Gdybym mogła wybrać w jakim mieście chcę mieszkać z pewnością byłby to Gdańsk. Gdy po raz pierwszy przyjechałam do Trójmiasta, najbardziej rzuciły mi się w oczy kolory. Na tle Śląska na którym mieszkam, Trójmiasto wydawało się takie jasne. Teraz dochodzę do wniosku, że to Śląsk jest taki szary, ale mniejsza o to. W tym roku miałam okazję spędzić w Gdańsku dwa dni i starałam się wykorzystać ten czas do maksimum.
Zaczęliśmy klasycznie od powitania z Neptunem:

Następnie oglądaliśmy Dwór Artusa i przylegającą obok kamienicę mieszczańską:


Komunikacji nie ułatwiał trwający akurat Jarmark Dominikański (mój przyjaciel, rodowity Gdańszczanin, unika w tym okresie centrum Gdańska jak ognia- rozumiem czemu) ale mimo to udało nam przejść się po zabytkowym centrum i dotrzeć do kościoła Mariackiego:


W kościele oglądaliśmy kopię jednego z najsłynniejszych dzieł malarskich znajdujących się w Polsce- Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga. Akurat trafiliśmy na grupę oprowadzaną przez przewodnika i od niego usłyszeliśmy, że jeżeli ktoś będzie miał okazję, to koniecznie należy obejrzeć znajdujący się w Gdańskim Muzeum Narodowym oryginał. Kopia wisząca w Bazylice jest anonimowa – jest podobno tak kiepska że autor nie chciał się do niej przyznać.
Kolejnym punktem naszego programu było Muzeum Morskie, a konkretnie jego trzy oddziały: Żuraw

muzeum na Wyspie Spichrzów oraz statek Sołdek:

Żurawia będącego jednym z symboli Gdańska polecam każdemu. To ciekawe uczucie, gdy znajdujemy się na ostatniej kondygnacji i patrząc pod nogi widzimy tylko wodę.
Sołdek, czyli pierwszy statek wybudowany z Polsce po II Wojnie Światowej, jest również punktem, którego nie warto przegapić. Najlepszą relacją z pokładu Sołdka będzie relacja fotograficzna:





Muzeum na Wyspie Spichrzów, jakkolwiek świetnie zorganizowane, polecam jedynie koneserom historii.
Jako że przyszło nam spędzić w Gdańsku dwa dni, dzień drugi rozpoczęliśmy od Muzeum Narodowego oraz Sądu Ostatecznego. W 100% podpisuję się pod słowami przewodnika zasłyszanego w kościele Mariackim – kopia nie oddaje nawet w połowie magii oryginału:

Ostatnim miejscem które udało nam się zwiedzić jest Gdański Ratusz. Wnętrze sali czerownej od razu przywiodło nam wspomnienia ze zwiedzanego miesiąc wcześniej Pałacu Dożów w Wenecji:

Nie było to przypadkowe. Otóż wystrój sali czerwonej był autorstwa weneckiego architekta.
Wystawa w Ratuszu poświęcona jest historii Gdańska, dla osób zainteresowanych tematem z pewnością będzie ciekawa. Muszę przyznać, że mnie również mocno wciągnęła, choć do fascynatów historii nie należę.
Mówiąc o Gdańsku zawsze nazywam go najpiękniejszym miastem w Polsce, co z pewnością nie jest obiektywne. Ale czy można obiektywnie stwierdzić że coś jest najpiękniejsze? W tym miejscu przychodzi mi na myśl przysłowie: cudze chwalicie, swego nie znacie (bo podejrzewam że więcej Polaków widziało piramidy w Egipcie niż Żurawia) i zachęcić do odwiedzenia jednego z najpiękniejszych miast w Polsce.
Ewa






