6 dni w Wiśle, dzień 3 i 4.

Zastanawiałam się jak jeszcze mogę opisać Czantorię, skoro pojawił się już tekst opisujący ten szczyt. Dodatkowo moje przejście niewiele się różniło: wjechałam i zjechałam kolejką linową, nie zaliczyłam ani wieży widokowej na szczycie, ani Czantorii Małej. Postanowiłam się jednak wspomóc relacjami kuzynów oraz swoimi wcześniejszymi doświadczeniami i w ten sposób powstał ten tekst.

Trasa w górę, którą polecam z Poniwca to ścieżka Rycerska. Wiedzie dość łagodnie, przyjemnym lasem. Dodatkowo trudno tu spotkać kogokolwiek, co jak na Czantorię jest raczej nietypowe. Na grzbiecie ścieżka Rycerska łączy się z czarnym szlakiem i w ten sposób osiąga się najpierw czeskie schronisko a potem szczyt i wieżę widokową. Co do schroniska – nie jest złe, ale nie wyróżnia się niczym na plus. Jedzenie jest jadalne, ale nie są to dania, na które chce się wracać. Dodatkowo porcje są raczej niewielkie. Wieża widokowa jest płatna, ale każdemu polecam się na nią wybrać, oczywiście przy pięknej pogodzie. Widoki potrafią zapierać dech w piersiach.

czantoria widok

Jeżeli chodzi o drogę w dół, to moi kuzyni wybrali niebieski szlak prowadzący przez las. Szlak ten jest dość stromy: na odcinku około 2 km robimy 620 m w dół. To dość dużo, niemniej dla Czantorii strome podejścia są charakterystyczne. Podobna różnica poziomów jest gdy idzie się czerwonym szlakiem z Ustronia Polany. Ja zjechałam w dół kolejką, natomiast Radek ze Staśkiem zdecydowali się na powrót tą samą trasą (ścieżka Rycerska). Nie chcieliśmy ryzykować stromej, niebieskiej trasy z dzieckiem. Jak się później dowiedzieliśmy trasa oferowała dodatkową atrakcję w postaci rodziny dzików.

Czantoria jest jednym z bardziej charakterystycznych szczytów Beskidu Śląskiego więc nie warto z niej rezygnować, pomimo tego jak bardzo jest ten szczyt oblegany. My znaleźliśmy na to sposób: trasę z Poniwca. I zawsze niezmiennie Poniwiec kojarzy się nam z pięknym lasem, ciszą i spokojem oraz małym ruchem osobowym, a wydawało by się to na takim szczycie nieosiągalne.

Czwarty dzień zaczynamy w górach, ale nie od wyjścia na szlak. Dziś naszym pierwszym celem jest zwiedzanie Pałacyku Prezydenckiego znajdującego się na Zadnim Groniu w Wiśle Czarnym. Uwaga praktyczna co do samego zwiedzania. Jest ono możliwe albo w określone dni i godziny (wtedy jest darmowe), albo musimy umówić się indywidualnie na termin. Wówczas taka indywidualna wycieczka to koszt 100 PLN niezależnie od ilości osób (maksymalnie 15). Nam udało się zabrać czternastoosobową grupę więc wyszło około 7 PLN za osobę. Dodatkowo najpóźniej na siedem dni przed planowanym zwiedzaniem należy dostarczyć listę osób wraz z ich z ich numerami PESEL. W czasie zwiedzania oprócz pani przewodnik towarzyszy nam pracownik Służby Ochrony Państwa.

Rok wcześniej byliśmy na mszy w kaplicy świętej Jadwigi, ale zameczku zwiedzić nam się nie udało. Teraz chętnie wróciliśmy uzupełnić ten brak. Naprawdę warto, gdyż właściwie zachowała się większość oryginalnego wystroju i mebli. Ciężko w to uwierzyć, wiedząc że zameczek był przez lata ośrodkiem wypoczynkowym kopalni Pniówek. Na mnie największe wrażenie zrobił gabinet prezydenta Mościckiego, a w zasadzie widok z okna- był oszałamiający. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że w latach trzydziestych widok ten znacznie się różnił: nie było jeszcze zalewu w Wiśle Czarnym. Tym, co budziło wśród nas największe kontrowersje były meble z giętej stali. Jak najbardziej w stylu tamtych czasów, niemniej nie wszystkim się podobały. Ciekawa była też łazienka z wolno stojącą wanną i srebrnymi przyborami toaletowym.

palacyk wnetrze

Po zwiedzeniu pałacyku warto udać się do znajdującego się poniżej hotelu na taras widokowy oraz kawę lub herbatę (ciastka są raczej słabe – nie polecam). Tym którzy nie prowadzą samochodu polecam też trunek o nazwie Miodula Prezydencka.

Kolejnym punktem na naszej mapie był tego dnia Leśny Park Niespodzianek w Ustroniu. Miejsce to wybrały dzieci, a my potulnie się zgodziliśmy. Dzieci były zadowolone, my tak średnio. Problemy zaczynają się już przy parkowaniu. Później nie jest lepiej. Całe to miejsce jest jednym wielkim wyciągaczem pieniędzy. Sam wstęp kosztuje 28 PLN za dorosłego i 22 PLN za dziecko. Jeżeli chce się karmić zwierzęta (no pewnie że dzieci chcą) trzeba jeszcze kupić karmę za 3 PLN. W całym parku są kolejne płatne atrakcje: karuzele dla małych dzieci oraz trampoliny dla większych (10 PLN). Najciekawsze ze wszystkiego co można tam zobaczyć to pokazy lotów ptaków drapieżnych: sokołów oraz sów. Jednak jeżeli ktoś na takim pokazie już gdzieś był, to może poczuć się rozczarowany. A i oczywiście zdjęcie z sokołem/ sową to kolejne kilka złotych. Aż się zdziwiłam że toalety były bezpłatne. Ogólnie nie polecam, choć dzieci były zadowolone. Polecałabym gdyby wstęp kosztował 10 PLN za dziecko a 15 PLN za dorosłego– może wtedy plusy przesłoniłyby mi minusy. A tak to pozostaje jedynie niesmak, że ktoś chce z nas zedrzeć kasę.

lesny park niespodzianek

Ostatnim już punktem tego dnia był spacer po deptaku w centrum Wisły, lody u Janeczki oraz zakup słynnych Kołaczy Wiślańskich (polecam!).

Podsumowując– nawet najwięksi miłośnicy gór potrzebują od nich czasem odpocząć. Radzę jednak rozsądnie wybierać atrakcje, a najlepiej sprawdzać ofertę i ceny w Internecie, czego my niestety tego dnia nie zrobiliśmy.

 

6 dni w Wiśle, dzień 1 i 2.

W poprzednim wpisie pisałam o atrakcjach Beskidu Śląskiego. Dziś chciałabym zrelacjonować nasz zeszłoroczny pobyt. W sumie było to sześć pełnych dni, z których każdy wykorzystany był do maksimum. Wszystkich chętnych, a zwłaszcza rodziny z dziećmi namawiam do powtórki. Dziś początek, a jak wiadomo początki nie są łatwe;)

Pierwszym dniem naszego pobytu była sobota. Pech chciał że był to pierwszy dzień brzydkiej pogody od dłuższego czasu. Zważywszy na nasz późny przyjazd dnia poprzedniego (szczecińska część rodziny była około dwudziestej trzeciej w piątek) wyruszyliśmy z kwatery około dwunastej. Pogoda nie była ładna, ale nie była też tragiczna. Ubrani w przeciwdeszczowe kurtki ruszyliśmy na największą atrakcję znajdująca się w Wiśle Malince- skocznię imienia Adama Małysza. Na górę skoczni wjeżdża się dwuosobową kolejką krzesełkową. Bilet w górę kosztuje 5 PLN, natomiast wjazd i zjazd kolejką to wydatek 10 PLN. Na wieżę skoczni można wejść bezpłatnie, ale już za taras widokowy należy zapłacić.

Ze skoczni ruszyliśmy spacerem w stronę szczytu o nazwie Cieńków. Cieńkowy są trzy: Niżny, Postrzedni i Wyżni. Nasze ambicje początkowo ograniczały się do Niżnego, ale w miarę poprawy pogody plany ulegały modyfikacji. Ostatecznie po dłuższym posiedzeniu przy górnej stacji kolejki krzesełkowej oraz jednoczesnym całkowitym wypogodzeniu podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza grupa ruszyła drogą w dół do samochodów mając w planach zakupy i przygotowanie obiadu, natomiast druga grupa ambitnie ruszyła w górę zdobywając tym samym wszystkie trzy szczyty. I zjadając co napotkali na swej drodze: jeżyny i jagody.

cienkow12

Od Cieńkowa Wyżniego do Wisły Malinki prowadziła bardzo ładna droga, więc zejście bez szlaku nie było problemem. Jaka była jedna z pierwszych obserwacji osób goszczących w Beskidzie Śląskim po raz pierwszy? Ano taka, że są to góry bardzo mocno zagospodarowane. Wszędzie są drogi, a na grzbiety górskie bez problemu wjeżdżają samochody. Może się to podobać lub nie, ale taki właśnie jest Beskid Śląski: łatwo dostępny, ale i przeinwestowany.

Drugi dzień był jednym z najambitniejszych podczas całego wyjazdu. Za cel obraliśmy sobie Baranią Górę, drugi najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Jest to jednocześnie szczyt najciekawszy oraz wyjątkowy: to właśnie na jego zboczach bierze początek najważniejsza Polska rzeka Wisła.

Pierwsza część trasy wiodła z przełęczy Szarcula, poprzez Stecówkę i Karolówkę na Przysłop. Przeszłam ten odcinek wielokrotnie i uważam go za najładniejszy szlak na Baranią Górę. Jako że była niedziela, na Stecówce w odbudowanym już w kościółku był postój na mszę świętą. Msze na Stecówce odbywają się w soboty o osiemnastej (szybka msza bez kazania) oraz w niedzielę o dziewiątej oraz jedenastej.

stecowka12

Odcinek szlaku pomiędzy Stecówką a Przysłopem jest najbardziej malowniczy. Wiedzie grzbietem i po prawej stronie można podziwiać widoki na Beskid Żywiecki. Bardzo w tym miejscu przestrzegam przed kuszącą, udającą krótszą opcję zejścia ze Stecówki czerwonym szlakiem w dół. Schodzi się nim do asfaltu (nie po to przyjeżdżamy w góry żeby asfaltem am zasuwać), a następnie robi dość strome podejście pod sam Przysłop, gdyż trzeba odrobić całą wysokość straconą na zejściu ze Stecówki.

Na Przysłopie polecam zatrzymać się w schronisku: jest zadbane i dość dobrze karmią oraz oczywiście odwiedzić Muzeum Turystyki Beskidu Śląskiego. Dzieciom polecam zabrać książeczki PTTKowiskie, ponieważ w muzeum jest bardzo dużo pieczątek, w tym kolorowe.

przyslop12

Dla części z nas wyprawa do góry zakończyła się w tym miejscu. Uznaliśmy że długie zejście (choć prowadzące asfaltem) będzie dla trzy i pół latka wystarczające. Reszta mojej rodziny oczywiście zdobyła szczyt i zeszła niebieskim szlakiem prowadzącym do Doliny Białej Wisełki. Największą atrakcją niebieskiego szlaku są wodospady Białej Wisełki zwane kaskadami Rodła.

kaskady12

Trasa którą opisałam powyżej jest dość długa i wyczerpująca, dodatkowo wymagająca złożonej organizacji: dwa samochody zostały Wiśle Czarnym, dwa na Szarculi, podwoziliśmy i zwozili się wzajemnie. Jest jednak warta zachodu, bo w czasie jednej wycieczki zobaczymy większość atrakcji, jakie Barania Góra ma do zaoferowania. Polecam więc powtórzyć naszą trasę, nie tylko najbardziej wytrwałym – najmłodsza uczestniczka całej wycieczki miała 10 lat.