Pomysł na tydzień w Beskidzie Żywieckim.

Koniec z Beskidem Śląskim, przenosimy się teraz na wschód, w Beskid Żywiecki. Tegoroczny pierwszy tydzień urlopu zamierzamy spędzić właśnie tam. Po raz kolejny stoi przed nami wyzwanie jak najlepszego zaprezentowania tego rejonu przed szczecińską częścią naszej rodziny. Dodatkowo planujemy zobaczyć atrakcje, na które często nie było czasu lub okazji.

Beskid Żywiecki jest wyższy i rozleglejszy niż Beskid Śląski. Jest też bardziej dziki i mniej zagospodarowany. Trudno o idealną bazę wypadową, nie ma miejscowości, która znajdowałaby się niejako „w środku”. Jest natomiast kilka większych ośrodków. My zdecydowaliśmy się na Węgierską Górkę. Jest to miejscowość na granicy Beskidu Śląskiego i Żywieckiego, niemniej oferuje nam to czego oczekujemy. Dużą bazą noclegową może pochwalić się także Korbielów, głównie za sprawa dużego ośrodka narciarskiego znajdującego się na Pilsku oraz Zawoja, miejscowość leżąca u stóp Babiej Góry, królowej Beskidu Żywieckiego.

Najważniejszą częścią naszych wakacji będą oczywiście górskie wędrówki. W tej chwili mam zaplanowanych pięć tras, które w mojej opinii są najciekawsze. Myślę że zaczniemy od Rycerzowej. Jest to dość niepozorny, ale bardzo klimatyczny szczyt w zachodniej części pasma, z charakterystyczną bacówką.

rycerzowa_bz

Pod szczytem jest sporo otwartej przestrzeni, a to gwarantuje piękne widoki. Pamiętam że podczas mojego pierwszego pobytu tu w zimie 2010 widziałam stąd Tatry. Niby nic nadzwyczajnego, ale miało to miejsce w środku nocy, przy pełni księżyca. Szlaki na Rycerzową nie są bardzo wymagające, więc będzie to dobre miejsce na rozgrzewkę. Na hali przed bacówką odbywa się co roku turniej siatkówki górskiej- zawodnicy grają z plecakami turystycznymi na plecach.

Pozostajemy w tym rejonie podczas kolejnej wycieczki, celem której będzie Wielka Racza. Byłam tu tylko raz, w zimowej szacie, jestem więc ciekawa jak to miejsce prezentuje się latem. Na słowackiej stronie Wielkiej Raczy znajduje się dość znany ośrodek narciarki.

Zakładam że kolejną wycieczką będzie rejon Romanki, Rysianki i Lipowskiej. Szlaków jest tu tak wiele, że będziemy musieli chwilę poświęcić aby się na coś zdecydować. Ja oczywiście będę optować za przejściem przez halę Boraczą z najsłynniejszymi jagodziankami w rejonie.

rysianka_bz

Beskid Żywiecki jest uboższy jeśli chodzi o zorganizowane atrakcje. Szczęśliwie nie znajdziemy tu nic na miarę Leśnego Parku niespodzianek w Ustroniu. Myślę jednak, że przynajmniej jeden dzień przeznaczymy na niegórskie atrakcje. Mam tu na myśli Żywiec z pałacem Habsburgów oraz browarem i forty w Węgierskiej Górce. Są to atrakcje, na które nigdy nie było czasu lub okazji, więc to powinien być dobry moment.

Czas na Babią Górę, czyli wspomnianą już królową Beskidu Żywieckiego. Ten szczyt koniecznie trzeba zdobyć idąc Percią Akademików, czyli żółtym szlakiem od schroniska w Markowych Szczawinach. Może to być wyzwanie, zważywszy że najmłodsza uczestniczka będzie mieć niecałe 8 miesięcy, ale zakładam że jak najbardziej osiągalne. Tu muszę przyznać, że choć Perć Akademików to najciekawsze i najbardziej znane podejście, to mnie osobiście rozczarowało. Dwie klamry i kawałek łańcucha na niewielkiej ilości skałek. No i mam nadzieję zobaczyć wreszcie jakieś widoki, gdyż na Babiej Górze widywałam głównie mgły:

babia_bz

Ostatnim zaplanowanym punktem jest oczywiście Pilsko. Jest to jeden ze szczytów, który oferuje najpiękniejsze widoki na Tatry:

pilsko_bz

Zakładam również że będziemy już trochę zmęczeni (chodzenie z niemowlakiem męczy bardziej niż bez), a w przypadku Pilska można pokonać odcinek drogi kolejką krzesełkową.

Tyle założeń, zobaczymy jak pójdzie z realizacją. Beskid Żywiecki jest w tym roku rozgrzewką przed Tatrami, kolejny tydzień planujemy w miejscowości Nowa Leśna u podnóża słowackich Tatr Wysokich. Ale to już zupełnie inny temat.

Reklamy

6 dni w Wiśle, dzień 5 i 6.

Dzień piąty to dość krótka trasa, ale i czasu było mniej niż zazwyczaj, gdyż wypadał 15 sierpnia więc rano wybraliśmy się do kościoła. Był to zabytkowy kościół znajdujący się niedaleko Łabajowa, z którego prowadziła nasza dzisiejsza trasa. Kościół jest o tyle ciekawy że jego drewniana wieża pochodzi z szesnastego wieku, natomiast sam kościół powstał w wieku dwudziestym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po mszy zatrzymaliśmy się by podziwiać jeden z największych wiaduktów kolejowych w Polsce znajdujący się właśnie nad doliną Łabajowa. Trasa, którą wybraliśmy wiodła w górę niebieskim szlakiem narciarskim, w dół natomiast zielonym szlakiem turystycznym. Ja podjechałam kolejką. Pamiętam że raz w życiu byłam tu na nartach. Nie lubię Stożka jako ośrodka narciarskiego, bo nie ma tu dla mnie trasy. Niebieska jest za łatwa (wiedzie de facto drogą), czarna za trudna. W lecie ze stoku korzystają ekstremalnie rowerzyści (tak nazywam amatorów downhillu). Uwaga organizacyjna dla chcących podjechać jak najwyżej samochodem. Ostatni, duży parking jest słabo oznakowany, dlatego warto jechać do końca nawet jak skończy się asfalt. Dopiero zakaz ruchu informuje nas że dalej jechać nie można. Podejście niebieskim szlakiem narciarskim okazało się tak łatwe, że pierwszy członek naszej grupy wszedł zanim ja zdążyłam wjechać kolejką. Ze stacji kolejki przeszliśmy się na Kyrkawicę– dużą wychodnię skalną. W Beskidzie Śląskim tak duże wychodnie skalne są rzadkością. Dodatkowo część mojej rodziny miała niezłą zabawę podczas wspinaczki. Trasę w dół również pokonałam kolejka, piechurzy natomiast zdobyli sam szczyt Stożka. Teoretycznie zielony szlak omija szczyt, ale jest na niego ścieżka. Podejście i zejście uświadomiło im dlaczego góra nosi taką a nie inną nazwę:) Całą opisaną pętlę można normalnie zrobić w około 2-2,5 h więc nie jest to wyczerpujące. Polecam tę trasę na dni, gdy akurat nie mamy ochoty sprawdzać granicy swoich możliwości, a jedynie miło spędzić czas w górach.

Ukoronowaniem naszego pobytu w Wiśle było zdobycie najwyższego szczytu szczytu Beskidu Śląskiego jakim jest Skrzyczne. Dla mnie była to kolejna wycieczka kolejką. Reszta mojej rodziny wybrała klasyczny niebieskich szlak prowadzący ze Szczyrku. Co do kolejki to muszę przyznać że choć jest wyremontowana, to jej cena nie zachęca do korzystania (49 PLN przejazd w obie strony). Skrzyczne to ponad 1200 m n.p.m., a niebieski szlak to około 700 m przewyższenia. Było to zdecydowanie największe wyzwanie dla trzy i pół letniego wówczas Stasia. Choć ma na swoim koncie wiele szczytów, ten był zdecydowanie najambitniejszy. Jest to również raj dla paralotniarzy, niech więc nie zdziwią was widoki młodych ludzi z gigantycznymi plecakami wjeżdżających w górę kolejką. Na szczycie podziwiać możemy widoki, a służy temu specjalna platforma widokowa. Widać stąd jezioro Żywieckie, pobliskie pasmo Klimczoka i ma góry, a także dalsze szczyty Beskidu Śląskiego jak opisany już Równica oraz Czantoria.

skrzyczne widok2

skrzyczne widok1

Jest tu także schronisko, zawsze zatłoczone i nie oferujące nic specjalnego. Po dłuższym pobycie na górze nasza grupa podzieliła się na dwie. Radek, Staś i ja zaczęliśmy schodzić trasą narciarska (Ondraszek), natomiast moi kuzyni udali się grzbietem w stronę małego Skrzycznego i przełęczy Salmopolskiej. Jest to piękna trasa, niemniej wymaga trochę logistycznej kombinacji, gdyż zejście z Salmopolu byłoby wyjątkowo nudne i nieprzyjemne (ruchliwa szoda). Dzięki temu że my zeszliśmy do Szczyrku, zapętlenie nie było konieczne: Radek i ja podjechaliśmy dwoma samochodami na Salmopol, skąd wszyscy wróciliśmy do Wisły. Rzeczą wartą uwagi jest kolejna duża i znana wychodnia skalna w Beskidzie Śląskim jaką jest Malinowska Skała.

malinowska skala

Kolejną rzeczą o której chciałam powiedzieć jest nowy ośrodek narciarski powstający w miejscu dawnego GONu a później GATu. Byliśmy świadkami budowy nowej kolejki krzesełkowej z hali Skrzyczeńskiej na Zbójnicka Kopę. Cieszy mnie że narciarstwo odradza się w Szczyrku, z drugiej jednak strony mam poczucie że teren ten jest zbyt mocno zagospodarowany. Wiem że budowa infrastruktury narciarskiej to duża ingerencja w przyrodę, ale w tym miejscu wydaje się być już za duża i razi nawet mnie- zapalonego narciarza. Taka też była refleksja mojego kuzyna po pierwszej w jego życiu wizycie w Beskidzie Śląskim- jest to obszar bardzo wyeksploatowany.

6 dni w Wiśle, dzień 3 i 4.

Zastanawiałam się jak jeszcze mogę opisać Czantorię, skoro pojawił się już tekst opisujący ten szczyt. Dodatkowo moje przejście niewiele się różniło: wjechałam i zjechałam kolejką linową, nie zaliczyłam ani wieży widokowej na szczycie, ani Czantorii Małej. Postanowiłam się jednak wspomóc relacjami kuzynów oraz swoimi wcześniejszymi doświadczeniami i w ten sposób powstał ten tekst.

Trasa w górę, którą polecam z Poniwca to ścieżka Rycerska. Wiedzie dość łagodnie, przyjemnym lasem. Dodatkowo trudno tu spotkać kogokolwiek, co jak na Czantorię jest raczej nietypowe. Na grzbiecie ścieżka Rycerska łączy się z czarnym szlakiem i w ten sposób osiąga się najpierw czeskie schronisko a potem szczyt i wieżę widokową. Co do schroniska – nie jest złe, ale nie wyróżnia się niczym na plus. Jedzenie jest jadalne, ale nie są to dania, na które chce się wracać. Dodatkowo porcje są raczej niewielkie. Wieża widokowa jest płatna, ale każdemu polecam się na nią wybrać, oczywiście przy pięknej pogodzie. Widoki potrafią zapierać dech w piersiach.

czantoria widok

Jeżeli chodzi o drogę w dół, to moi kuzyni wybrali niebieski szlak prowadzący przez las. Szlak ten jest dość stromy: na odcinku około 2 km robimy 620 m w dół. To dość dużo, niemniej dla Czantorii strome podejścia są charakterystyczne. Podobna różnica poziomów jest gdy idzie się czerwonym szlakiem z Ustronia Polany. Ja zjechałam w dół kolejką, natomiast Radek ze Staśkiem zdecydowali się na powrót tą samą trasą (ścieżka Rycerska). Nie chcieliśmy ryzykować stromej, niebieskiej trasy z dzieckiem. Jak się później dowiedzieliśmy trasa oferowała dodatkową atrakcję w postaci rodziny dzików.

Czantoria jest jednym z bardziej charakterystycznych szczytów Beskidu Śląskiego więc nie warto z niej rezygnować, pomimo tego jak bardzo jest ten szczyt oblegany. My znaleźliśmy na to sposób: trasę z Poniwca. I zawsze niezmiennie Poniwiec kojarzy się nam z pięknym lasem, ciszą i spokojem oraz małym ruchem osobowym, a wydawało by się to na takim szczycie nieosiągalne.

Czwarty dzień zaczynamy w górach, ale nie od wyjścia na szlak. Dziś naszym pierwszym celem jest zwiedzanie Pałacyku Prezydenckiego znajdującego się na Zadnim Groniu w Wiśle Czarnym. Uwaga praktyczna co do samego zwiedzania. Jest ono możliwe albo w określone dni i godziny (wtedy jest darmowe), albo musimy umówić się indywidualnie na termin. Wówczas taka indywidualna wycieczka to koszt 100 PLN niezależnie od ilości osób (maksymalnie 15). Nam udało się zabrać czternastoosobową grupę więc wyszło około 7 PLN za osobę. Dodatkowo najpóźniej na siedem dni przed planowanym zwiedzaniem należy dostarczyć listę osób wraz z ich z ich numerami PESEL. W czasie zwiedzania oprócz pani przewodnik towarzyszy nam pracownik Służby Ochrony Państwa.

Rok wcześniej byliśmy na mszy w kaplicy świętej Jadwigi, ale zameczku zwiedzić nam się nie udało. Teraz chętnie wróciliśmy uzupełnić ten brak. Naprawdę warto, gdyż właściwie zachowała się większość oryginalnego wystroju i mebli. Ciężko w to uwierzyć, wiedząc że zameczek był przez lata ośrodkiem wypoczynkowym kopalni Pniówek. Na mnie największe wrażenie zrobił gabinet prezydenta Mościckiego, a w zasadzie widok z okna- był oszałamiający. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że w latach trzydziestych widok ten znacznie się różnił: nie było jeszcze zalewu w Wiśle Czarnym. Tym, co budziło wśród nas największe kontrowersje były meble z giętej stali. Jak najbardziej w stylu tamtych czasów, niemniej nie wszystkim się podobały. Ciekawa była też łazienka z wolno stojącą wanną i srebrnymi przyborami toaletowym.

palacyk wnetrze

Po zwiedzeniu pałacyku warto udać się do znajdującego się poniżej hotelu na taras widokowy oraz kawę lub herbatę (ciastka są raczej słabe – nie polecam). Tym którzy nie prowadzą samochodu polecam też trunek o nazwie Miodula Prezydencka.

Kolejnym punktem na naszej mapie był tego dnia Leśny Park Niespodzianek w Ustroniu. Miejsce to wybrały dzieci, a my potulnie się zgodziliśmy. Dzieci były zadowolone, my tak średnio. Problemy zaczynają się już przy parkowaniu. Później nie jest lepiej. Całe to miejsce jest jednym wielkim wyciągaczem pieniędzy. Sam wstęp kosztuje 28 PLN za dorosłego i 22 PLN za dziecko. Jeżeli chce się karmić zwierzęta (no pewnie że dzieci chcą) trzeba jeszcze kupić karmę za 3 PLN. W całym parku są kolejne płatne atrakcje: karuzele dla małych dzieci oraz trampoliny dla większych (10 PLN). Najciekawsze ze wszystkiego co można tam zobaczyć to pokazy lotów ptaków drapieżnych: sokołów oraz sów. Jednak jeżeli ktoś na takim pokazie już gdzieś był, to może poczuć się rozczarowany. A i oczywiście zdjęcie z sokołem/ sową to kolejne kilka złotych. Aż się zdziwiłam że toalety były bezpłatne. Ogólnie nie polecam, choć dzieci były zadowolone. Polecałabym gdyby wstęp kosztował 10 PLN za dziecko a 15 PLN za dorosłego– może wtedy plusy przesłoniłyby mi minusy. A tak to pozostaje jedynie niesmak, że ktoś chce z nas zedrzeć kasę.

lesny park niespodzianek

Ostatnim już punktem tego dnia był spacer po deptaku w centrum Wisły, lody u Janeczki oraz zakup słynnych Kołaczy Wiślańskich (polecam!).

Podsumowując– nawet najwięksi miłośnicy gór potrzebują od nich czasem odpocząć. Radzę jednak rozsądnie wybierać atrakcje, a najlepiej sprawdzać ofertę i ceny w Internecie, czego my niestety tego dnia nie zrobiliśmy.

 

6 dni w Wiśle, dzień 1 i 2.

W poprzednim wpisie pisałam o atrakcjach Beskidu Śląskiego. Dziś chciałabym zrelacjonować nasz zeszłoroczny pobyt. W sumie było to sześć pełnych dni, z których każdy wykorzystany był do maksimum. Wszystkich chętnych, a zwłaszcza rodziny z dziećmi namawiam do powtórki. Dziś początek, a jak wiadomo początki nie są łatwe;)

Pierwszym dniem naszego pobytu była sobota. Pech chciał że był to pierwszy dzień brzydkiej pogody od dłuższego czasu. Zważywszy na nasz późny przyjazd dnia poprzedniego (szczecińska część rodziny była około dwudziestej trzeciej w piątek) wyruszyliśmy z kwatery około dwunastej. Pogoda nie była ładna, ale nie była też tragiczna. Ubrani w przeciwdeszczowe kurtki ruszyliśmy na największą atrakcję znajdująca się w Wiśle Malince- skocznię imienia Adama Małysza. Na górę skoczni wjeżdża się dwuosobową kolejką krzesełkową. Bilet w górę kosztuje 5 PLN, natomiast wjazd i zjazd kolejką to wydatek 10 PLN. Na wieżę skoczni można wejść bezpłatnie, ale już za taras widokowy należy zapłacić.

Ze skoczni ruszyliśmy spacerem w stronę szczytu o nazwie Cieńków. Cieńkowy są trzy: Niżny, Postrzedni i Wyżni. Nasze ambicje początkowo ograniczały się do Niżnego, ale w miarę poprawy pogody plany ulegały modyfikacji. Ostatecznie po dłuższym posiedzeniu przy górnej stacji kolejki krzesełkowej oraz jednoczesnym całkowitym wypogodzeniu podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza grupa ruszyła drogą w dół do samochodów mając w planach zakupy i przygotowanie obiadu, natomiast druga grupa ambitnie ruszyła w górę zdobywając tym samym wszystkie trzy szczyty. I zjadając co napotkali na swej drodze: jeżyny i jagody.

cienkow12

Od Cieńkowa Wyżniego do Wisły Malinki prowadziła bardzo ładna droga, więc zejście bez szlaku nie było problemem. Jaka była jedna z pierwszych obserwacji osób goszczących w Beskidzie Śląskim po raz pierwszy? Ano taka, że są to góry bardzo mocno zagospodarowane. Wszędzie są drogi, a na grzbiety górskie bez problemu wjeżdżają samochody. Może się to podobać lub nie, ale taki właśnie jest Beskid Śląski: łatwo dostępny, ale i przeinwestowany.

Drugi dzień był jednym z najambitniejszych podczas całego wyjazdu. Za cel obraliśmy sobie Baranią Górę, drugi najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Jest to jednocześnie szczyt najciekawszy oraz wyjątkowy: to właśnie na jego zboczach bierze początek najważniejsza Polska rzeka Wisła.

Pierwsza część trasy wiodła z przełęczy Szarcula, poprzez Stecówkę i Karolówkę na Przysłop. Przeszłam ten odcinek wielokrotnie i uważam go za najładniejszy szlak na Baranią Górę. Jako że była niedziela, na Stecówce w odbudowanym już w kościółku był postój na mszę świętą. Msze na Stecówce odbywają się w soboty o osiemnastej (szybka msza bez kazania) oraz w niedzielę o dziewiątej oraz jedenastej.

stecowka12

Odcinek szlaku pomiędzy Stecówką a Przysłopem jest najbardziej malowniczy. Wiedzie grzbietem i po prawej stronie można podziwiać widoki na Beskid Żywiecki. Bardzo w tym miejscu przestrzegam przed kuszącą, udającą krótszą opcję zejścia ze Stecówki czerwonym szlakiem w dół. Schodzi się nim do asfaltu (nie po to przyjeżdżamy w góry żeby asfaltem am zasuwać), a następnie robi dość strome podejście pod sam Przysłop, gdyż trzeba odrobić całą wysokość straconą na zejściu ze Stecówki.

Na Przysłopie polecam zatrzymać się w schronisku: jest zadbane i dość dobrze karmią oraz oczywiście odwiedzić Muzeum Turystyki Beskidu Śląskiego. Dzieciom polecam zabrać książeczki PTTKowiskie, ponieważ w muzeum jest bardzo dużo pieczątek, w tym kolorowe.

przyslop12

Dla części z nas wyprawa do góry zakończyła się w tym miejscu. Uznaliśmy że długie zejście (choć prowadzące asfaltem) będzie dla trzy i pół latka wystarczające. Reszta mojej rodziny oczywiście zdobyła szczyt i zeszła niebieskim szlakiem prowadzącym do Doliny Białej Wisełki. Największą atrakcją niebieskiego szlaku są wodospady Białej Wisełki zwane kaskadami Rodła.

kaskady12

Trasa którą opisałam powyżej jest dość długa i wyczerpująca, dodatkowo wymagająca złożonej organizacji: dwa samochody zostały Wiśle Czarnym, dwa na Szarculi, podwoziliśmy i zwozili się wzajemnie. Jest jednak warta zachodu, bo w czasie jednej wycieczki zobaczymy większość atrakcji, jakie Barania Góra ma do zaoferowania. Polecam więc powtórzyć naszą trasę, nie tylko najbardziej wytrwałym – najmłodsza uczestniczka całej wycieczki miała 10 lat.

Pomysł na tydzień w Wiśle.

Słowo wstępu. Zeszłoroczne wakacje spędziliśmy w Wiśle. Przygotowałam wówczas krótki przewodnik co i dlaczego warto zwiedzić w Beskidzie Śląskim. Tekst ten powstał ponad rok temu, ale zaginął w czeluściach twardego dysku;). Pomyślałam jednak, że warto go opublikować bo zbliżają się przecież kolejne wakacje. Może podpowie przy wyborze wakacyjnego kierunku niezdecydowanym- a nuż będzie to województwo śląskie? Jesteśmy postrzegani głównie przez pryzmat przemysłu, a mamy wiele do zaoferowania. Także zapraszam na moją wersję wakacji w Wiśle. Miłej lektury!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszym punktem naszej wyprawy jest Barania Góra. Mam tu na myśli sam szczyt, a także okolice: Pałacyk Prezydencki czy jezioro Czarne. Na stokach Baraniej Góry znajdują się wykapy Wisełki. Są w lesie, nie przy szlaku ale można starać się o zgodę na wycieczkę (to jest ścisły rezerwat). Koniecznie odwiedzić trzeba Muzeum Turystyki Górskiej na Przysłopie oraz Izbę Leśną. Dawnymi właścicielami tych terenów byli Habsburgowie, a ich obecność czuje się do dzisiaj. Budynek starego schroniska na Przysłopie, który obecnie stoi w centrum Wisły to niegdysiejszy pałacyk myśliwski Habsburgów. Na polowania przyjeżdżał tu cesarz Franciszek Józef. Słyszałam także historię, jakoby książe Rudolf dożył tutaj swoich dni (zakładając oczywiście że tak naprawdę nie zginął od kuli). Z Habsburgami wiąże się także historia Pałacyku Prezydenckiego. W miejscu gdzie dzisiaj są zabudowania należące do pałacyku (obejmujące m.in. hotel) stał drewniany dworek należący do zastrzelonego w Sarajewie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Po przejęciu tych terenów przez Polskę dworek ten miał zostać wyremontowany i podarowany przez autonomiczne wówczas województwo śląskie prezydentowi Ignacemu Mościckiemu. Plan się nie powiódł- podczas prac remontowych (które były już prawie na ukończeniu) dworek spłonął. Wybudowano więc nowy, murowany pałacyk oraz kilka budynków gospodarczych. Założeniem architektów było, aby patrząc z dołu pałacyk przypominał niedostępny zamek, natomiast widziany z dziedzińca dawny szlachecki dworek. Zwiedzanie pałacyku należy zarezerwować z dużym wyprzedzeniem, wówczas mamy szansę załapać się na darmowe tourne. Można też umówić się na indywidualne zwiedzanie, wówczas jest to koszt 100 PLN za całą grupę.

palacyk0818

Niedaleko Wisły znajduje się Trójwieś: Istebna, Jaworzynka, Koniaków. O koniakowskich koronkach głośno było kilkanaście lat temu, gdy popularna stała się damska bielizna z ich wykorzystaniem. Warto zobaczyć muzeum koronki a także wybrać się na szczyt Ochodzita- niewielki, ale gwarantujący niesamowite widoki na Beskid Śląski, Beskid Żywiecki a nawet Tatry czy Małą Fatrę.

Ciekawym szczytem jest także Stożek, na którego stokach znajduje się kilka wychodni skalnych o rozmiarach niespotykanych w Beskidzie Śląskim. Jedną z najbardziej charakterystycznych jest Kyrkawica.

kyrkawica

Na czeskie piwo albo Kofolę najlepiej wybrać się na Czantorię. Ale nie kolejką z Ustronia Polany, jak robią to tysiące turystów, ale od strony Czartorii Małej (wariant dla leniwych kolejką z Poniwca). Jest tam mało uczęszczany szlak. Piękny jest także cały grzbiet między Czantorią a Stożkiem.

czantoria0818

W Wiśle znajdują się dwa bardzo ciekawe wiadukty kolejowe- wybudowane w okresie międzywojennym, czynne do dzisiaj.

labajow0818

Od kilku lat flagową atrakcją Wisły jest skocznia im. Adama Małysza. Wg. mnie sama skocznia to bardzo niewiele, ale gdy ją połączyć ze spacerem grzbietem Cieńkowa oraz wypadem na jeżyny to już jest super.

Jeśli chodzi o bardziej przyziemne sprawy- noclegów w Wiśle jest całe multum. Są w różnym standardzie, a co za tym idzie w różnych cenach. Mocno sugeruję Wisłę Malinkę- to takie małe centrum narciarskie, co sprawia że jest tam duży wybór noclegów. Jest także spokojniej niż w centrum.

Powyższe atrakcje to tak naprawdę tylko część z tego co Beskid Śląski ma do zaoferowania, ale chcę abyście nie mieli wątpliwości że naprawdę warto. Osobom mieszkającym na nizinach polecam pobyt w Beskidzie Śląskim jako aklimatyzację przed wyjazdem w wyższe góry. Do zobaczenia w Wiśle!

Małe Karpaty, Devin i Bratysława.

Oboje z Radkiem jesteśmy oczarowani Bratysławą. Z jednej strony ma w sobie klimat atrakcyjnego turystycznie starego miasta, z drugiej nie jest przeładowana ruchem turystycznym jak np. Wiedeń. Planując wakacje w Małych Karpatach nie mogliśmy nie uwzględnić spędzenia czasu w Bratsławie. Moim marzeniem był rejs Dunajem i właśnie to marzenie udało nam się zrealizować.

Ofertę rejsów z Bratysławy po Dunaju można znaleźć tu. Najciekawszy jest oczywiście Wiedeń lub Budapeszt, ale są to wycieczki długie i wymagające. Zdecydowaliśmy się na rejs do ruin zamku Devin. Sam rejs trwał ok. 1,5h. Początkowo żegnamy się z Bratysławą mijając Zamek oraz liczne botele (hotele znajdujące się na wycieczkowych statkach zacumowanych wzdłuż nabrzeża), by za chwile podziwiać naddunajską przyrodę.

rejs_Devin

Byliśmy bardzo zaskoczeni tym, jak wiele osób kąpie się w Dunaju. To duża rzeka, przepływająca m.in. przez Regensburg oraz Wiedeń, a mimo to zachęca do kąpieli. Nam Polakom niezmiennie duża rzeka kojarzyć się będzie z czystością Odry lub Wisły, więc widok kąpiących się Słowaków i Austriaków oraz całych rodzin wypoczywających na piaszczystych nabrzeżach zaskakiwał.

Z przystani na zamek Devin jest ok. 1 km. Same ruiny nie są zbyt ciekawe, ale są przepięknie położone- w miejscu, gdzie Morawa wpada do Dunaju. Dunaj jest przepiękny, błękitny. Widać to na poniższym zdjęciu: wody Morawy łączą się z modrymi wodami Dunaju.

16._Ujcie_Morawy_do_Dunaju

Devin to wyjątkowe miejsce dla Słowaków. Zamek przez lata był ważnym punktem na szlaku handlowym do Budapesztu. Kluczowe było jego położenie: na wysokiej skale, u zbiegu dwóch rzek. Nie mniej ważnym punktem to miejsce było w okresie powojennym. To właśnie tutaj, przez wody Morawy prowadziła najkrótsza droga ucieczki na Zachód. Wielu próbowało, tych którym się nie udało upamiętnia postawiony tu pomnik. Muszę przyznać że pomimo swojej prostoty jest on niesamowicie wymowny.

P8215306

Wróćmy jednak na zamek. Zwiedzanie go kosztuje 5Eur/os. i nie można płacić kartą. Z tego powodu poznaliśmy tu dwójkę Polaków, którym wymieniliśmy złotówki na euro umożliwiając zwiedzenie ruin. Nie chcę powiedzieć że byliśmy tym zamkiem rozczarowani, choć to chyba najbardziej odpowiednie słowo. Może więc opiszę przebieg wydarzeń. Trafiamy do jednej z największych atrakcji turystycznych regionu i co zastajemy? Piękne wzgórze, jedna wieżyczkę (niedostępną- ładnie widoczną z dołu) oraz wybrukowane alejki, metalowe schody i kilka współcześnie odbudowanych pomieszczeń z wystawami. I to wszystko 5 Euro za osobę. W zamku absolutnie nie ma nic ciekawego poza przepięknymi widokami. To jednak zasługa płożenia a nie zabytkowej budowli, której powiedzmy sobie szczerze tu nie ma. Odbyliśmy przyjemny spacer i wrócili na statek powrotny do Bartysławy.

Devin

Po powrocie do Bratysławy wybraliśmy się na obiad i spacer po starym mieście. Tu chciałabym zwrócić uwagę, na różnicę pomiędzy znaną nam Polakom północną Słowacją (kraj żyliński), a rejonem południowo- zachodnim (kraje bratysławski i trnawski). Otóż są to widocznie zamożniejsze rejony: widać to po domach, sklepach, samochodach, ale także po podejściu do turystyki. Za posiłek w restauracji dla naszej trójki płaciliśmy rząd 30 Eur- czyli podobnie jak na Wyspach Kanaryjskich, choć taniej niż w Chorwacji. Na północy Słowacji (nie licząc doliny Demianowskiej w szczycie sezonu) jest to połowa tej kwoty. A i menu jest inne. Można co prawda zamówić bryndzowe haluszki (za 7, nie za 3E), ale znacznie mocniej widać wpływy austriackie. Ja najczęściej jadłam sznycel po wiedeńsku i niemiecką sałatkę ziemniaczaną. Chociaż tutaj był to sznycel słowacki, ze słowacką sałatką ziemniaczaną. Kolejną rzeczą, która zaskakuje to kompletny brak turystów z Polski. Są Austriacy i Czesi, Węgrzy oraz Niemcy. A Polaków nie ma. Przed każdą atrakcją turystyczną wypatrywałam polskich rejestracji, a tu nic. Zresztą nasz gospodarz potwierdził, że Polacy są rzadkością.

Nie zaskoczyło nas centrum Bratysławy, mieliśmy okazję dość dobrze zwiedzić je rok temu. Z nowych atrakcji wybraliśmy się zobaczyć niebieski kościół świętej Elżbiety.

ksciol_sw_Elzbiety

Nie jest to wiekowa świątynia, ale przykuwa uwagę oryginalnością.

Do Bratysławy ze Smolenic przyjechaliśmy autostradą, więc w drogę powrotną postanowiliśmy się wybrać lokalną trasą, polecaną nam przez naszego gospodarza. Wiedzie ona przez miejscowości Małokarpackiego Szlaku Winnego takie jak Pezinok czy Modra. Spodziewaliśmy się krajobrazu jak z pocztówek: skąpane w słońcu winnice, a w tle niewielkie wzniesienia Małych Karpart. Śliczne domki i niewielkie lokalne sklepy. Otóż nic z tego. Pezinok i Modra to przedmieścia Bratysławy, których widok odrzucał, no chyba że ktoś lubi podziwiać blokowiska. Przewodnik, który posiadamy utrzymuje co prawda że obie miejscowości mają jakieś przyjemne, stare i niewielkie ryneczki, nam jednak ani w głowie było ich szukać. Jak najszybciej chcieliśmy wrócić do Smolenic, do widoku zielonych wzgórz i znajdującego się na jednym z nich zamku. Na koniec moja rada dla wszystkich wybierających się w ten region. Jeżeli nie chcecie wypoczywać w mieście, szukajcie noclegów na północ od miejscowości Dubova. Inaczej można się znaleźć w pobliżu bratysławskiego odpowiednika osiedla Tysiąclecia, a to chyba nie jest najlepsza wakacyjna perspektywa.

Ewa