Małe Karpaty- wstęp.

 

Pomysł na Małe Karpaty zrodził się w naszych głowach rok temu, gdy zatrzymując się po drodze na obiad oczarowała nas Bratysława. To ciekawe góry- niewielkie, niepozorne, często spacerowe, ale kryją też w sobie szlaki o trudności co najmniej Pienin.

Najwyższym szczytem są Zaruby. Choć to niecałe 800mnpm, to Radek określił ich trudność na Pieniny+++. Ja nie byłam w stanie przejść takiego szlaku, ale Staś poradził sobie bardzo dzielnie- chyba ma dryg do wspinaczki. 

zaruby_szlak

Cały szlak zaczyna się podejściem do ruin zamku Ostry Kamień. Widać że był to potężny zamek, dodatkowo przepięknie położony. To na co trzeba uważać (w całych Małych Karpatach, choć chłopcy doświadczyli tego w szczególnie tutaj) to szlaki. Szlaków trzeba pilnować, bo są słabo oznakowane. Dodatkowo ruch na nich jest bardzo niewielki. Na szlaku na Zaruby Radek i Staś spotkali jedną osobę, natomiast w dalszej część, wiodącej ze szczytu przez Havranią Skałę aż do Smolenic nie spotkali nikogo.

Smolenice to miejscowość, w której mieszkaliśmy. Znajduje się tu najmłodszy zamek na Słowacji- odbudowany na początku XXw. przez rodzinę Palfych. Zamek można zwiedzać, choć nie jest to zbyt długi i obfitujący w ciekawostki program. Można podziwiać samą architekturę zamku oraz widoki z wieży, a kosztuje to 2E/ osobę. W okolicy zamku znajduje się park angielski, który zaprasza do spacerów. Przez cały okres wakacji odbywają się tu różne imprezy plenerowe. My akurat nie jesteśmy fanami tego typu atrakcji, ale wiem że są ludzie, dla których będą one interesujące. W samej miejscowości znajduje się tez wytwórnia miodów pitnych. Bardzo lubię słowackie miody, tym razem jednak nie wolno mi nic spróbować, więc kupiliśmy kilka butelek do degustacji w przyszłości. Można tu także kupić zwykły miód, propolis oraz kosmetyki wytworzone na bazie miodu.

Największą atrakcję regionu, do której ze Smolenic wiedzie bezpośredni szklak jest jaskinia Driny. Jest to bardzo wyjątkowa jaskinia, gdyż nie została utworzona przez podziemną rzekę jak większość tego typu jaskiń, a zawdzięcza swoją formę opadom deszczu. Nie mam zdjęć ze środka- za mozliwość fotografowania trzeba zapłacić, a z moich doświadczeń wynika że zdjęcia w takich miejscach mi nie wychodzą, więc nie warto. Sam wstęp do jaskini to wydatek 6E/ osoba. 

smolenice

02._Widok_ze_szczytu_Driny

Niedaleko jest jeden z największych i najbardziej znanych słowackich zamków: Czerwony Kamień. Muszę przyznać że naprawdę robił wrażenie. Słowackie zamki to najczęściej same malowniczo położone mury. Tutaj jednak mamy pięknie zachowany (oszczędziły go zarówno wojny napoleońskie jak i światowe) ogromny zamek, z bardzo bogatymi wnętrzami i wystawami. A już największe wrażenie robią piwnice zamku- ile tu się musiało zmieścić wina!

czerwony_kamie

Jak już jesteśmy przy winie, to rejon między Bratysławą a Smolenicami to obszar winnic. Podobno uprawę winorośli przynieśli jeszcze Rzymianie. Jadąc wzdłuż Małych Karpat, wśród winnic, w temperaturze 32 stopnie Celsjusza (niższe była tylko jednego dnia) i obserwując płaskie, czerwone dachy domów miałam wrażenie że jestem na południu Europy a nie na południu Słowacji. Warto zaopatrzyć się w kilka butelek miejscowego wina, najlepiej kupując je bezpośrednio w winnicach lub w sklepach firmowych. Popularniejsze są wina białe, wytrawne. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż winogrona białe mają mniejsze wymogi klimatyczne. Szczególnie polecam zainteresować się lokalnymi odmianami, jak np. Devin. Jest to szczep winogron wyhodowany tutaj i wątpię czy wino wyprodukowane z tej odmiany można dostać gdziekolwiek na świecie poza Małymi Karpatami.

A o tym co oznacza nazwa Devin oraz innych atrakcjach Małokarpackiej Winnej Ścieżki napiszę w następnym tekście.

Ewa

Nasze wielkie, greckie wakacje

Trafiłam ostatnio na artykuł w Internecie, że większość Polaków korzystających z biur podróży wybrała w tym roku Grecję. Oznacza to że nie jesteśmy zbyt oryginalni, gdyż pierwszy tydzień czerwca spędziliśmy na greckiej wyspie Korfu.

To był nasz drugi pobyt w Grecji, osiem lat temu naszą podróż poślubną spędziliśmy na Krecie. Tak jak Korfu jest zupełnie inną wyspą niż Kreta, tak nasz pobyt znacznie odbiegał od poprzedniego. Pierwszą, ale jakże znaczącą różnicą był fakt, że towarzyszyli nam znajomi z dwójką wspaniałych synów w wieku 3 i 5 lat. Jeżeli doliczyć do tego naszego 3,5 letniego Stasia, to śmiało można przyznać że chłopcy tworzyli mały gang (gang to dobre słowo) i zdecydowanie wyróżniali się w pełnym dzieci hotelu. Drugą istotną różnicą jest sama wyspa: zielona i kwitnąca, tak inna od spalonej słońcem Krety.

grecja_2

grecja_1

Ten pobyt był znacząco inny od większości naszych wakacyjnych wyjazdów. Chyba nigdy nie spędziliśmy tyle czasu korzystając z hotelowych atrakcji, głównie z basenów (dzieci wolały baseny), klubu dziecięcego, a w moim przypadku najchętniej z morza i plaży. Nastawialiśmy się na to, stąd wybór hotelu o przyzwoitym, nastawionym na dzieci zapleczu. Nie zmienia to jednak faktu, że odbyliśmy kilka ciekawych wycieczek, o których chciałabym napisać.

Pierwszą z nich była wycieczka do stolicy wyspy Korfu Town. Jest to jeden z żelaznych punktów pobytu na Korfu, który śmiało można polecić każdemu. Stare miasto składające się z wąskich uliczek oraz weneckich kamienic jest niezwykle urokliwe i zachęca do spacerów. Główną atrakcją miasta są dwie twierdze, z których jedną mieliśmy okazję zwiedzić. Zwiedzanie jest zazwyczaj najsłabszym punktem jeśli chodzi o wakacje z dziećmi, tu jednak poszło nam bardzo dobrze. Pełna armat, schodów i wąskich przejść twierdza okazała się być niezwykle interesująca dla chłopców. Na samym szczycie twierdzy była latarnia morska oraz możliwość podziwiania widoków.

corfu_town

Bardzo mocnym punktem wakacji w Grecji jest jedzenie. Przeczytałam kiedyś takie zdanie: tawerny greckie dzielimy na dobre i bardzo dobre. Po dwóch pobytach w Grecji nie mogę się z tym nie zgodzić. Za każdym razem ortodoksyjnie zamawiałam musakę (jest trochę inna niż na Krecie- przykryta znacznie większą ilością beszamelowego sosu), Radek tradycyjnie gustował w wołowinie (charakterystyczne danie z wołowiny na Korfu to sofrito), natomiast nasi znajomi stawiali na owoce morze (doskonała ośmiornica i mule) oraz małe, smażone rybki. Do tego niezwykle proste (najczęściej pomidor, ogórek + oliwa) sałatki oraz kieliszek domowego wina i naprawdę nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Drugą i zarazem najładniejszą moim zdaniem wycieczką był spacer do willi Achillon należącej niegdyś do cesarzowej Austrii Elżbiety, znanej jako Sissi. Do miejsca, z którego rozpoczynał się około dwukilometrowy spacer do leżącej na wzgórzach willi mieliśmy ok. 10 minut jazdy autobusem. Następnie droga biegła asfaltowymi serpentynami, którymi wspinały się wypełnione chętnymi do zwiedzania willi turystami. Po drodze zajrzeliśmy do baru. Przemiła właścicielka, dowiedziawszy się skąd jesteśmy powiedziała nam że w tym roku na Korfu jest wyjątkowo dużo turystów z Polski. Zwiedzanie samej willi kosztuje 8E za osobę dorosła, ale już dwoje dorosłych + maksymalnie 2 dzieci kosztuje 15E (bilet rodzinny). Od czasu kiedy Staś skończył 2 lata i za większość wstępów musi płacić, zauważyliśmy że bardzo dobrym rozwiązaniem są bilety rodzinne. W tym wypadku cena za rodzinę była niższa niż za dwie dorosłe osoby.

achilon

W zeszłym roku miałam okazję zwiedzić rezydencje cesarską Hofburg w Wiedniu, więc większość faktów z życia cesarzowej była mi znana. Ciekawostką natomiast było dla mnie to, że kolejnym właścicielem willi (powiedzmy sobie szczerze- mało było osób mogących sobie pozwolić na takie lokum) był ostatni cesarz niemiecki Wilhelm. O postaci cesarza Wilhelma czytałam w książce :Taniec na wulkanie“ autorstwa księżnej pszczyńskiej Daisy Hochberg von Pless, niemniej akurat tego nie wiedziałam. Tym, co najbardziej mnie zachwyciło podczas zwiedzania był dziedziniec oraz widoki. To było coś, czego brakowało mi podczas całego pobytu na Korfu: widoku z góry na wyspę oraz morze. Morze Jońskie okazało się jednym z piękniejszych (dla mnie najpiękniejsze, Radek stwierdził że woli ocean) jakie widziałam.

morze_joskie

Mieliśmy okazję spędzić na Korfu naprawdę wspaniały tydzień, co nie zmienia faktu że nie będzie mnie ciągnąć aby tu wrócić. Nie dlatego że coś mi się tu nie podobało (no może jedna rzecz- greckie zamiłowanie do porządku, czyli piętrzące się przy drogach zwały śmieci), ale dlatego że część atrakcji okazała się dla nas niedostępna lub nieatrakcyjna. Mam tu na myśli głównie wycieczki statkiem, powiązane ze zwiedzaniami jaskiń, kąpielami na pełnym morzu czy nurkowaniem. Po prostu nie jesteśmy fanami takich atrakcji, a tutaj są one jednymi z dominujących, co szczególnie jest widoczne przeglądając oferty wycieczek fakultatywnych. Dla fanów morskich kąpieli i opalania polecam jak najbardziej: greckie słońce, przepiękne morze, wspaniałe jedzenie i wino, a to wszystko osiągalne w niespełna dwie godziny lotu z Katowic.

Ewa

Czym zaskoczyła nas Istebna

Po ostatnim wpisie postanowiłam kontynuować temat wypoczynku z dziećmi. Kolejnym miejscem, które mieliśmy okazję odwiedzić była Istebna.

Istebna to wieś w Beskidzie Śląskim. Przyznam że przeze mnie trochę pomijana, z dwóch powodów. Po pierwsze dojazd. Standardowo, aby dostać się do Istebnej ze Śląska trzeba przejechać przez Wisłę. Kto choć raz w życiu miał nieprzyjemność przejeżdżać przez Wisłę, ten wie o co mi chodzi. Zdarzyło mi się ośmiokilometrową trasę przez Wisłę pokonywać w 45 minut, a nie jest to najgorszy, możliwy wynik. Drugim powodem omijania Istebnej była dla mnie ta nijakość. Istebna nie ma jakiegoś centrum, jest rozrzucona na wzgórzach, sprawiała na mnie przez to wrażenie nijakiej. Pomyliłam się ogromnie i oba powody pomijania tego miejsca okazały się nieistotne, a dlaczego postaram się uzasadnić w dalszej części wpisu.

Na początek garść informacji praktycznych, od dojazdu zaczynając. W Istebnej spędziliśmy długi weekend majowy. Trudno wyobrazić sobie gorszy termin pod względem komunikacyjnym. Przeanalizowaliśmy jednak możliwe warianty dojazdu i zdecydowaliśmy się jechać przez Czechy. Nadłożyliśmy trochę kilometrów, ale myślę że się opłacało. Jechaliśmy praktycznie bez zatrzymywania, dobrymi drogami, a cała trasa zajęła nam ok. 1,5h. Najmniej przyjemny był odcinek wiślanki, co tylko umocniło nas w przekonaniu że wybraliśmy najlepszą drogę. Sama Istebna tez nie przerażała ilością ludzi, jak to zazwyczaj ma miejsce w tym terminie. Może właśnie to położenie na wzgórzach, bez wyraźnego centrum dało taki efekt.

Pojechaliśmy do Istebnej z nastawieniem na proste wędrówki ze Stasiem. Udało nam się zrealizować to w stu procentach. Rodzicom, którzy szukają podobnych atrakcji jak my mogę polecic kilka tras:

  1. Przełęcz Szarcula. Można powiedzieć- a co tu ciekawego, przecież na Szarculę wjeżdża się samochodem i nic specjalnego tam nie ma. Owszem, cel nie jest zbyt atrakcyjny, ale droga wspaniała. Wystartowaliśmy z parkingu koło aquaparku. Pierwsza część trasy biegnie asfaltem, ale jeżeli droga asfaltem może być przyjemna to właśnie ta była. Biegnie wśród drzew, wzdłuż potoku. Po ok. 600m szlak odbija w las i prowadzi do znajdującej się na wzgórzu wsi. Za wsią robimy krótki postój na śniadanie i tym razem w otwartym terenie ruszamy na przełęcz. Widoki są naprawdę piękne, a pogoda dopisuje. Na przełęczy robimy kolejny krótki postój, po czym schodzimy w dół. Nie chcąc powtarzać całego odcinka przed wsią skręcamy na aslaftową drogę, która prowadzi do naszego parkingu. Cała trasa to ok. 6,5km, a nam w nieśpiesznym tempie zajęła ok. 5h.

szarcula

  1. Sołowy Wierch. Niewielki szczyt znajdujący się pomiędzy Koniakowem a Zwardoniem. Samochód zostawiamy na przełęczy Rupienka i ruszamy w górę niebieskim szlakiem. Szlak jest krótki i przyjemny i ku naszemu zdziwieniu, mimo dość wczesnej pory nie jesteśmy tu jedyni. Na szczycie robimy krótki postój połączony ze śniadaniem i wracamy. Ta trasa była bardzo krótka (ok. 4,5km), więc postanawiam przejść się z przełęczy w stronę hodowli głuszca. Niestety, jest 3 maja i wszystko jest tu pozamykane na głucho, jednak sam spacer jest bardzo przyjemny. W tym miejscu warto też wspomnieć o bardzo emocjonujących przejazdach po wzgórzach Trójwsi, zwłaszcza jak się ma duży samochód. Mnie w szczególności zapadł w pamięci odcinek pomiędzy główną drogą przez Koniaków a przełęczą Rupienka, w czasie którego objeżdżamy od zachodu szczyt Ochodzitej. Droga (czy raczej dróżka) jest wąska, obfitująca w strome zjazdy i podjazdy. Ogólnie rzecz ujmując emocjonująca, choć nie każdy lubi tego typu emocje.

solowy_wierch

  1. Zródła Olzy. Na ostatni dzień zaplanowaliśmy sobie wycieczkę do źródeł Olzy. Nie mieliśmy jakoś szczególnie określonego planu, wiedzieliśmy, że chcemy dojść do źródeł a potem coś wymyślimy. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy na pustym parkingu w miejscu gdzie rozpoczyna sie trasa zobaczyliśmy jeden samochód- samochodód rodziców Radka. Staś nie zawsze znajduje w wycieczkach górskich tyle atrakcji ile my i zdarza mu się marudzić. Ale nie wtedy kiedy idzie z babcią i dziadkiem. Z dziadkami potrafi przebyć każdą trasę, tak też było i tym razem. Pierwszym etapem było dojście do zbiornika retencyjnego na Olzie, drugim były źródła Olzy. Tu nasze pomysły się skończyły, a trasa dopiero zaczynała. Ze źródeł Olzy poszliśmy na Pietraszonkę zahaczając o chatkę sudencką Akt, nastepnie zeszli bez szlaku do drogi asfaltowej prowadzące do zbiornika retencyjnego, tym samym robiąc „pętelkę“. Trasa była stosunkowo długa (ok. 9km) i zajęła nam 7 godzin, ale Staś ani przez chwilę nie poczuł zmęczenia.

olza

Nie ukrywam, że o wyborze Istebnej w dużej mierze zadecydowały względy praktyczne: znaleźlismy nocleg dzień przed wyjazdem, teren obfitował w trasy idealne dla Staśka no i podróż samochodem była krótka. Tymczasem Istebna okazała się naprawdę pięknym miejscem- jestem oczarowana położeniem na wzgórzach, pięknymi (choć nie spektakularnymi) widokami oraz dużą ilością zieleni. Z rzeczy, które sa warte uwagi warto wymienić słynne Koniakowskie muzeum koronki, centrum pasterskie oraz wycieczkę na trójstyk granic: polskiej, czeskiej i słowackiej. Wspaniałym miejscem jest także Leśny Ośrodek Edukacji, w którym mieliśmy okazje porozmawiać z leśnikiem, Staś natomiast wybudował wspaniałą fortecę z drewnianych klocków. Ostatnim argumentem, który przemawia za tą lokalizacją jest fakt, że nawet w tak obleganym terminie jak majowy weekend nie czuliśmy sie przytłoczeni ilością ludzi, co z pewnością miałoby miejsce w innych zakątkach Beskidu Śląskiego. Istebną mogę więc polecić osobom szukającym spokoju, bez względu na termin- tu można odpocząć.

Ewa

Rabka- miasto dzieci.

Jakiś czas temu zauważyłam, że są miejsca, w których Staś (pomimo swego młodego wieku) był już kilkakrotnie. Jednym z nich jest Rabka. Nie szczególnie nadzwyczajnego w tym nie ma- trudno wyobrazić sobie lepsze miejsca dla dziecka. Jako że mamy początek wakacji przyszedł mi pomysł na tekst o tym najbardziej dziecięcym uzdrowisku w Polsce.

W Rabce spędziliśmy jeden z tegorocznych, kwietniowych weekendów. Wybraliśmy kwaterę poza centrum, na zboczach Maciejowej- z naszego okna widzieliśmy znajdującą się na szczycie bacówkę. Jak nietrudno się domyślić Maciejowa była naszym pierwszym celem. Weszliśmy czarnym szlakiem, biegnącym wzdłuż nieczynnej nartostrady. Jak się później okazało, nartostrada jeszcze rok wcześniej była czynna, ale słynna polska skłonność do kompromisu sprawiła że interes trzeba było zamknąć. Smutno mi słysząc takie historie- widać że nic się nie nauczyliśmy na przykładzie Szczyrku.

Wracając jednak do przyjemniejszych tematów. Maciejową wybraliśmy nieprzypadkowo- staramy się szukać szczytów, które Staś zdobywa samodzielnie, na własnych nóżkach. W kwietniu były to kolejno: Soszów, Czantoria Wielka oraz właśnie Maciejowa. Choć na szlaku zdarzyło nam się spotkać jeszcze oblodzenia i śnieg, termin kwietniowy był bardzo trafiony- akurat kwitły krokusy. Tym, których odstrasza tłok w Dolinie Chochołowskiej, bądź nie mają siły wspiąć się na Turbacz (dwa wg. mnie najbardziej krokusowe miejsca) polecam własnie Maciejową.

krokusy

Ze szczytu postanowiliśmy zejść bez szlaku, doliną potoku. Pomysł był super, niestety obuwie Staśka nie do końca było do niego dopasowane. Kilka krytycznych momentów (przeprawy przez potok) Staś przebył na rękach taty.

stas

Naszym drugim głównym celem w Rabce był park zdrojowy obfitujący w różnego rodzaju place zabaw. Klika godzin spędziliśmy w trasie od placu do placu, kończąc przy nie mniej absorbującej dzieci fontannie. Szczęśliwie uniknęliśmy kąpieli i pojechali zaliczyć ostatni punkt weekendu: skansen taboru kolejowego w Chabówce.

chabowka

Staś jest niesamowicie zafascynowany pojazdami szynowymi. Największym zainteresowaniem darzy tramwaje, jednak pociągi również są w tym rankingu wysoko. Planując wycieczkę do skansenu obawiałam się że spędzimy tam długie godziny i ciężko nam będzie wyjść. Tymczasem okazało się że owszem- lokomotywy budziły dziecięce zainteresowanie, ale nie tak wielkie jak się spodziewaliśmy. Staś był ogromnie rozczarowany tym że pociągi nie jadą…

chabowka2

Co mnie osobiście najbardziej zainteresowało, to kilka faktów z historii kolejnictwa. Dowiedziałam się m.in., że jeszcze w latach 80-tych niektóre z linii kolejowych w Polsce były obsługiwane przez parowozy.

Atrakcją, której nie doświadczyliśmy, a myślę że ze względu na dzieci warto o niej wspomnieć jest Rabkoland- park rozrywki znajdujący się w Rabce. Park otwarty jest od maja i cieszy się ogromnym powodzeniem wśród najmłodszych. Sama pamiętam go z czasów, gdy przyjeżdżałam do Rabki na kolonie, choć muszę przyznać że znacznie się od tego czasu zmienił.

Tym czego mnie osobiście w Rabce brakuje jest mała ilość restauracji i miejsc gdzie można zjeść. Zazwyczaj jemy obiad w pizzerii Maleńka, nie karmią źle, ale wolałabym mieć wybór. Tym, którzy obiad wolą zjeść w drodze powrotnej polecam restaurację na zamku w Suchej Beskidzkiej. Karczmy Rzym na rynku w Suchej nie polecam- nie jest zła, ale nic specjalnego- jedzenie bardzo stołówkowe. W zamku natomiast jedliśmy kilkakrotnie i zawsze smacznie.

Rabka jest miejscem nastawionym na dzieci i dla dzieci. Pamiętam dwa lata temu, w okresie wakacji na dworcu kolejowym organizowane były warsztaty dla dzieci w wieku przedszkolnym. Innym razem trafiliśmy do willi w parku zdrojowym, w której dzieciaki uczyły się malować (m.in. na szkle). Wspaniałą atrakcją (nie tylko dla dzieci) jest przejazd zabytkowym pociągiem ciągniętym przez parowóz. My mieliśmy okazję przejechać trasę Rabka- Kasina Wielka- Rabka:

Mając szczęście można trafić na kurs do Nowego Sącza- ten jednak obsługuje już lokomotywa spalinowa. Atrakcji wystarczy tutaj nawet na dwutygodniowy pobyt z dziećmi. Zachęcam do rozważenia Rabki podczas planowania wakacji.

Ewa

Idealny zimowy weekend w Wiśle Malince

Jako że zima w pełni grzechem byłoby nie skorzystać ze wszystkich jej uroków. Postanowiliśmy więc wybrać się w najbliższe góry na narty. Ponieważ pomysł dojrzał w naszych głowach w piątkowy wieczór, w pełni sezonu narciarskiego, znalezienie wolnego pokoju na jedną noc chwilę zajęło. Z racji tego że Staś jeszcze nie jeździ, to jedno z nas dotrzymuje mu towarzystwa, podczas gdy drugie szusuje. W takim modelu najlepiej sprawdzają się kwatery przy stoku- szybko się wymieniamy i nie ma potrzeby ruszania samochodu. No to jak już zbierzemy te wszystkie kryteria razem to co wychodzi? Tytułowa Wisła Malinka, a konkretnie znajdujący się tu ośrodek narciarski Cieńków. Ostatnim razem na Cieńkowie byliśmy w 2013 roku- chwilę temu, ale był to już czas gdy kursowała 4- osobowa kanapa (zamiast wysłużonego, podwójnego orczyka, który stał tam przez lata). Trasę pamiętam jako przyzwoitą: stromy początek, później wypłaszczenie i dość łagodna (ale nie nudna) końcówka. Dodatkowym atutem Cieńkowa jest bliskość bardzo smacznej restauracji (Malinówka) oraz skoczni narciarskiej im. Adama Małysza. Postanowione, jedziemy.

Często jeździmy w Beskid Śląski- nie ma się co dziwić, jest najbliżej. Rzadko jeździmy do Wisły. Gdy stanęliśmy w kilkukilometrowym korku na wysokości Ustronia przypomniało mi się dlaczego. Otóż w każdy weekend, od miejsca gdzie kończy się dwupasmówka rozpoczyna się korek, który w zasadzie ciągnie się przez całą Wisłę. Sposoby są na to dwa: uzbroić się w cierpliwość, albo wybrać inną porę na podróż. Niestety w przypadku wypadu weekendowego druga opcja nie wchodzi w grę. Zacisnęliśmy więc zęby i stoimy. Wytrzymaliśmy 15 minut, po czym Radek zasugerował by na poranny szus wybrać stok Poniwiec, czyli Czantorię Małą. I to był strzał w dziesiątkę. Z głównej, zakorkowanej drogi skręciliśmy w prawo i zaparkowali pod wyciągiem. Ja wybrałam się na narty, a chłopaki poszli szukać stoku na saneczki. Ja na nartach pojeździłam, chłopaki znaleźli jedynie huśtawkę, której opuszczenia kategorycznie odmówił Staś. Zastanawiam się na czym to polega fenomen dziecięcego błędnika. Każdy normalny dorosły po dwóch minutach na huśtawce, karuzeli itp. ma serdecznie dosyć, a postawiony na płaskim chodem przypomina pana Zdzicha po winie Czar PGRu. Dziecko nigdy. W którym momencie nam to zanika?

Wróćmy jednak na narty. Na Poniwcu jeździłam po raz pierwszy. Podobała mi się dobra organizacja: obsługa pilnowała, by 4- miejscowe kanapy jeździły pełne, parking był darmowy a i ceny karnetów przyzwoite. Stok był już trochę rozjeżdżony, ale warunki OK, zwłaszcza jak na godzinę 11. Polecałabym to miejsce na kilkugodzinny, narciarski wyskok (w dużej mierze ze względu na dojazd) ale nie tylko: obok stoku jest całkiem przyjemny hotel, dolina jest spokojna i oddalona od największego ruchu nawet w sezonie. Można powiedzieć że to taka oaza spokoju w dość gwarnym i zagospodarowanym Beskidzie Śląskim.

poniwiec

Po dwóch godzinach spędzonych na Poniwcu ruszyliśmy w stronę naszego właściwego celu- Wisły Malinki. Trasę z Poniwca do Malinki przejechaliśmy w 45 minut, ale warto było, bo czekał nas obiad w Malinówce. Polecam to miejsce wszystkim miłośnikom dobrego jedzenia: karta jest krótka, bazuje na lokalnych produktach, pstrąg wyśmienity w każdej postaci, a nade wszystko doskonały deser. Dla tych, którzy znajdą się w tym miejscu po obiedzie polecam zatrzymać się na sam deser, naprawdę warto.

Dla mnie był to już koniec śnieżnych wyzwań tego dnia, ale Radek nastawił się na wieczorną jazdę. W ciągu ostatnich kilku lat większość ośrodków narciarskich ma oświetlone stoki. Cieńków również. Od 16 do 17 stok jest zamknięty- ratraki przygotowują go przed wieczorną jazdą. Od 17 do 21 (22 w piątki) można więc wybrać się na wieczorne szusy. Nie jestem fanem wieczornych, śnieżnych wyzwań, dlatego moja kolej wypadła na godzinę 8 rano w niedzielę. I muszę przyznać, że było to moja najwspanialsza jazda w tym roku- stok przygotowany, lekki mrozik, ludzi mało i raczej dobrzy narciarze, kolejek do wyciągu zero i karnet poranny w dobrej cenie. Śnieżny raj, który żal było opuszczać.

cienkow1

Ostatnim punktem naszego weekendu była skocznia im. Adama Małysza:

skocznia

Byłam w tym miejscu dwukrotnie: wczesną jesienią oraz zimą. Polecam raczej tę pierwszą opcję- na samej skoczni jakoś specjalnie dużo oglądania nie ma, wjazd na górę kosztuje (10PLN osoba), za wejście na taras widokowy też trzeba zapłacić. I to raptem wszystkie atrakcje. Polecam dołożyć do tego spacer grzbietem, piękne widoki i zjazd lub zejście na dół w rejonie Cieńkowa.

Wspomniałam że niezbyt często bywamy w Wiśle- biorąc pod uwagę bliskość i możliwości tego rejonu tak w istocie jest. Mamy jednak plan, aby w tym roku spędzić tu tydzień wakacji. Będzie to o tyle ciekawe, że towarzyszyć nam będzie rodzina, która nigdy w Beskidzie Śląskim nie była. Do wakacji jeszcze pół roku, a ja postawiłam sobie za zadnie jak najlepiej zaprezentować województwo śląskie mieszkańcom województwa zachodniopomorskiego. Z pewnością podzielę się tu wrażeniami, także do zobaczenia w Wiśle.

Ewa

Trzylatek w kopalni.

Do wielu miejsc, które mimo młodego wieku miał okazję zwiedzić Staś w ostatnią niedzielę dołączyła kopalnia Królowa Luiza w Zabrzu. Skansen Górniczy Królowa Luiza obejmuje obecnie dwie lokalizacje: Szyb Carnall na ulicy Wolności oraz Park 12C i Bajtel Gruba przy ulicy Sienkiewicza. Jak nietrudno się domyślić ze względu na Staśka zdecydowaliśmy się na tę drugą lokalizację.

Program zwiedzania obejmuje przejście kopalnianymi podziemiami na głębokości ok. 36 m. Nie powala, zwłaszcza w porównaniu z Kopalnią Guido, gdzie można zjechać prawie 300 m pod ziemię (zainteresowanych odsyłam tu) niemniej podczas półtoragodzinnej wycieczki mamy okazję zobaczyć maszyny górnicze z różnych epok, ścianę węgla a także przejechać się górniczą kolejką. Cała przyjemność kosztuje 30 PLN za osobę dorosłą i 25 PLN za dziecko powyżej 3 lat.

start1

Zwiedzanie rozpoczyna się od założenia gustownych, górniczych kasków. Ile ja razy podczas półtoragodzinnej wycieczki cieszyłam się że mam ten kask na głowie! W najniższym miejscu jest ok. 1m. Nie wiem jak długi jest ten odcinek, ale dla mnie trwał w nieskończoność. Staś trochę dziwnie na nas patrzył, jego wzrok mówił coś w rodzaju: czemu się tak ociągacie? Podczas gdy cała wycieczka przemierzała odcinek kucając i klęcząc on dziarsko zasuwał do przodu.

Najciekawszy na trasie był dla nas przejazd kolejką górniczą. Właściwie od pierwszego momentu kiedy weszliśmy do kopalni ciągle musieliśmy odpowiadać na pytanie: kiedy będzie kolejka?

kolejka3

Muszę przyznać że była to jedna z najmniej widokowych przejażdżek, jakie miałam okazję w życiu odbyć. Byliśmy zamknięci w wagonikach, okienko miało wymiar ok. 5 x 10 cm. Ale Staś był wniebowzięty.

Ostatnią ciekawostką był współczesny kombajn do urabiania węgla i ruchoma obudowa. Podobną można zobaczyć w Guido, tu jednak ściana jest dłuższa, a trasa wycieczki obejmuje przejście po obudowach. Kombajn jest uruchamiany, obudowy się przesuwają, dla laika jest to ciekawostka.

kopalnia3

Na tle Guido Królowa Luiza jest znacznie mniej efektowna- nie zjeżdża się szolą, a wycieczka nie kończy się w barze przy zimnym piwku;). Jest także znacznie mniej wymagająca (stąd też inne ograniczenie wiekowe) i taka w sam raz dla odwiedzających Śląsk po raz pierwszy.

Ewa

Narty na Chopoku- wady i zalety

Sylwestra oraz pierwsze dni stycznia spędziliśmy na nartach na Chopoku. Miałam ogromny niedosyt po zezłorocznym pobycie (przez większość czasu leżałam z gorączką), więc gdy trafiła się okazja na tygodniowy pobyt w sercu Doliny Demianowskiej nie wahaliśmy się ani chwili. Dziś chciałabym podzielić się swoją opinią oraz kilkoma praktycznymi wskazówkami na temat ośrodka narciarskiego, ale nie tylko. Mam nadzieję że ten tekst zainteresuje nie tylko narciarzy.

p1054700

Lubię Doline Demianowską i Chopok, ale zacznę przewrotnie- od wad. Największą wadą naszego wyjazdu był termin. Absolutnie odradzam wyjazdy w terminie sylwestrowym. Ogrom ludzi. Nie było to nawet problemem w kolejkach (tj. nie było kolejek do kolejek) ale na stoku tłum był spory. Bardzo dużo było początkujących narciarzy, których strach było mijać. Dodatkowo ciężko o miejsce w restauracji, o parkingach nie wspominając (z tego ostatniego szczęśliwie nie musieliśmy korzystać). Przysłowiową wisienką (w tym wypadku anty- wisienką) są ceny. Dolina Demianowska nigdy nie jest tania- śmiem twierdzić, że to najdroższe miejsce na Słowacji. W okresie sylwestrowym wzrost cen widać szczególnie jeśli chodzi o noclegi. Także po raz kolejny odradzam.

Jak juz jesteśmy przy noclegach, dodam dwa słowa o hotelu, w którym mieszkaliśmy. Był to hotel Sorea Marmot, jeden ze skromniejszych i bardziej ekonomicznych w rejonie. Hotel ma tylko dwie gwiazdki i nie leży bezpośrednio przy stoku, a jakieś 100- 200m od trasy nr 10 (przy gondoli). Zaletą hotelu jest przestrzeń- duże pokoje, rozległe korytarze, spora jadalnia. Nie było sytuacji, w której ktoś musiał czekać na posiłek, bo wszystkie stoliki są zajęte- każdy miał przydzielony swój stolik. Ale… posiłki. Było naprawdę kiepsko. Śniadania jeszcze jakoś uszły, ale kolacje… Nie dość że trzeba było wybrać jedno danie z 4 (dwa dni wcześniej, na podstawie opisu) to jeszcze dania te nie powalały smakiem. Przez tydzień nie zjadłam ani jednej potrawy, którą chciałbym zjeść ponownie. Tłusto i niesmacznie. Obok hotelu jest restauracja Koliba, znacznie smaczniejsza. Niestety ceny są typowe dla tego rejonu. W każdym innym rejonie Słowacji za bryndzowe haluszki płaci się ok. 3,5- 4,5 EUR, w Kolibie kosztowały 7,9 EUR. Chcącym zjeść coś smacznego i w słowackim stylu polecić mogę restaurację River Side. Byliśmy tu już dwa lata temu i zawsze nam smakowało.

Wracając do hotelu. Atutem sa przyzwoite ceny w barze: Zlaty Bażant 0,5l 1,2EUR, lampka słowackiego wina 0,9 EUR. Kawa z koniakiem i bitą śmietaną 1,8 EUR. Polecam także SPA (choć SPA to raczej za duże słowo, lepiej powiedzmy masaże). Ceny atrakcyjne, a pani fizjoterapeutka potrafi postawić na nogi. W Nowy Rok dostałam strasznego skurczu mięśni karku, nie mogłam ruszyć głową. Gdyby nie masaż i kilka zaaplikowanych specyfików pewnie przeleżałabym cały wyjazd.

Co do ośrodka narciarskiego, to tym, co najbardziej zawodzi jest pogoda. Nawet nie chodzi o ocieplenie czy roztopy, choć przyznaję że lepiej aby ich nie było. Ale najgorszy jest wiatr. Jednego dnia wiatr był tak silny, że ok. 12 zamknięto cały ośrodek. Innego dnia wjechałam na szczyt ze Stasiem. Myślałam że go porwie. Tego dnia wyjątkowo na szczycie nie było mgły stąd kilka zdjęć:

p1054703

p1054702

p1054705

Po zdjęciach natychmiastowa ucieczka do kolejki. W wagoniku, w którym jedzie normalnie ok. 20 osób było nas dwoje. Wycie wiatru bylo tak silne że napędziło mi niezłego stracha. Kolejka na szczyt jest bardzo przemyślana- nie jest to zwykła gondola, kabiny jadą na dwóch linach, jest naprawdę stabilnie i bezpiecznie. Jechałam dużo bardziej „przerażającymi” kolejkami- na przełęcz pod Cristallo w Dolomitach, czy opisywaną na blogu Faja dos Padres na Maderze. Ale to właśnie na Chopoku najadłam się największego strachu. Byłam szczęśliwa gdy wysiedliśmy i wiedziałam, że nie będę musiała już tego powtarzać.

W tym roku udało mi się także zjechać trasą ze szczytu. Uff- zjechałam i cieszę się że nie będę musiała już tego powtarzać. Trasa jest stroma, oblodzona, wiatr dmie jak oszalały, do tego zazwyczaj jest mgła i fatalna widoczność.

No to jak prawdziwy Polak ponarzekałam:) Mimo wszystkich możliwych wad naprawdę lubię ten ośrodek. Lubię Słowację- to że jest podobna do Polski, ale to nie Polska. Lubię słowackie piwo, lubię także słowackie wino- jeżeli ktoś nie miał okazji spróbować to serdecznie polecam, zwłaszcza słowacki tokaj, który ze względu na konflikt z Węgrami (tokaj jest węgierskim produktem regionalnym) kupić można jedynie na Słowacji. Lubię bryndzowe haluszki i niewielkie, ale smaczne, rodzinne restauracje. I lubie Chopok- nasnieżone, przygotowane trasy, wygodne kanapowe lub gondolowe kolejki. A nade wszystko lubię krótki i szybki dojazd- z Zabrza do Doliny Demianowskiej jedzie się ok. 4h. Nie ma drugiego takiego ośrodka w takiej odległości.

Ewa