Narty na Chopoku- wady i zalety

Sylwestra oraz pierwsze dni stycznia spędziliśmy na nartach na Chopoku. Miałam ogromny niedosyt po zezłorocznym pobycie (przez większość czasu leżałam z gorączką), więc gdy trafiła się okazja na tygodniowy pobyt w sercu Doliny Demianowskiej nie wahaliśmy się ani chwili. Dziś chciałabym podzielić się swoją opinią oraz kilkoma praktycznymi wskazówkami na temat ośrodka narciarskiego, ale nie tylko. Mam nadzieję że ten tekst zainteresuje nie tylko narciarzy.

p1054700

Lubię Doline Demianowską i Chopok, ale zacznę przewrotnie- od wad. Największą wadą naszego wyjazdu był termin. Absolutnie odradzam wyjazdy w terminie sylwestrowym. Ogrom ludzi. Nie było to nawet problemem w kolejkach (tj. nie było kolejek do kolejek) ale na stoku tłum był spory. Bardzo dużo było początkujących narciarzy, których strach było mijać. Dodatkowo ciężko o miejsce w restauracji, o parkingach nie wspominając (z tego ostatniego szczęśliwie nie musieliśmy korzystać). Przysłowiową wisienką (w tym wypadku anty- wisienką) są ceny. Dolina Demianowska nigdy nie jest tania- śmiem twierdzić, że to najdroższe miejsce na Słowacji. W okresie sylwestrowym wzrost cen widać szczególnie jeśli chodzi o noclegi. Także po raz kolejny odradzam.

Jak juz jesteśmy przy noclegach, dodam dwa słowa o hotelu, w którym mieszkaliśmy. Był to hotel Sorea Marmot, jeden ze skromniejszych i bardziej ekonomicznych w rejonie. Hotel ma tylko dwie gwiazdki i nie leży bezpośrednio przy stoku, a jakieś 100- 200m od trasy nr 10 (przy gondoli). Zaletą hotelu jest przestrzeń- duże pokoje, rozległe korytarze, spora jadalnia. Nie było sytuacji, w której ktoś musiał czekać na posiłek, bo wszystkie stoliki są zajęte- każdy miał przydzielony swój stolik. Ale… posiłki. Było naprawdę kiepsko. Śniadania jeszcze jakoś uszły, ale kolacje… Nie dość że trzeba było wybrać jedno danie z 4 (dwa dni wcześniej, na podstawie opisu) to jeszcze dania te nie powalały smakiem. Przez tydzień nie zjadłam ani jednej potrawy, którą chciałbym zjeść ponownie. Tłusto i niesmacznie. Obok hotelu jest restauracja Koliba, znacznie smaczniejsza. Niestety ceny są typowe dla tego rejonu. W każdym innym rejonie Słowacji za bryndzowe haluszki płaci się ok. 3,5- 4,5 EUR, w Kolibie kosztowały 7,9 EUR. Chcącym zjeść coś smacznego i w słowackim stylu polecić mogę restaurację River Side. Byliśmy tu już dwa lata temu i zawsze nam smakowało.

Wracając do hotelu. Atutem sa przyzwoite ceny w barze: Zlaty Bażant 0,5l 1,2EUR, lampka słowackiego wina 0,9 EUR. Kawa z koniakiem i bitą śmietaną 1,8 EUR. Polecam także SPA (choć SPA to raczej za duże słowo, lepiej powiedzmy masaże). Ceny atrakcyjne, a pani fizjoterapeutka potrafi postawić na nogi. W Nowy Rok dostałam strasznego skurczu mięśni karku, nie mogłam ruszyć głową. Gdyby nie masaż i kilka zaaplikowanych specyfików pewnie przeleżałabym cały wyjazd.

Co do ośrodka narciarskiego, to tym, co najbardziej zawodzi jest pogoda. Nawet nie chodzi o ocieplenie czy roztopy, choć przyznaję że lepiej aby ich nie było. Ale najgorszy jest wiatr. Jednego dnia wiatr był tak silny, że ok. 12 zamknięto cały ośrodek. Innego dnia wjechałam na szczyt ze Stasiem. Myślałam że go porwie. Tego dnia wyjątkowo na szczycie nie było mgły stąd kilka zdjęć:

p1054703

p1054702

p1054705

Po zdjęciach natychmiastowa ucieczka do kolejki. W wagoniku, w którym jedzie normalnie ok. 20 osób było nas dwoje. Wycie wiatru bylo tak silne że napędziło mi niezłego stracha. Kolejka na szczyt jest bardzo przemyślana- nie jest to zwykła gondola, kabiny jadą na dwóch linach, jest naprawdę stabilnie i bezpiecznie. Jechałam dużo bardziej „przerażającymi” kolejkami- na przełęcz pod Cristallo w Dolomitach, czy opisywaną na blogu Faja dos Padres na Maderze. Ale to właśnie na Chopoku najadłam się największego strachu. Byłam szczęśliwa gdy wysiedliśmy i wiedziałam, że nie będę musiała już tego powtarzać.

W tym roku udało mi się także zjechać trasą ze szczytu. Uff- zjechałam i cieszę się że nie będę musiała już tego powtarzać. Trasa jest stroma, oblodzona, wiatr dmie jak oszalały, do tego zazwyczaj jest mgła i fatalna widoczność.

No to jak prawdziwy Polak ponarzekałam:) Mimo wszystkich możliwych wad naprawdę lubię ten ośrodek. Lubię Słowację- to że jest podobna do Polski, ale to nie Polska. Lubię słowackie piwo, lubię także słowackie wino- jeżeli ktoś nie miał okazji spróbować to serdecznie polecam, zwłaszcza słowacki tokaj, który ze względu na konflikt z Węgrami (tokaj jest węgierskim produktem regionalnym) kupić można jedynie na Słowacji. Lubię bryndzowe haluszki i niewielkie, ale smaczne, rodzinne restauracje. I lubie Chopok- nasnieżone, przygotowane trasy, wygodne kanapowe lub gondolowe kolejki. A nade wszystko lubię krótki i szybki dojazd- z Zabrza do Doliny Demianowskiej jedzie się ok. 4h. Nie ma drugiego takiego ośrodka w takiej odległości.

Ewa

Ślęża

Aż ciężko uwierzyć, że poprzedni weekend cieszył nas piękną pogodą. Postanowiliśmy to wykorzystać i ostatnią sobotę września spędziliśmy (i tu ogromne zaskoczenie) w górach. Chcieliśmy wybrać coś niebanalnego. Pomysłów było kilka: Biskupia Kopa, Pilsko, Jałowiec- wszystkie banalne. Wtedy przyszła nam go głowy Ślęża.

Ślęża to charakterystyczne, wybijające się wzniesienie niedaleko Wrocławia. Bardzo dobrze widoczna z autostrady, sprawia wrażenie samotnej góry. Nic w tym dziwnego- Sudety zaczynają się trochę dalej i choć wyższe, to wybitność Ślęży (duża wysokość względna) robi swoje.

Do wyjazdu byliśmy dość mocno nieprzygotowani- bez mapy oraz świadomości, że odbywać się tam będzie jakiś wyścig, co wyeliminuje nam część szlaków. Ruszamy z parkingu w Sobótce asfaltem. Mijamy przełęcz pod Wieżycą (będąca jednocześnie metą wspomnianego wyścigu) i podchodzimy na Wieżycę. I tu po raz pierwszy zdaję sobie sprawę, że jestem w górach. Podejście na Wieżycę jest całkiem konkretne, ale Staś idzie sam. Kolejny szczyt, który zdobył na własnych nóżkach.

Na Wieżycy robimy dłuższy postój. Miejsce bardzo do tego zachęca- jest stuletnia wieża widokowa (5PLN za wejście- trochę za drogo:/) oraz kilka ławeczek. Widoki z wieży są całkiem przyjemne, najładniej oczywiście prezentuje się nasz cel wyprawy- Ślęża.

wiezyca

Ruszamy dalej. Z Wieżycy schodzi się w dół na kolejną przełęcz, by następnie podejść do góry już na Ślężę. Po drodze mijamy starożytne rzeźby kultowe. Ich powstanie datowane jest na ok. XIIIw. p.n.e. Warto o tym wiedzieć, jest to jeden z najstarszych zabytków w Polsce. Od nazwy Ślęża pochodzi nazwa całego regionu- Śląsk.

Pierwsze co widzimy na szczycie to tłumy ludzi. Co mnie bardzo zaskoczyło dużo ludzi było z małymi dziećmi- nie w wieku Stasia, ale takimi kilkumsiesięcznymi. Większość z nich przyjechała w wózkach. Ciężko mi sobie wyobrazić przejazd wózka po drodze, którą weszliśmy. Okazło się jednak, że wybierając inne trasy nie jest to problemem- z przełęczy Tąpadła na Ślężę prowadzi droga. Na szczycie robimy dłuższy postój, a także oglądamy (oglądamy nie jest najbardziej odpowiednim słowem) kolejną rzeźbę kutową- jest to niedźwiedź dzik.

la

Kolejną atrakcją kościółek, od kilku lat poddawany intensywnej renowacji. Warto do niego wstąpić- w podziemiach zobaczyć można ruiny wcześniejszego grodu, który stał w tym miejscu a także wejść na wieżę. Obie atrakcje kosztują 5PLN, ale zysk przeznaczony jest na pokrycie kosztów prac renowacyjnych.

kociek

Następna i najatrakcyjniesza wieża jest za darmo. Jest to typowa wieża widokowa. Nie polecam wchodzić z plecakiem i w ogóle radzę uważać. Radek wspiął się na górę ze Stasiem, co było naprawdę nie lada wyczynem. Widoki z wieży wynagradzają wszelki trud.

wieza1

widok1

I tak nam ten czas leciał, że zejście rozpoczęliśy dopiero ok. Godziny 16,30. A trochę do przejścia mieliśmy. Nie chcielismy wracać tą samą drogą, dlatego wybraliśmy czerwony szlak, który po dojściu do płaju (Droga Bolka) zmieniliśmy na biegnący nim czarny. Nie stwarzał on żadnych trudności- była to w zasadzie leśna droga.

To już koniec naszej wycieczki- dotarliśmy do parkingu, wsiedli w samochód, zrobili zakupy w pobliskich delikatesach i wrócili do domu. Było późno- z parkingu przed delikatesami odjeżdżaliśmy ok. 19, przed nami było ok. 200km do pokonania. Szkoda, bo po drodze widać było znak na winnicę. Zdarzyło mi sie juz odwiedzić kilka winnic, ale jeszcze nie w Polsce. W internecie znalazłam stronę lokalnego wina Sabat: http://winosabat.pl/. Chyba zacznę zwiedzanie winnicy z perspektywy produktu końcowego;)

Ewa

Najpiękniejszy szlak Małej Fatry

Najbardziej charakterystycznym symbolem Małej Fatry są niewątpliwie poszarpane szczyty Rozsutców- Wielkiego i Małego. Ogromną popularnością cieszą się także Diery- szlaki poprowadzone po drabinkach, mostkach i innych sztucznych ułatwieniach. Nie o tym będzie jednak dzisiaj mowa.

Szlakiem, o którym chciałabym napisać jest przejście grzbietem od przełęczy Snilovskie Sedlo do Starej Doliny, czyli potocznie mówiąc kolejką pod Krywań, a następnie w dół. Jechałam tą kolejką kilka lat temu, choć prawdę mówiąc nie była to dokładnie ta kolejka, a jej starsza siostra, zniszczona przez lawinę błotną. Na przełęcz wiedzie także szlak, ale szczerze odradzam wszystkim pokonywania go na piechotę- jest niesamowicie stromy i nie obfituje w żadne atrakcje. Widoki zaczynają się dopiero powyżej przełęczy.

przelecz

Sama przełęcz jakaś szczególnie atrakcyjna nie jest, zwłaszcza biorąc pod uwagę tłumy turystów wybierających się na Krywań. Krywań jest najwyższym szczytem Małej Fatry, mierzącym ponad 1700m.n.p.m. Ale dzięki wspomnianej już kolejce przewyższenie, które należy pokonać to zaledwie 200m. O skali trudności może świadczyć fakt, że Staś zdobył go samodzielnie, na własnych nóżkach. Widok z Krywania na północ jest jednym z piękniejszych górskich widoków. Lubię określać takie widok jako morze gór. W tym wypadku morze gór stanowi w większości Wielka Fatra.

krywan

Wracając jednak do naszej trasy. Z Krywania zeszliśmy tą sama drogą na przełęcz, następnie udali się w kierunku szczytu o nazwie Chleb. Tu w dalszym ciągu mogliśmy podziwiać widoki, dodatkową atrakcją były szybowce- zdawało się że są tuż nad nami. Ruszyliśmy dalej, w kierunku szczytu Południowy Gruń. Szlak jest typową grzbietówką- góra dół, z niewielką róznicą poziomów. Z racji piękniej pogody podziwiać mogliśmy nawet Tatry, choć w oddali i za lekką mgłą. Za to pięknie prezentował się Wielki Chocz.

grzbiet

Na Południowym Gruniu robimy dłuższy postój. Stąd szczególnie majestatycznie prezentują się Stoh (to jeden z tych szczytów Małej Fatry, na których nie byłam, a na które mam ogromną ochotę) oraz Wielki Rozsutec.

stoh

Postój jest zaplanowany, gdyż na Południowym Gruniu zaczyna sie najtrudniejsza część naszej dzisiejszej drogi i o dziwo nie jest to podejście. Nie wiem jakim cudem przegapiłam to zagęszczenie poziomnic na mapie, w każdym bądź razie nie spodziewałam się aż takiego nachylenia! Śmiało mogę powiedzieć, że nie licząc skalistych, prawie pionowych szlaków oraz ferrat był to najbardziej stromy szlak jaki zdarzyło mi się przejść. W Polsce podobną sławą cieszy się jeden ze szlaków na Lackową (najwyższy szczyt w Beskidzie Niskim). Nie miałam okazji go przejść, ale bazując na opinii Radka nachylenie jest podobne, niemniej Lackowa wypada w tym zestawieniu korzystniej, bo zejście jest krótsze…

Po morderczyn zejściu odzyskujemy siły w Chacie na Gruniu. Wspaniełe miejsce na wycieczkę z dziećmi- jest nawet plac zabaw. No i można sobie kupić nic za 2 Euro;)

nic

Zółty szlak prowadzący z Chaty na Gruniu do Starej Doliny biegnie w lesie. Nie obfituje w żadne fenomentalne widoki, ale można zaobserwować jak potężne są siły natury- na stromych zboczach obserwujemy ogrome ilości materiału skalnego, który niesiony jest wraz wodą spływającą z gór.

Cała trasa, która przeszliśmy była dość wyczerpująca, choć oczwiście warta zachodu. Mniej wytrwałym polecam podzielić ją dwa odcinki: Krywań i Chleb ze zjazdem kolejką oraz wycieczkę ze Starej doliny do Chaty na Gruniu, dla bardziej wytrwalych podejście na Południowy Gruń.

Tak się złożyło, że ta wyieczka była ostatnią podczas tygodnia spędzonego w Małej Fatrze. Pogoda nas nie rozpieszczała- jeden dzień lało tak, że wybraliśmy się jedynie na obiad, a dwa dni chodziliśmy po górach w deszczu. Tym bardziej cieszył nas fakt, że ostatni dzień wykorzystaliśmy na 100% naszych możliwości.

Ewa

Wiedeń wybrane atrakcje

Nie wiem ile dni jest potrzebnych aby zwiedzić wszystkie atrakcje Wiednia, ale 3 to stanowczo za mało! Wiedeń był pierwszym etapem naszych tegorocznych wakacji, a pierwszym etapem Wiednia był Prater. Prater to ogromne, wesołe miasteczko z młyńskim kołem, będącym jednym z symboli Wiednia- od tej atrakcji zaczęliśmy. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 10E, dwulatek bezpłatnie.

prater1
Co do wrażeń, to muszę przyznać że mam mieszane uczucia. Widok na miasto jest przepiękny i oczywiście wart zobaczenia, ale poza tym? Przejażdżka nie jest zbyt emocjonująca, robi się tylko jedno okrążenie i to „czkawką”- koło zatrzymuje się co wagonik, aby wpuścić pasażerów. Nie chciałabym jednak nikogo zniechęcać, to jest moje subiektywne odczucie, a po takich rozreklamowanych atrakcjach często spodziewamy się nie wiadomo czego. Dla mnie najciekawsze w tej przejażdżce okazało się wypatrzenie kolejnej atrakcji- gigantycznej karuzeli łańcuchowej. Nie jestem jakimś szczególnym fanem mocnych wrażeń, ale przejażdżki na wysokości 95m nie potrafiłam sobie odmówić.

Czym byłby Wiedeń bez sznycla po wiedeńsku? Na obiad wybraliśmy się do restauracji leżącej dwie przecznice dalej. Jej opis znaleźliśmy w Internecie, jako restauracji tradycyjnej i serwującej dania w atrakcyjnej cenie. Za dwa drugie dania, zupę oraz piwo zapłaciliśmy niecałe 30E, co jak na warunki wiedeńskie jest ceną bardzo atrakcyjną.

Kolejny dzień spędziliśmy w ogrodzie zoologicznym. Naszym celem były misie panda, ale Stasiowi najbardziej podobały się lemury.

wiede_zoo1
Wiedeńskie zoo jest najstarszym w Europie, niegdyś było to carskie zoo. Niestety jest też horrendalnie drogie- za dwie dorosłe osoby zapłaciliśmy 37E (dwulatek bezpłatnie).

Następnego dnia udaliśmy sie w stronę zabytkowego centrum miasta. Tu warto zaznaczyć, że po Wiedniu najlepiej przemieszczać się komunikacją miejscą, w szczególności metrem. Najlepiej kupić bilet kilkudniowy i korzystać do woli. W Wiedniu brak jest historycznego starego miasta- w połowie XIXw. centrum zostało przebudowane tak, by stać się nowoczesną (jak na owe czasy) metropolią. Wtedy też powstały słynne aleje, określane mianem ringu, przy których mieszczą się najważniejsze budynki jak opera, od której zaczęliśmy. Dalej obejrzeliśmy pozostałe sztandarowe atrakcje Wiednia: katedrę św. Szczepana z obowiązkowym wjazdem na wieżę, zabytkowe kościoły i cerkiew oraz Hofburg- dawną cesarską rezydencję.

wiede2

Największe wrażenie zrobił na mnie barokowy kościół św. Piotra. Kościół ten to kwintesencja baroku, wręcz kapie złotem i ornamentami.

peters_kirche

Hofburg zwiedzaliśmy z audioprzewodnikiem w języku polskim. Wystawa, na którą się zdecydowaliśmy poświęcona była m.in. legendarnej cesarzowej Austrii Elżbiecie Bawarskiej, znanej jako Sissi. Historia Elżbiety niewiele ma jednak wspólnego z lukrowaną opowieścią przedstawianą w filmach. Sympatia Austriaków do cesarzowej też jest raczej wykreowana- za życia nie cieszyłam się ona ani zrozumieniem, ani uznaniem otoczenia, ani miłością poddanych. Legenda, jaka jej dziś towarzyszy jest raczej wynikiem tragicznej śmierci cesarzowej- została zasztyletowana przez włoskiego anarchistę, który po prostu chciał zabić kogoś znanego.

Ostatniego dnia wybraliśmy się do Belwederu- pałacu będącego arcydziełem architektury baroku, mieszczącego obecnie galerię sztuki. Najsłynniejszą częścią tej galerii są obrazy Gustawa Klimta, ze słynnymi „Pocałunkiem” oraz „Judytą”. Powiedziałam sobie, że nie wyjadę z Wiednia, dopóki ich nie zobaczę. Oprócz Klimta zobaczyć można m.in Van Gogha i Moneta, a także jeden z najbardziej znanych portretów Napoleona. Wizytę w Belwederze polecam każdemu, kto choć trochę interesuje się sztuką lub po prostu lubi podziwiać piękno.

belweder

W drodze do samochodu zajrzeliśmy jeszcze do kościoła św. Karola. Zaintrygowała nas monumentalna budowla, choć 16E za wstęp (2 osoby) nieco ostudziło entuzjazm. Koścół ma przepiekny, barokowy wystrój (nie tak piękny i bogaty jak wspomniany już kościół św. Piotra), a jego główną atrakcją są freski. Pomimo że freski zdobią kopułę, dane nam było obejrzeć je z bliska. Otóż w kościele zamontowana jest winda, którą wjeżdża się pod samą kopułę szczytową. Ostatni etap pokonuje się po schodach- 111 drewnianych stopniach. Freski są przepiękne, choć jeszcze większe wrażenie robi spojrzenie z drewnianej platformy w dół oraz świadomość gdzie się znajdujemy.

karls_kirche

Wybierającym się do Wiednia chciałabym polecić tę stronę.

Jest to poradnik gdzie w Wiedniu zjeść niedrogo i smacznie, z którego sami korzystaliśmy. Spróbowanie lokalnej kuchni to dla mnie część zwiedzania, dlatego serdecznie polecam, aby w Wiedniu skusić się na sznycla po wiedeńsku.

Ewa

Wakacje 2017- plany i niespodzianki

Tegoroczne wakacje miałam z grubsza zaplanowane już w lutym. Z inicjatywy moich kuzynów kilka dni mieliśmy spędzić w Wiedniu, a następnie tydzień w Małej Fatrze. Radek śmieje się, że nigdy nie wymyśliłby takiego połączenia, a połączenie okazało się bardzo udane. O Małej Fatrze pisałam już tu, o Wiedniu z planuję osobny wpis. W tym tekście chciałabym napisać o dwóch miejscach, których nie planowaliśmy (albo raczej planowaliśmy tak trochę;)) a okazały się strzałem w dziesiątkę.

Pierwszym punktem na naszej trasie było austriackie miasteczko Poysdorf. Miasteczko leży kilkanaście kilometrów od granicy z Czechami i przebiega przez nie trasa na Wiedeń. Przejeżdżaliśmy przez nie wielokrotnie, jednak nigdy nie było okazji, aby się zatrzymać. Miasteczko samo w sobie jest urokliwe, a dodatkowo słynie z produkcji wina. Dla wielbiciela niemieckich win przystanek obowiązkowy.

poysdorf1

Nasz krótki (ok. 2h) pobyt w miasteczku zaczęliśmy od wizyty w sklepie z winami. No i trzeba przyznać, że trudno nam było coś wybrać- wybór był ogromny.

Ceny win zaczynały się od 6E, a przeważały białe wina wytrawne.W sklepie oczywiście można spróbować wybranych win. My zdecydowaliśmy się na dwa białe, półsłodkie wina, po 9E za butelkę. Jedno próbowałam (było to jedyne półsłodkie wino, które było przewidziane do degustacji), a drugie kupiliśmy w ciemno. Dodatkowo kupiliśmy sok z czerwonych winogorn (traubensaft). Taki sok produkowany w winnicach smakuje zupełnie inaczej niz winogronowe napoje w kartonikach dostępne w naszych sklepach. W 1995 roku, jako dziecko byłam w Niemczech, w Nadrenii- Palatynat, która również jest regionem winnym. Z tamtych czasów zapamiętałam smak winogronowego soku, jakiego nigdy wcześniej i nigdy później nie piłam. I tak właśnie smakował sok z winiarni w Poysdorfie. Polecam każdemu, kto miałby okazję spróbować takiego specjału.

Po zakupach wybraliśmy sie na spacer po miasteczku. Przeszliśmy kilka urokliwych uliczek oraz zajrzeli do kościoła. Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć, które niestety nie oddały uroku tego miejsca, a następnie ruszyli na Wiedeń.

poysdorf2

Drugim miejscem, o którym chciałabym napisać jest Bratysława. Nasza trasa z Wiednia w Małą Fatrę prowadziła przez Bratysławę. Przywnam, że nie byłam szczególnie zachęcona perspektywą zwiedzania miasta, zatrzymaliśmy się po prostu na obiad. Pierwsze wrażenia nie były najlepsze- horrendalnie drogi parking (1,5E za pół godziny) oraz ruch charakterystyczny dla dużego miasta. Otóż nic bardziej mylnego! Bratysława okazała się jednym z najbardziej urokliwych miast, jakie dane mi było odwiedzić.

W informacji turystycznej dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi największymi atrakcjami i tą trasą ruszyliśmy. I tak spacerowaliśmy po nieśpiesznym starym mieście, pełnym urokliwych knajpek oraz sklepików z pamiątkami:

bratysawa1

zaglądali do kościołów:

bratysawa2

i cieszyli się niespieszną atmosferą starego miasta. Podobnie jak w Poysdorfie nasz pobyt nie był dlugi, jednak należał do najprzyjemniejszych oraz najbardziej zaskakującyh momentów naszego urlopu.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni przejechalismy ponad 1000km po trzech krajach. W najbliższym czasie postaram się podzielić wszystkimi wrażeniami, jakie towarzyszą nam po tej podróży.

Ewa

P.S. Jeden z moich czytelników (pozdrawiam Cię, Grzesiu!) powiedział że chętnie widziałby na naszym blogu więcej informacji praktycznych. Postanowiłam więc coś w tym kierunku zmienić, nie chciałabym jednak zatracić formy i założenia jakie wspólnie z Radkiem przyjęliśmy. Dlatego informacje praktyczne, które będę linkować będą praktyczne na swój sposób. Pod tym tekstem chciałabym się podzielić namiarem na winiarnię, w której robiliśmy zakupy- wysyłają do Polski:)

http://shop.weinmarkt-poysdorf.at

Szlakiem zabytków techniki- Bytom i Tarnowskie Góry

Bytomska wąskotorówka jest najstarszą, nieprzerwanie czynną koleją wąskotorową na świecie. Kopalnia srebra w Tarnowskich Górach została niedawno wpisana na listę zabytków Unesco. I choćby z tych powodów koniecznie trzeba o nich napisać, zwłaszcza teraz, w sezonie wakacyjnym.

Kolej wąskotorowa łącząca Bytom z Miasteczkiem Śląskim kursuje w weekendy, w sezonie wakacyjnym. Na stronie stowarzyszenia zajmującego się kolejką znajdziemy rozkład jazdy- obejmuje od okres od końca czerwca do końca sierpnia. Kolejka robi dwa kursy dziennie (tam i z powrotem) i cieszy się naprawdę sporym zainteresowaniem. Przyznam szczerze, że byłam zaskoczona, gdyż pomimo nie najlepszej pogody (całą drogę do Miasteczka Śląskiego padał deszcz) pociąg był pełen. Wybierając się na tę trasę koniecznie trzeba uwzględnić pogodę, gdyż większość wagonów kolejki to wagony letnie.

Dla osób spoza Bytomia ważna informacja. Peronu, z którego odjeżdża wąskotorówka nie znajdziemy na dworcu głównym! Znajduje się on z boku, wejść na niego można schodami od ulicy Zabrzańskiej. Trasa kolejki wiedzie głównie przez tereny zalesione. Sama w sobie nie jest jakaś szczególnie ciekawa, jednak w połączeniu ze słoneczną pogodą możemy liczyć na dużo przyjemnej zieleni. Najciekawszy przystankiem na trasie jest zabytkowa kopalnia srebra w Tarnowskich Górach. Tak się składa, że kopalnię odwiedziliśmy dwa miesiące temu, wspólnie z kuzynem ze Szczecina. Co roku zabieramy go do innej kopalni głęboko wierząc, że właśnie to chciałby zobaczyć na Śląsku.

Kopalnię zwiedza się z przewodnikiem. Pierwsza część zwiedzania to część naziemna (trochę wystaw, historii regionu i projekcji multimedialnych), następnie zjeżdża się ok 40m pod ziemię. Jak to w kopalni- oglądany wyrobiska, spacerujemy chodnikami, a w tym przypadku płyniemy także łodziami.

kopalnia

Nie da się tego porównać z Guido- inna skala, inna kopalnia, inne problemy. Wszystko tu jest inne.

Dodatkową atrakcją jest część naziemna, obejmująca skansen kolejowy.

skansen

Wracając jednak do prawdziwej kolejki wąskotorowej. Kolejnymi stacjami są Tarnowskie Góry (jeden z największych węzłów kolejowych w Europie i wierzcie mi- jest moment, w którym to widać) oraz dwie stacje przy zalewie Chechło- Nakło. To własnie tu, w upalne dni zmierza większość mieszkańców Bytomia i Tarnowskich Gór. Ostatnią stacją jest Miasteczko Śląskie. Trudno chyba lepiej oddać charakter tego miejsca- ot miasteczko. Tym, co zasługuje na szczególną uwagę jest Kościół św. Anny. Pochodząca z 1666 roku drewniana budowla jest pięknie utrzymana i robi ogromne wrażenie. Charakterystyczne dla budowli są drewniane soboty, których nie widuje się często, nawet w starych drewnianych świątyniach.

miasteczko_slaskie

Wnętrza nie fotografowałam, bo akurat trafiliśmy na nabożeństwo, ale mogę powiedzieć że jestem pod wrażeniem. Przywykłam do oglądania tej klasy zabytków gdzieś w górach, a nie w tak niedalekiej, przemysłowej okolicy.

W Miasteczku Śląskim nasz pociąg stoi ok. 1,5h po czym wraca do Bytomia.

Za nami połowa wakacji- czy tylko mnie czas mija tak szybko? Może więc warto zaplanować w następny weekend zwiedzanie śląskich atrakcji? Nawet się nie obejrzymy, jak minie 27 sierpnia a z nim ostatni kurs kolejki w tym roku. Nie ma na co czekać- czy w trakcie urlopu czy nie, warto skorzystać z lata, nawet spędzając je w mieście.

Ewa

Co nowego na Szyndzielni?

Czy w środku wakacji, w przepiękną pogodę Szyndzielnia, na którą wjechać można kolejką linową z centrum dużego miasta jest dobrym wyborem? Można by dyskutować. Dla nas jednak okazała się nie najgorszym, a dodatkowo zaskakującym. Dlaczego?

Zacznę od zagadnień praktycznych- parking dozorowany, 10PLN za cały dzień, ok. 800m od kolejki. Ruch typowy dla pięknej niedzieli, a więc ogromny. Kiedyś, kiedy jeszcze Stasia nie było na świece nie bywaliśmy w górach w letnie weekendy. Pogoda nie była wówczas aż tak dużym ograniczeniem, byliśmy także bardziej elastyczni. Cóż, zmiany.

Ruszyliśmy z parkingu w górę, szlak wybrał Staś. Początkowo zakładaliśmy że pójdziemy drogą (a więc szlakiem czerwonym), o najmniejszym nachyleniu tak by Staś mógł zasuwać samodzielnie. Skończyło się na szlaku zielonym, co okazało się dobrym wyborem gdyż w pierwszej części, do przełęczy Dylówki, na której schodzą się trzy szlaki spotykaliśmy pojedyncze osoby, a jedną z nich okazał się być kolega Radka z technikum.

szyndzielnia

Ale mało być o niespodziankach. Tak więc było ich kilka. Po pierwsze przed schroniskiem na Dębowcu jest ciekawy plac zabaw. Jak długo tam jest? Nie mam pojęcia, my go wcześniej nie zauważyliśmy. Mijaliśmy go z niemałym lękiem, obawiając się że będziemy musieli spędzić tu cały dzień. Niemniej dla kogoś, kto ma małe dziecko, a nie chce spędzić kolejnego dnia na ławeczce przy piaskownicy w samym środku blokowiska jest to kusząca perspektywa na sobotę/ niedzielę.

Kolejną rzeczą, która nas zaskoczyła były jakieś dziwne drogi odchodzące od szlaku. Miały oznaczone skrzyżowania, a w miejscach gdzie dobijały do szlaku drewniane barierki. Dodatkowo oznaczone były zakazem przejścia. Trochę nas to nurtowało.

rowery

Okazało się, że to górskie szlaki rowerowe Enduro Trails. Po krótce chodzi o to, że wjeżdżasz na górę z rowerem kolejką, a potem zjeżdżasz na wariata, prując po lesie. Dobry pomysł- rowerzyści są odseparowani od pieszych i nie stwarzają takiego zagrożenia, jakiego doświadczyliśmy np. kilka lat temu na Turbaczu.

Mieliśmy ambitny plan dotarcia na szczyt, skończyliśmy jednak na górnej stacji kolejki linowej. Pomysł okazał się o tyle trafiony że odpoczęliśmy pijąc kawę, a Staś w tym czasie zrobił kilkadziesiąt okrążeń wokół naszego stolika. I tu niespodzianka nr 3- wieża widokowa. Za 4 PLN od osoby można wspiąć się na stalową wieżę i podziwiać panoramę okolicy. Nie są to co prawda najpiękniejsze górskie panoramy, ale widok jest całkiem ciekawy, dodatkowo są zdjęcia z opisami tego co widzimy. Najłatwiej oczywiście rozpoznać najbliższą okolicę- Bielsko, Beskid Mały z Hrobaczą Łąką i Magurką czy zbiornik Goczałkowicki. Pięknie widać Babią Górę, a pomiędzy Babią i Pilskiem powinny być widoczne Tatry. Dziś niestety nie były, ale i tak można było nacieszyć oko.

beskid_may

babia

wieza

Tłumy ciągnące od górnej stacji kolejki na szczyt Szyndzielni ostatecznie przekonały nas że trzeba wracać. Pierwszą część drogi w dół pokonaliśmy zielonym szlakiem, by następnie przerzucić się na szlak niebieski. Pomysł ten miał zalety- ominęliśmy Dębowiec z placem zabaw, ale miał też wady- szlak był stromy, a my podmęczeni i z obciążeniem (by nie rzecz bezcennym ładunkiem). Przy dolnej stacji kolejki zrobiliśmy sobie jeszcze chwilę przerwy korzystając ze znajdujących się tam ławeczek, następnie ruszyli asfaltem w dół, który to odcinek Staś pokonał na własnych nóżkach. Wsiedliśmy do samochodu i po godzinie z kwadransem wysiedli w Zabrzu. I właśnie ta „godzina piętnaście” była ostatnim decydującym argumentem, który ostatecznie pokazał że warto było się tu wybrać- nawet w zatłoczoną niedzielę.

Ewa

Spacer po Salsburgu

Dzisiaj tekst trochę sentymentalny. Otóż dwa lata temu wróciliśmy z pierwszej z zagranicznych wojaży Stasia. Tydzień spędziliśmy w Austrii, w okolicach Salsburga. Jest to przepiękny rejon, a o niektórych atrakcjach pisałam już tu i tu. Dziś tak mnie jakoś naszło, aby przypomnieć sobie sam Salzburg, zwłaszcza że to przepiękne miasto, wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco.

salzburg_1

Zacznę od kwestii organizacyjnych, mianowicie parking. Zaparkować w centrum Salzburga to żaden problem- są duże wielopoziomowe parkingi. Trzeba jednak liczyć się z opłatą rzędu kilkunastu euro za kilka godzin postoju. Coś za coś.

Spacer zaczęliśmy od kościoła św. Kajetana. Dalej nasza trasa wiodła w stronę ścisłego centrum, skąd podziwiać można najbardziej charakterystyczny dla Salsburga budynek- twierdzę Hohensalzburg.

salsburg

Twierdzę można zwiedzać- na górę wjeżdża się kolejką, a bilety kosztuję ok. 10E. My zwiedziliśmy jedynie znajdujące się na dole katakumby. I gdybym w tym miejscu miała podsumować wycieczkę po Salzburgu w dwóch słowach, to byłyby to słowa: kościoły i Mozart. Kolejnymi odwiedzanymi przez nas kościołami były:

Kościół św. Piotra:

kosciol_sw_piotra

Katedra św. Ruperta:

katedra

Kościół franciszkanów- na tle poprzedników raczej skromny, ale ciekawy, bo będący połączeniem różnych stylów architektonicznych:

franciszkanie

Największym zainteresowaniem turystów nie cieszy się jednak ani twierdza ani kościoły, a dom, w którym urodził się Wolfgang Amadeusz Mozart.

mozart

Okolice domu Mozarta to także największe nagromadzenie sklepów z pamiątkami- począwszy od zapakowanych w sreberka z podobizną Mozarta czekoladek marcepanowo- nugatowych (podobne można dostać u nas w Lidlu), skończywszy na sprzedawanych tu przez cały rok ozdobach choinkowych, których ceny zaczynają się od 20E za bombkę. Poprzestaliśmy na zakupie czekoladek.

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy były ogrody pałacu Mirabell:

mirabell

Piękne, ale niesamowicie tłoczne.

Biorąc pod uwagę ile Salsburg ma do zaoferowania to zwiedziliśmy naprawdę niewiele- stąd też tytuł tekstu: spacer. Pogoda nie rozpieszczała, a duży wózek nie ułatwiał przemieszczania (choć zależy komu, niespełna 8- miesięczny wówczas Staś był zadowolony). Niemniej zostały nam z tego wyjazdu bardzo miłe wspomnienia, którymi mam nadzieję udało mi się podzielić.

Ewa

Chorwacja

Refleks ostatnio nie jest moją mocną stroną, stąd relacja z naszego majowego weekendu pojawia się w czerwcu. W planach mieliśmy czeskie Karkonosze, pogoda jednak skłoniła nas do zmiany. Ponieważ decyzje podjęliśmy w ostatniej chwili, żaden lot nie wchodził w grę. Wiedzieliśmy że ze Staśkiem podróż samochodem nie może przekroczyć 12 godzin, stąd właśnie wziął się pomysł na Chorwację i Riwierę Opatijską. Zarezerwowaliśmy apartament w miejscowości Lovran, spakowali się po dach i ruszyli na południe.

chorwacja

W sumie w Chorwacji spędziliśmy 5 pełnych dni. Z jednej strony był to wystarczający czas aby poznać okolicę w której mieszkaliśmy, z drugiej odczuwam ogromny niedosyt samej Chorwacji. Jest to kraj mocno zróżnicowany, w tym krótkim tekście mogę napisać jedynie o niewielkim kawałku wybrzeża, który udało się nam zobaczyć.

Zacznę od historii. Początki turystyki w tym rejonie sięgają XVIIIw. Okres jej największego rozkwitu to wiek XIX, kiedy to Opatija staje się najpopularniejszym kurortem w Austro-Węgrzech- wypoczywa tu sam cesarz Franciszek Józef. Z tego okresu pochodzą charakterystyczne dla regionu wille wraz z najsłynniejszą willą Angiolina:

opatija

Dzisiejsza Opatija to miejscowość nastawiona na turystów- ładna, dobrze zorganizowana, pełna eleganckich hoteli i restauracji. Biorąc pod uwagę jak niesprzyjający jest to teren (strome zbocza gór Dynarskich i wąski „pasek” płaskiego wybrzeża) zorganizowanie sprawnej komunikacji czy miejsc parkingowych jest nie lada wyzwaniem, a w lecie podejrzewam dużym problemem. Stąd moja rada- unikać szczytu sezonu.

Miejscowością, w której się zatrzymaliśmy był Lovran. Centrum miasta to średniowieczne miasteczko, o uliczkach szerokości naszych chodników:

lovran

Najsłynniejszym średniowiecznym miasteczkiem okolicy są Moszczenice. Miasteczko jest to o tyle ciekawe, że nie leży bezpośrednio nad morzem, tylko dość wysoko na górskim zboczu. Każdemu, komu uda się tu trafić polecam odwiedzić muzeum, w szczególności część poświęconą produkcji oliwy z oliwek. Na zdjęciu widać koło do miażdżenia oliwek, obok zaś kwiaty posadzone w naczyniach, które niegdyś służyły do przechowywania oliwy.

moszczenice1

Najpiękniejszym (w naszym ma się rozumieć odczuciu) jest miasteczko Brsec. Leży najbardziej na południe ze wszystkich opisanych powyżej miejscowości i jest oczywiście średniowiecznym miasteczkiem ze schodkami, bramami, starymi kościołami oraz wszystkimi cechami, które średniowieczne miasteczka mają.

brsec1

Najbardziej wyjątkowy jest kościół Marii Magdaleny:

kosciol_mm

Znajduje się on poza miasteczkiem- na urwisku, z którego rozpościera się przepiękny widok na malowniczą zatoczkę. Tu warto dodać, że Adriatyk jest naprawdę piękny- spokojny, czysty, w kolorze głębokiego błękitu.

Zastanawiam się komu szczególnie mogłabym polecić te okolice i przychodzą mi na myśl dwie grupy ludzi. Po pierwsze- rodziny z dziećmi. Wzdłuż wybrzeża biegnie 11km promenada im. Franciszka Józefa, którą spokojnie można przejść z wózkiem (my tak zrobiliśmy). Dodatkowo sporo jest placów zabaw. Drugą grupą, której mogę polecić to miejsce są osoby starsze, nie nastawione na bardzo długie spacery czy inne ekstremalne wyprawy. Miejscowości takie jak Lovran czy Moszczenica Draga są wręcz stworzone po to, by usiąść w nadmorskiej restauracji, delektować się lampką wina oraz cieszyć widokiem na Adriatyk i delikatną morską bryzą.

Ewa

Niedzielne popołudnie na Błatniej

Ostatnią niedzielę spędziliśmy w Beskidzie Śląskiem, a konkretnie na Błatniej. Przy okazji policzyłam, że jest to najczęściej odwiedzany przez nas szczyt. Nie mam pewności ile dokładnie razy weszliśmy na Błatnią, ale było to co najmniej 7. Stasiek natomiast zdobył ten szczyt dwa razy, choć słowo zdobył jest tu nieznacznie na wyrost. Doszłam do wniosku, że warto poświęcić wpis miejscu, w którym bywamy najczęściej.

Biorąc pod uwagę ilość ludzi na szlaku oraz samym szczycie nie jesteśmy jedynymi wielbicielami tego miejsca. W ostatnią niedzielę było tu naprawdę tłoczno. Nie wiem co kierowało innymi turystami, ale dla nas Błatnia jest tak naprawdę najbliżej położonym szczytem- leży w północnej części Beskidu Śląskiego, a dojazd samochodem zajmuje ok. 1,5h. Wybraliśmy trasę zielonym szlakiem z Brennej, która jest jedną z ładniejszych. Już sama Brenna wyróżnia się na tle innych miejscowości Beskidu Śląskiego- nie jest miejscowością przelotową, co powoduje to, że ruch samochodowy ogranicza się do ruchu lokalnego. Szlak, na który się zdecydowaliśmy początkowo biegnie asfaltem, później przechodzi w polną drogę. Charakterystyczne jest to, że bardzo szybko opuszczamy wieś i pomimo niewielkiej wysokości na jakiej się znajdujemy widoki są wspaniałe- przed nami kwitnące łąki, nieco dalej zalesione wzgórza.

naszlaku

Po ok. 50 minutach do zielonego szlaku dobija czarny- prowadzi on z samego centrum miejscowości, dlatego ilość ludzi na szlaku znacznie wzrasta. I tu muszę po raz kolejny przyznać, że ilość ludzi w ostatnią niedzielę bardzo mocno nas zaskoczyła. Błatnia była i jest popularnym szczytem, ale takiej ilości ludzi, podczas naszych co najmniej 7 poprzednich wejść jeszcze nie widziałam. Większość stanowiły oczywiście rodziny z dziećmi. To może być kolejny powód popularności tego szczytu- podejście jest przyjemne i niezbyt strome, w sam raz dla dzieci.

Warto także wspomnieć o samym schronisku pod szczytem. Jest to jedno z bardziej zadbanych schronisk w polskich górach, serwuje także smaczne jedzenie. Tym razem nie zdecydowaliśmy się na nic, gdyż odstraszyła nas kolejka do baru, niemniej jest to miejsce gdzie kuchnię można spokojnie polecić. Ze schroniska już tylko rzut beretem na szczyt. Tym razem wybrał się tam tylko Radek, ja zadowoliłam się jego zdjęciami:

szczyt

Na szczycie spotykają się szlaki, a te prowadzą na Błatnią ze wszystkich stron. Podejść można z Jaworza Nałęża (grzbietówka, bardzo lubiana przez Radka), Jaworza Górnego, Wapienicy (okolice zapory na rzece Wapeinica), a także grzbietem z Szyndzielni i Klimczoka (tej trasy akurat nigdy nie przeszłam). Do tego dochodzi kilka szlaków nie-PPTKowskich jak np. szlak szklany.

Dla mieszkańców Śląska Błatnia jest w zasięgu ręki (i nogi- wejście jest naprawdę proste) także zachęcam, aby skusić się na sobotni bądź niedzielny wypad.

Ewa