególnie polecam zainteresować się lokalnymi odmianami, jak np. Devin. Jest to szczep winogron wyhodowany tutaj i wątpię czy wino wyprodukowane z tej odmiany można dostać gdziekolwiek na świecie poza Małymi Karpatami.

A o tym co oznacza nazwa Devin oraz innych atrakcjach Małokarpackiej Winnej Ścieżki napiszę w następnym tekście.

Ewa

Narty na Chopoku- wady i zalety

Sylwestra oraz pierwsze dni stycznia spędziliśmy na nartach na Chopoku. Miałam ogromny niedosyt po zezłorocznym pobycie (przez większość czasu leżałam z gorączką), więc gdy trafiła się okazja na tygodniowy pobyt w sercu Doliny Demianowskiej nie wahaliśmy się ani chwili. Dziś chciałabym podzielić się swoją opinią oraz kilkoma praktycznymi wskazówkami na temat ośrodka narciarskiego, ale nie tylko. Mam nadzieję że ten tekst zainteresuje nie tylko narciarzy.

p1054700

Lubię Doline Demianowską i Chopok, ale zacznę przewrotnie- od wad. Największą wadą naszego wyjazdu był termin. Absolutnie odradzam wyjazdy w terminie sylwestrowym. Ogrom ludzi. Nie było to nawet problemem w kolejkach (tj. nie było kolejek do kolejek) ale na stoku tłum był spory. Bardzo dużo było początkujących narciarzy, których strach było mijać. Dodatkowo ciężko o miejsce w restauracji, o parkingach nie wspominając (z tego ostatniego szczęśliwie nie musieliśmy korzystać). Przysłowiową wisienką (w tym wypadku anty- wisienką) są ceny. Dolina Demianowska nigdy nie jest tania- śmiem twierdzić, że to najdroższe miejsce na Słowacji. W okresie sylwestrowym wzrost cen widać szczególnie jeśli chodzi o noclegi. Także po raz kolejny odradzam.

Jak juz jesteśmy przy noclegach, dodam dwa słowa o hotelu, w którym mieszkaliśmy. Był to hotel Sorea Marmot, jeden ze skromniejszych i bardziej ekonomicznych w rejonie. Hotel ma tylko dwie gwiazdki i nie leży bezpośrednio przy stoku, a jakieś 100- 200m od trasy nr 10 (przy gondoli). Zaletą hotelu jest przestrzeń- duże pokoje, rozległe korytarze, spora jadalnia. Nie było sytuacji, w której ktoś musiał czekać na posiłek, bo wszystkie stoliki są zajęte- każdy miał przydzielony swój stolik. Ale… posiłki. Było naprawdę kiepsko. Śniadania jeszcze jakoś uszły, ale kolacje… Nie dość że trzeba było wybrać jedno danie z 4 (dwa dni wcześniej, na podstawie opisu) to jeszcze dania te nie powalały smakiem. Przez tydzień nie zjadłam ani jednej potrawy, którą chciałbym zjeść ponownie. Tłusto i niesmacznie. Obok hotelu jest restauracja Koliba, znacznie smaczniejsza. Niestety ceny są typowe dla tego rejonu. W każdym innym rejonie Słowacji za bryndzowe haluszki płaci się ok. 3,5- 4,5 EUR, w Kolibie kosztowały 7,9 EUR. Chcącym zjeść coś smacznego i w słowackim stylu polecić mogę restaurację River Side. Byliśmy tu już dwa lata temu i zawsze nam smakowało.

Wracając do hotelu. Atutem sa przyzwoite ceny w barze: Zlaty Bażant 0,5l 1,2EUR, lampka słowackiego wina 0,9 EUR. Kawa z koniakiem i bitą śmietaną 1,8 EUR. Polecam także SPA (choć SPA to raczej za duże słowo, lepiej powiedzmy masaże). Ceny atrakcyjne, a pani fizjoterapeutka potrafi postawić na nogi. W Nowy Rok dostałam strasznego skurczu mięśni karku, nie mogłam ruszyć głową. Gdyby nie masaż i kilka zaaplikowanych specyfików pewnie przeleżałabym cały wyjazd.

Co do ośrodka narciarskiego, to tym, co najbardziej zawodzi jest pogoda. Nawet nie chodzi o ocieplenie czy roztopy, choć przyznaję że lepiej aby ich nie było. Ale najgorszy jest wiatr. Jednego dnia wiatr był tak silny, że ok. 12 zamknięto cały ośrodek. Innego dnia wjechałam na szczyt ze Stasiem. Myślałam że go porwie. Tego dnia wyjątkowo na szczycie nie było mgły stąd kilka zdjęć:

p1054703

p1054702

p1054705

Po zdjęciach natychmiastowa ucieczka do kolejki. W wagoniku, w którym jedzie normalnie ok. 20 osób było nas dwoje. Wycie wiatru bylo tak silne że napędziło mi niezłego stracha. Kolejka na szczyt jest bardzo przemyślana- nie jest to zwykła gondola, kabiny jadą na dwóch linach, jest naprawdę stabilnie i bezpiecznie. Jechałam dużo bardziej „przerażającymi” kolejkami- na przełęcz pod Cristallo w Dolomitach, czy opisywaną na blogu Faja dos Padres na Maderze. Ale to właśnie na Chopoku najadłam się największego strachu. Byłam szczęśliwa gdy wysiedliśmy i wiedziałam, że nie będę musiała już tego powtarzać.

W tym roku udało mi się także zjechać trasą ze szczytu. Uff- zjechałam i cieszę się że nie będę musiała już tego powtarzać. Trasa jest stroma, oblodzona, wiatr dmie jak oszalały, do tego zazwyczaj jest mgła i fatalna widoczność.

No to jak prawdziwy Polak ponarzekałam:) Mimo wszystkich możliwych wad naprawdę lubię ten ośrodek. Lubię Słowację- to że jest podobna do Polski, ale to nie Polska. Lubię słowackie piwo, lubię także słowackie wino- jeżeli ktoś nie miał okazji spróbować to serdecznie polecam, zwłaszcza słowacki tokaj, który ze względu na konflikt z Węgrami (tokaj jest węgierskim produktem regionalnym) kupić można jedynie na Słowacji. Lubię bryndzowe haluszki i niewielkie, ale smaczne, rodzinne restauracje. I lubie Chopok- nasnieżone, przygotowane trasy, wygodne kanapowe lub gondolowe kolejki. A nade wszystko lubię krótki i szybki dojazd- z Zabrza do Doliny Demianowskiej jedzie się ok. 4h. Nie ma drugiego takiego ośrodka w takiej odległości.

Ewa

Najpiękniejszy szlak Małej Fatry

Najbardziej charakterystycznym symbolem Małej Fatry są niewątpliwie poszarpane szczyty Rozsutców- Wielkiego i Małego. Ogromną popularnością cieszą się także Diery- szlaki poprowadzone po drabinkach, mostkach i innych sztucznych ułatwieniach. Nie o tym będzie jednak dzisiaj mowa.

Szlakiem, o którym chciałabym napisać jest przejście grzbietem od przełęczy Snilovskie Sedlo do Starej Doliny, czyli potocznie mówiąc kolejką pod Krywań, a następnie w dół. Jechałam tą kolejką kilka lat temu, choć prawdę mówiąc nie była to dokładnie ta kolejka, a jej starsza siostra, zniszczona przez lawinę błotną. Na przełęcz wiedzie także szlak, ale szczerze odradzam wszystkim pokonywania go na piechotę- jest niesamowicie stromy i nie obfituje w żadne atrakcje. Widoki zaczynają się dopiero powyżej przełęczy.

przelecz

Sama przełęcz jakaś szczególnie atrakcyjna nie jest, zwłaszcza biorąc pod uwagę tłumy turystów wybierających się na Krywań. Krywań jest najwyższym szczytem Małej Fatry, mierzącym ponad 1700m.n.p.m. Ale dzięki wspomnianej już kolejce przewyższenie, które należy pokonać to zaledwie 200m. O skali trudności może świadczyć fakt, że Staś zdobył go samodzielnie, na własnych nóżkach. Widok z Krywania na północ jest jednym z piękniejszych górskich widoków. Lubię określać takie widok jako morze gór. W tym wypadku morze gór stanowi w większości Wielka Fatra.

krywan

Wracając jednak do naszej trasy. Z Krywania zeszliśmy tą sama drogą na przełęcz, następnie udali się w kierunku szczytu o nazwie Chleb. Tu w dalszym ciągu mogliśmy podziwiać widoki, dodatkową atrakcją były szybowce- zdawało się że są tuż nad nami. Ruszyliśmy dalej, w kierunku szczytu Południowy Gruń. Szlak jest typową grzbietówką- góra dół, z niewielką róznicą poziomów. Z racji piękniej pogody podziwiać mogliśmy nawet Tatry, choć w oddali i za lekką mgłą. Za to pięknie prezentował się Wielki Chocz.

grzbiet

Na Południowym Gruniu robimy dłuższy postój. Stąd szczególnie majestatycznie prezentują się Stoh (to jeden z tych szczytów Małej Fatry, na których nie byłam, a na które mam ogromną ochotę) oraz Wielki Rozsutec.

stoh

Postój jest zaplanowany, gdyż na Południowym Gruniu zaczyna sie najtrudniejsza część naszej dzisiejszej drogi i o dziwo nie jest to podejście. Nie wiem jakim cudem przegapiłam to zagęszczenie poziomnic na mapie, w każdym bądź razie nie spodziewałam się aż takiego nachylenia! Śmiało mogę powiedzieć, że nie licząc skalistych, prawie pionowych szlaków oraz ferrat był to najbardziej stromy szlak jaki zdarzyło mi się przejść. W Polsce podobną sławą cieszy się jeden ze szlaków na Lackową (najwyższy szczyt w Beskidzie Niskim). Nie miałam okazji go przejść, ale bazując na opinii Radka nachylenie jest podobne, niemniej Lackowa wypada w tym zestawieniu korzystniej, bo zejście jest krótsze…

Po morderczyn zejściu odzyskujemy siły w Chacie na Gruniu. Wspaniełe miejsce na wycieczkę z dziećmi- jest nawet plac zabaw. No i można sobie kupić nic za 2 Euro;)

nic

Zółty szlak prowadzący z Chaty na Gruniu do Starej Doliny biegnie w lesie. Nie obfituje w żadne fenomentalne widoki, ale można zaobserwować jak potężne są siły natury- na stromych zboczach obserwujemy ogrome ilości materiału skalnego, który niesiony jest wraz wodą spływającą z gór.

Cała trasa, która przeszliśmy była dość wyczerpująca, choć oczwiście warta zachodu. Mniej wytrwałym polecam podzielić ją dwa odcinki: Krywań i Chleb ze zjazdem kolejką oraz wycieczkę ze Starej doliny do Chaty na Gruniu, dla bardziej wytrwalych podejście na Południowy Gruń.

Tak się złożyło, że ta wyieczka była ostatnią podczas tygodnia spędzonego w Małej Fatrze. Pogoda nas nie rozpieszczała- jeden dzień lało tak, że wybraliśmy się jedynie na obiad, a dwa dni chodziliśmy po górach w deszczu. Tym bardziej cieszył nas fakt, że ostatni dzień wykorzystaliśmy na 100% naszych możliwości.

Ewa

Wakacje 2017- plany i niespodzianki

Tegoroczne wakacje miałam z grubsza zaplanowane już w lutym. Z inicjatywy moich kuzynów kilka dni mieliśmy spędzić w Wiedniu, a następnie tydzień w Małej Fatrze. Radek śmieje się, że nigdy nie wymyśliłby takiego połączenia, a połączenie okazało się bardzo udane. O Małej Fatrze pisałam już tu, o Wiedniu z planuję osobny wpis. W tym tekście chciałabym napisać o dwóch miejscach, których nie planowaliśmy (albo raczej planowaliśmy tak trochę;)) a okazały się strzałem w dziesiątkę.

Pierwszym punktem na naszej trasie było austriackie miasteczko Poysdorf. Miasteczko leży kilkanaście kilometrów od granicy z Czechami i przebiega przez nie trasa na Wiedeń. Przejeżdżaliśmy przez nie wielokrotnie, jednak nigdy nie było okazji, aby się zatrzymać. Miasteczko samo w sobie jest urokliwe, a dodatkowo słynie z produkcji wina. Dla wielbiciela niemieckich win przystanek obowiązkowy.

poysdorf1

Nasz krótki (ok. 2h) pobyt w miasteczku zaczęliśmy od wizyty w sklepie z winami. No i trzeba przyznać, że trudno nam było coś wybrać- wybór był ogromny.

Ceny win zaczynały się od 6E, a przeważały białe wina wytrawne.W sklepie oczywiście można spróbować wybranych win. My zdecydowaliśmy się na dwa białe, półsłodkie wina, po 9E za butelkę. Jedno próbowałam (było to jedyne półsłodkie wino, które było przewidziane do degustacji), a drugie kupiliśmy w ciemno. Dodatkowo kupiliśmy sok z czerwonych winogorn (traubensaft). Taki sok produkowany w winnicach smakuje zupełnie inaczej niz winogronowe napoje w kartonikach dostępne w naszych sklepach. W 1995 roku, jako dziecko byłam w Niemczech, w Nadrenii- Palatynat, która również jest regionem winnym. Z tamtych czasów zapamiętałam smak winogronowego soku, jakiego nigdy wcześniej i nigdy później nie piłam. I tak właśnie smakował sok z winiarni w Poysdorfie. Polecam każdemu, kto miałby okazję spróbować takiego specjału.

Po zakupach wybraliśmy sie na spacer po miasteczku. Przeszliśmy kilka urokliwych uliczek oraz zajrzeli do kościoła. Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć, które niestety nie oddały uroku tego miejsca, a następnie ruszyli na Wiedeń.

poysdorf2

Drugim miejscem, o którym chciałabym napisać jest Bratysława. Nasza trasa z Wiednia w Małą Fatrę prowadziła przez Bratysławę. Przywnam, że nie byłam szczególnie zachęcona perspektywą zwiedzania miasta, zatrzymaliśmy się po prostu na obiad. Pierwsze wrażenia nie były najlepsze- horrendalnie drogi parking (1,5E za pół godziny) oraz ruch charakterystyczny dla dużego miasta. Otóż nic bardziej mylnego! Bratysława okazała się jednym z najbardziej urokliwych miast, jakie dane mi było odwiedzić.

W informacji turystycznej dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi największymi atrakcjami i tą trasą ruszyliśmy. I tak spacerowaliśmy po nieśpiesznym starym mieście, pełnym urokliwych knajpek oraz sklepików z pamiątkami:

bratysawa1

zaglądali do kościołów:

bratysawa2

i cieszyli się niespieszną atmosferą starego miasta. Podobnie jak w Poysdorfie nasz pobyt nie był dlugi, jednak należał do najprzyjemniejszych oraz najbardziej zaskakującyh momentów naszego urlopu.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni przejechalismy ponad 1000km po trzech krajach. W najbliższym czasie postaram się podzielić wszystkimi wrażeniami, jakie towarzyszą nam po tej podróży.

Ewa

P.S. Jeden z moich czytelników (pozdrawiam Cię, Grzesiu!) powiedział że chętnie widziałby na naszym blogu więcej informacji praktycznych. Postanowiłam więc coś w tym kierunku zmienić, nie chciałabym jednak zatracić formy i założenia jakie wspólnie z Radkiem przyjęliśmy. Dlatego informacje praktyczne, które będę linkować będą praktyczne na swój sposób. Pod tym tekstem chciałabym się podzielić namiarem na winiarnię, w której robiliśmy zakupy- wysyłają do Polski:)

http://shop.weinmarkt-poysdorf.at

Chopok narciarską porą.

Po zeszłorocznym majowym weekendzie spędzonym na słowackim Chopoku byłam przekonana że wrócę tu zimą. Pod koniec października, moje przekonanie nabrało kształtu- zarezerwowaliśmy pobyt w hotelu Sorea, znajdującym się w samym sercu ośrodka narciarskiego. Pogoda zapowiadała się wspaniała, ośrodek wciąż podnosi standardy, dojazd znany i ogólnie niekłopotliwy tak więc czy coś może pójść nie tak? No cóż, jak mówi prawo Murphy`ego- jeżeli coś może się nie udać, to się nie uda.

Po tym jakże optymistycznym wstępie;) kilka przepięknych widoków, autorstwa Radka:

widok_11

widok_2

widok_31

 Pięknie, prawda? Wracając jednak do tego co poszło nie tak- większość czasu spędziłam leżąc z gorączką. Piątego dnia pobytu wyszliśmy ze Staśkiem na krótki spacer. W zasadzie nawet ciężko nazwać to spacerem, wyszliśmy przed hotel.

spacer

Ja sama na nartach stanęłam dwukrotnie- w przeddzień oraz w dzień wyjazdu do domu. Okazało się że jak zwykle mamy z mężem inny gust;) i jego ulubione trasy nie stały się wcale moimi ulubionymi. Radek szczególnie upodobał sobie trasę nr 5, prowadzącą do Zahradek. Ja natomiast wolałam trasę nr 10 i kolejkę gondolową. Zdecydowanie doceniam tę formę transportu narciarza, podczas której można naprawdę odpocząć, zdjąć rękawice i gogle a także podziwiać widoki.

Jeżeli chodzi o sam ośrodek. Czytałam trochę opinii w internecie i o dziwo jest sporo negatywnych. Że drogo, że trasy nieprzygotowane, że ratraków nie ma, kolejki nie kursują, trasy są oblodzone itp. Ja ośrodek oceniam bardzo pozytywnie- trasy były świetnie przygotowane, kolejki kursowały (z jednym małym wyjątkiem), a oblodzona była tylko trasa ze szczytu (tak mówił Radek, ja nie jechałam). Niestety jest drogo. To w zasadzie jedyny poważny zarzut pod adresem ośrodka. Karnet tygodniowy dla jednej osoby to ok. 200E. Karnetami nie wolno się wymieniać, bo ośrodek je blokuje. Karnet jednodniowy to wydatek 38E. Drogo, za drogo.

Wracając do tras. Nie czułam się na siłach, aby stanąć na trasie czerwonej, jednak przez nieuwagę zaliczyłam dwie takie trasy. Pierwszą z nich była 11- wymęczyła mnie straszliwie, drugą natomiast 12, która (i tu miła odmiana) okazała się bardzo przyjemna. Być może to dlatego że nie przejechałam całej- pod koniec odbiłam na niebieską 12a, co okazało się bardzo dobrym wyborem. Moja ulubiona 10 w jednym miejscu rozgałęzia się na czerwoną 10a. Nie pokusiłam się o zjazd, natomiast zaliczył go Radek. I tu z kolei on był wymęczony. Nie miałam niestety okazji zjechać niebieską trasą 7a (trasa jest przy orczyku, a orczyki chodzą bardzo rzadko- tylko wtedy gdy warunki atmosferyczne nie pozwalają na uruchomienie krzesełek), ale bazując na opisie Radka trasa jest bardzo przyjemna i godna polecenia. Bardzo przyjemnie wspominam trasę 5a- pewnie większości narciarzy wyda się ona nudna, ale ja takie lubię. Warto też wspomnieć o oświetlonej 13- właśnie ze względu na fakt że jest oświetlona (poza tym nie oferuje nic specjalnego) oraz o trasie ze szczytu, którą pomimo oblodzenia z pewnością warto zjechać, a ja bardzo żałuję, że nie było mi to dane.

Nie pojeździł także Staś- nie nastawialiśmy się na to, uważamy że jeszcze nie czas. Co prawda, w jakimś artykule o Austrii przeczytałam, że na nartach stają już dwulatki, wydaje mi się że to jednak za wcześnie. Myślę że będzie to wyzwanie na przyszły rok, kiedy to mam nadzieję również wybierzemy się na Chopok.

Ewa

 

Niedoceniany zakątek Tatr

Tatry to dla większości z nas Giewont, Kasprowy Wierch czy Morskie Oko. Dla tych bardziej wytrwałych Rysy bądź Orla Perć. Dla Jeszcze bardziej zaawansowanych, biegłych także w Tatrach Słowackich to Gerlach lub Łomnica. Ja dziś chciałabym się skupić na mniej popularnym, choć równie pięknym zakątku jakim są Zapadne Tatry czyli Tatry Zachodnie, ale po stronie słowackiej.

Ostatni weekend września miałam przyjemność spędzić w Zubercu, niewielkiej miejscowości na Słowacji, położonej w pobliżu Rohaczy- najbardziej charakterystycznych szczytów tego rejonu.

rohacze1

Choć nie byłam tu pierwszy raz, po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu o wyjątkowości tego miejsca. Dlaczego?

  1. Ruch turystyczny- jest zdecydowanie mniejszy niż w naszych Polskich Tatrach, ba jest też zdecydowanie mniejszy niż w Wysokich Tatrach Słowackich (mam na myśli rejon Smokowca i Tatrzańskiej Łomnicy). Nie ma kolejek do kolejek, problemów z parkingami, trudności w minięciu się na szlaku oraz wszelkich innych niedogodności związanych z obecnością większej liczby osób. Ruch oczywiście jest, ale nawet w najmniejszym stopniu nie przypomina tego, co dzieje się kilka km dalej, po polskiej stronie.
  2. Baza noclegowa. W Zubercu całkiem spora, standard bardzo różny. Rezerwując wcześniej (znacznie wcześniej, np. w marcu) można za 7E/os. dostać ładny pokój z łazienką. Lokali gastronomicznych i sklepów (także otwartych w niedzielę, co na Słowacji nie jest normą) sporo. Ceny i poziom przyzwoite.
  3. Zuberec. To nie jest Zakopane! To niewielkie, słowackie miasteczko, które nie ma w sobie nic z „atrakcji” oferowanych na Krupówkach. Żadnych białych niedźwiedzi w środku lata, kolorowych sprężyn czy wyciskarek do cytrusów, cymbergaja i innych tego typu atrakcji. Jest za to przyjemna fontanna z ławeczkami dookoła, bardzo smaczna cukiernia i widoki na niższe, ale zielone górskie zbocza. Polecam tez zajrzeć do informacji turystycznej, zwłaszcza tym, którzy zbierają pieczątki.
  4. Najważniejsze- góry!!! W niczym nie ustępują najciekawszym szlakom po polskiej stronie, w szczególności mam tu na myśli trasę obejmującą Rohacze, często porównywaną z naszą Orlą Percią. Nie do końca się z tym porównaniem zgadzam, bo obie trasy różnią sie zarówno długością jak i stopniem trudności, niemniej jednak poprowadzone są grzbietem, więc jeżeli ktoś chce poczuć przedsmak Orlej to Rohacze są w stanie to zapewnić.

Warto zobaczyć przepiękne Rohackie Plesa:

rohackie_plesa

oraz przyjrzeć się przyrodzie- to właśnie w tych okolicach pierwszy raz widziałam świstaka, a na Wołowcu prawie każdy spotyka kozice.

kozica

Aby być sprawiedliwą, muszę zauważyć że oscypków jest zdecydowanie mniej niż u nas (co bardzo doskwierało mojemu kuzynowi- nie mógł sobie codziennie na szlaku oscypka kupić). Należy także pewne zapasy przywieźć z Polski, w szczególności mam tu na myśli kabanosy. Za to piwo zdecydowanie lepsze, a dla niepijących alkoholu kofola i niebieska fanta (jakże ceniona przez naszą młodzież;)).

Podsumowanie będzie bardzo krótkie- Zapadne Tatry to przepiękny zakątek, co koniecznie należy sprawdzić osobiście.

Ewa

P.S. Zdjęcia pochodzą z trzech wyjazdów jakie odbyliśmy w ten rejon w latach 2012- 2016 stąd widać na nich tak różne warunki pogodowe i pory roku.