Na całej połaci śnieg- czyli o zimie słów kilka.

Nietrudno zgadnąć skąd inspiracja do dzisiejszego wpisu- wystarczy spojrzeć za okno. Zima najczęściej podoba nam się tylko na zdjęciach, najlepiej w okresie Bożego Narodzenia. Oczywiście w postaci pejzaży przedstawiających oszronione gałęzie, przysypane dachy domów i dym z komina. W praktyce zima to dla nas niskie temperatrury, krótkie dni i dodatkowa porcja ruchu w postaci odśnieżania (chodnika, garażu, samochodu- niepotrzebne skreślić). Jak pisał Jeremi Przybora:

„…zima mrozi, zima grozi, nie dowozi w zaspach tkwi.”

Odcinając się od tej pesymistycznej wizji, chciałabym opisać kilka najciekawszych zimowych wyjazdów. Zaczynamy!

Błatnia- luty 2012

Nie ma roku żebyśmy przynajmniej raz nie pojechali na Błatnią. Oboje lubimy tamtejsze schronisko, a na samą górę można wejść wieloma wariantami. Tym, co wyróżniało ten wyjazd była temperatura. Było -22 stopnie!!! Nie wiem, czy zdarzyło mi się wcześniej (a i później chyba też nie) chodzić po górach w taki mróz. Miało to oczywiście zalety jak widoki (te w mroźne dni są zazwyczaj najpiękniejsze) oraz niewielki ruch turystyczny. Wybraliśmy klasyczną trasę z Jaworza Górnego którą zapętliliśmy idąc przez Uroczysko Ewangelików.

Tatry Morskie Oko- listopad 2013

Celem wyjazdu były Rysy. Zrezygnowaliśmy jednak ze względu na zbyt dużą ilość śniegu- jakoś nie kręci mnie brnięcie w nim po pas. Zrealizowaliśmy natomiast inną piękną trasę: pętlę ze schroniska w Morskim Oku, przez Świstówkę Roztocką do Pięciu Stawów i z powrotem przez Szpiglasową Przełęcz. Śmiało mogę powiedzieć, że to jedna z najpiękniejszych tras jakie zrobiłam. Zimowa aura tworzyła bajkowy wręcz krajobraz, zwłaszcza że śnieg był świeży- spadł w noc poprzedzającą nasze wyjście. Tego ranka byliśmy drugimi turystami idącymi z Morskiego Oka przez Świstówkę do „Piątki”. Na Szpiglasowej Przełęczy byliśmy ok. godziny 14 i była to pora na tyle późna, że nie było szansy na zaliczenie pobliskiego Szpiglasowego Wierchu- słońce miało się już ku zachodowi. Do Morskiego Oka doszliśmy już po ciemku.

Szrenica- kwiecień 2012

Ten wyjazd mogłabym określić jednym słowem- niespodzianka. Spotykaliśmy niespodzianki na każdym kroku, głównie były to niespodzianki pogodowe. Jak na koniec kwietnia przystało, temperatura powinna oscylować w okolicy kilkunastu stopni. I tak było- pierwszego dnia. Drugiego dnia, kiedy to zaplanowaliśmy największe przejście (start z okolic Chaty Walońskiej, schronisko pod Łabskim Szczytem, Śnieżne Kotły i powrót przez Szrenicę) pogoda pokrzyżowała nam plany. Śnieg spotkaliśmy na granicy rezerwatu, a żeby dojść do schroniska konieczne były raki. O Śnieżnych Kotłach należało zapomnieć- widoczność zerowa. Ruszyliśmy więc na Szrenicę. Wtedy zrozumiałam, dlaczego szlaki w zimie znakowane są tyczkami. Jedyne co było widać, to kolejne tyczki. Ze Szrenicy zeszliśmy drogą do wodospadu Kamieńczyka. Była to droga jakby do innego świata, bo z zasypanej śniegiem i pełnej narciarzy Hali Szrenickiej znaleźliśmy się w wiosennej, choć i tak ponurej aurze.

Ewa

Reklamy