Miłe w Szczyrku wiosny początki

Każdy, kto zna mnie choć trochę bądź czyta ten blog regularnie wie że nie jestem miłośnikiem Szczyrku. Dałam temu wyraz m.in. w tym artykule. Skąd więc pomysł aby wiosnę 2017 przywitać właśnie tutaj? Otóż nie zachęcił nas sam Szczyrk, a idealna jak dla naszej trójki trasa. Wybraliśmy podejście na Klimczok z Sanktuarium MB (obok hotelu Orle Gniazdo). Trasa ta powinna zająć ok. 1,5h, różnica poziomów to ok. 300m.

sanktuarium

Założyliśmy, że wyprawę zakończymy w schronisku „Klimczok”. Ciekawostką jest, że schronisko „Klimczok” w rzeczywistości znajduje się na sąsiedniej Magurze. Samo podejście było dość przyjemne i niezbyt męczące. Połowa trasy wiedzie drogą, druga połowa to niestety straszne błoto- ale to są własnie uroki wczesnej wiosny. Zdecydowaliśmy również aby nie brać nosidła i był to strzał w dziesiątkę, gdyś Staś większość drogi przebył na własnych nóżkach. Trasa okazała się bardzo widokowa- całą drogę towarzyszył nam przepiękny widok na Skrzyczne.

skrzyczne

Chciałam jednak napisać o czymś innym, mianowicie od samym Szczyrku. Szczyrk się zmienił i to zdecydowanie na lepsze. Jak się tak nad tym zastanawiam, to nie ma się co dziwić- od czasu gdy spędzałam tu ferie z rodzicami minęło kilkanaście lat. Przez ten czas powstały restauracje (ja pamiętam czasy kiedy nie było nic), hotele SPA (tych akurat jest teraz wszędzie pełno) a infrastruktura narciarska uległa częściowej modernizacji (z naciskiem na słowo częściowej). Nie to jednak spodobało mi się w Szczyrku. Spodobała mi się panująca tu atmosfera odpoczynku, którą dało się odczuć zarówno mijając innych turystów na trasie, jak i obserwując centrum miejscowości. W porównaniu z niedalekimi Ustroniem czy Wisłą oraz innymi miejscowościami goszczącymi turystów przez cały rok Szczyrk był taki nieśpieszny. Wspomniana Wisła kojarzy mi się głównie z korkami, Ustroń z tłumem przypadkowych gości wjeżdżających samochodami na Równicę, a Zakopane z tak ogromną ilością billboardów przy drodze że mogłyby spokojnie zastąpić ekrany dźwiękochłonne. W tym towarzystwie Szczyrk wypadł bardzo korzystnie, co było la mnie- zrażonej wiecznym grodzeniem stoków narciarki niemałym zaskoczeniem.

W czasie naszej wycieczki dłuższą chwilę spędziliśmy w schronisku. Poznaliśmy panią, która przyjechała do Szczyrku na weekend, zachęcona bardzo atrakcyjną ofertą jednego z dużych hoteli SPA. To, podobnie jak wcześniejsze obserwacje uświadomiło mi, że może zbyt wcześnie skreśliłam Szczyrk na turystycznej mapie Polski. Widać, że lokalna społeczność walczy o klienta. Dajmy im więc szansę i wybierzmy się do Szczyrku, zwłaszcza że dobry dojazd jest naprawdę kuszący.

Ewa

Chopok narciarską porą.

Po zeszłorocznym majowym weekendzie spędzonym na słowackim Chopoku byłam przekonana że wrócę tu zimą. Pod koniec października, moje przekonanie nabrało kształtu- zarezerwowaliśmy pobyt w hotelu Sorea, znajdującym się w samym sercu ośrodka narciarskiego. Pogoda zapowiadała się wspaniała, ośrodek wciąż podnosi standardy, dojazd znany i ogólnie niekłopotliwy tak więc czy coś może pójść nie tak? No cóż, jak mówi prawo Murphy`ego- jeżeli coś może się nie udać, to się nie uda.

Po tym jakże optymistycznym wstępie;) kilka przepięknych widoków, autorstwa Radka:

widok_11

widok_2

widok_31

 Pięknie, prawda? Wracając jednak do tego co poszło nie tak- większość czasu spędziłam leżąc z gorączką. Piątego dnia pobytu wyszliśmy ze Staśkiem na krótki spacer. W zasadzie nawet ciężko nazwać to spacerem, wyszliśmy przed hotel.

spacer

Ja sama na nartach stanęłam dwukrotnie- w przeddzień oraz w dzień wyjazdu do domu. Okazało się że jak zwykle mamy z mężem inny gust;) i jego ulubione trasy nie stały się wcale moimi ulubionymi. Radek szczególnie upodobał sobie trasę nr 5, prowadzącą do Zahradek. Ja natomiast wolałam trasę nr 10 i kolejkę gondolową. Zdecydowanie doceniam tę formę transportu narciarza, podczas której można naprawdę odpocząć, zdjąć rękawice i gogle a także podziwiać widoki.

Jeżeli chodzi o sam ośrodek. Czytałam trochę opinii w internecie i o dziwo jest sporo negatywnych. Że drogo, że trasy nieprzygotowane, że ratraków nie ma, kolejki nie kursują, trasy są oblodzone itp. Ja ośrodek oceniam bardzo pozytywnie- trasy były świetnie przygotowane, kolejki kursowały (z jednym małym wyjątkiem), a oblodzona była tylko trasa ze szczytu (tak mówił Radek, ja nie jechałam). Niestety jest drogo. To w zasadzie jedyny poważny zarzut pod adresem ośrodka. Karnet tygodniowy dla jednej osoby to ok. 200E. Karnetami nie wolno się wymieniać, bo ośrodek je blokuje. Karnet jednodniowy to wydatek 38E. Drogo, za drogo.

Wracając do tras. Nie czułam się na siłach, aby stanąć na trasie czerwonej, jednak przez nieuwagę zaliczyłam dwie takie trasy. Pierwszą z nich była 11- wymęczyła mnie straszliwie, drugą natomiast 12, która (i tu miła odmiana) okazała się bardzo przyjemna. Być może to dlatego że nie przejechałam całej- pod koniec odbiłam na niebieską 12a, co okazało się bardzo dobrym wyborem. Moja ulubiona 10 w jednym miejscu rozgałęzia się na czerwoną 10a. Nie pokusiłam się o zjazd, natomiast zaliczył go Radek. I tu z kolei on był wymęczony. Nie miałam niestety okazji zjechać niebieską trasą 7a (trasa jest przy orczyku, a orczyki chodzą bardzo rzadko- tylko wtedy gdy warunki atmosferyczne nie pozwalają na uruchomienie krzesełek), ale bazując na opisie Radka trasa jest bardzo przyjemna i godna polecenia. Bardzo przyjemnie wspominam trasę 5a- pewnie większości narciarzy wyda się ona nudna, ale ja takie lubię. Warto też wspomnieć o oświetlonej 13- właśnie ze względu na fakt że jest oświetlona (poza tym nie oferuje nic specjalnego) oraz o trasie ze szczytu, którą pomimo oblodzenia z pewnością warto zjechać, a ja bardzo żałuję, że nie było mi to dane.

Nie pojeździł także Staś- nie nastawialiśmy się na to, uważamy że jeszcze nie czas. Co prawda, w jakimś artykule o Austrii przeczytałam, że na nartach stają już dwulatki, wydaje mi się że to jednak za wcześnie. Myślę że będzie to wyzwanie na przyszły rok, kiedy to mam nadzieję również wybierzemy się na Chopok.

Ewa

 

Na jesienne wieczory- najpiękniejsze górskie widoki

Wspominaliśmy wczoraj wakacje. Od słowa do słowa rozmowa zainspirowała mnie to tego tekstu, którego tematem będą najpiękniejsze górskie widoki.

Mam w pamięci kilka takich obrazów, które chciałabym dziś przywołać i pokazać. Widoki te zrobiły na mnie niesamowite wrażenie.

Widok z Okrąglicy (Trzy Korony w Pieninach) na Sromowce Wyżne:

okraglica

Po prostu piękny. Pamiętam że gdy pierwszy raz zobaczyłam ten widok wydawał mi się nieco nierealny. Coś jakby zbyt piękne aby było prawdziwe.

Pozostając przy Pieninach nie można zapomnieć o najsłynniejszej sośnie w Polsce:

sokolica

Pieniny to najpiękniejsze góry w Polsce, maja tylko jedną, jedyną wadę. To bardzo małe góry, cały łańcuch Pienin Właściwych przejdziemy w jeden dzień.

Zostawiamy Pieniny i przenosimy się nieco na południe. Tatrzańska klasyka, czyli widok z Orlej Perci na Tatry Wysokie:

orla

Długo zastanawiałam się, który z tatrzańskich widoków zrobił na mnie największe wrażenie. Trochę tych miejsc było. Kiedyś usłyszałam zdanie, że najpiękniejsze widoki nie są wcale z najwyższych gór. Szukając najpiękniejszego tatrzańskiego widoku muszę przyznać że to się u mnie sprawdziło. Nie z najwyższych gór, a na najwyższe góry.

A skoro już jesteśmy przy Tatarch, nie sposób nie wskazać tu zimowego widoku ze Świstówki Roztockiej:

lodowy

A teraz coś z mojego bliższego podwórka, widok z Równicy (Beskid Śląski):

rownica

Zapamiętany przeze mnie z perspektywy ośmiolatki. Stając pierwszy raz w życiu na szczycie Równicy i mając przed oczyma powyższy obrazek pomyślałam sobie- ojej, ile gór! Gdy stanęłam tam kilka lat temu, potrafiłam większość z nich nazwać i przypomnieć sobie kiedy na nich byłam.

Na koniec proponuję widok z Ćwilina (Beskid Wyspowy):

cwilin

Podczas naszego ostatniego pobytu w Beskidzie Wyspowym Radek zaproponował Ćwilin. Nie byłam przekonana do zapewnień o pięknych widokach- byliśmy już przecież na Ćwilinie! Jak się jednak zastanowiłam nad tym trochę głębiej, to przypomniało mi się, że w czasie mojego pierwszego wejścia na Ćwilin lało niemiłosiernie a widoczność nie przekraczała 10m. Jedyne co dobrze widziałam to mgła. Na powyższym zdjęciu widać, ile mogłabym stracić nie powtarzając tej wyprawy.

I może to właśnie jest idealnym zakończeniem dzisiejszego wpisu. Czasem warto wybrać się w miejsce, które nam całkowicie nie zapadło w pamięć. Kto wie, może w innym świetle wygląda zupełnie inaczej?

Ewa

Jesienny spacer po Zabrzu

Za moim oknem wirują pierwsze płatki śniegu. To chyba ostatni moment na wspomnienie złotej polskiej jesieni, która w tym roku wydała mi się niezwykle krótka. W zasadzie był to jeden październikowy weekend. Weekend, w czasie którego przespacerowaliśmy się po centrum Zabrza. Choć pogoda do spacerów nie zachęca, pewne elementy naszego spaceru można powtórzyć o każdej porze roku.

Cóż może być ciekawszego z perspektywy dwulatka niż fontanna? Otóż jest taka rzecz, a mianowicie łatwo dostępna fontanna.

fontanna

Mieszkańcy Zabrza z pewnością rozpoznają miejsce na zdjęciach- to okolice pomnika Wincentego Pstrowskiego. Ustrój się zmienił, a Pstrowski w Zabrzu w dobrej formie. Z czasów liceum pamiętam że okolice to wyglądały trochę mniej atrakcyjnie. Obecnie jest wspomniana fontanna, trochę górniczych maszyn, ławeczki i Pstrowski oczywiście.

pstrowski

Korzystając z bliskości zajrzeliśmy do Muzeum Górnictwa Węglowego.

muzeum

Byłam tu dwukrotnie: jako dziecko z wycieczką szkolną oraz w czasach studenckich na przedstawieniu w Sali Witrażowej. W niedzielę wstęp do muzeum jest bezpłatny, Staś nie wykazywał znudzenia, więc postanowiliśmy obejrzeć ekspozycję. Jedną z pierwszych zwiedzanych sal, jest sala multimedialna, w której pokazywana jest burza karbońska. By lepiej oddać warunki atmosferyczne w jakich tworzył się węgiel, są błyskawice, grzmoty, huki a nawet wiatr. Pani, która była pracownikiem muzeum wyraziła niepokój o Staśka. Ten jednak, po zakończonej projekcji z radosnym uśmiechem zawołał: jeszcze, jeszcze! Stąd wniosek, że muzeum powinno spodobać się każdemu w wieku od 2 lat;). Dodatkowo rzeczą godną obejrzenia jest sam budynek muzeum. Jest to dawny budynek starostwa. Warto zwrócić uwagę na klatkę schodową oraz przepiękne kaflowe piece. No i najważniejsze- Salę Witrażową. Jak udało mi się dowiedzieć, sala urządzona jest w stylu wczesnego gotyku skandynawskiego. Niestety, nie mieliśmy przy sobie aparatu, a telefon, którym robiłam wcześniejsze zdjęcia rozładował się całkowicie.

Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu nie jest jakimś szczególnie znanym, muzeum na Śląsku. Planowany jest generalny remont, a właściwie całkowita przebudowa obiektu. Jak będzie zobaczymy, jednak z tego co udało mi się dowiedzieć bardzo mocno zmniejszona będzie przestrzeń przeznaczona na ekspozycje muzealne. Może więc nie ma co czekać i wybrać się już dziś?

Ewa 

 

Jak wybrać się na Maderę?

Madera jest jednym z piękniejszych miejsc jakie miałam okazję zobaczyć. Jest też destynacją, którą mogę polecić każdemu. Dziś chciałabym poruszyć kilka kwestii organizacyjnych.

Zacznę od tego, że my zdecydowaliśmy się na zorganizowany wyjazd z biurem podróży. Jest to opcja najwygodniejsza, ale i najdroższa. Potrafi być też ograniczająca np. przez godziny posiłków w hotelu. Aby się od tego uwolnić, wybraliśmy dwa posiłki i takie rozwiązania polecam. Idealny byłby nocleg ze śniadaniem, tak by kolację zjeść w jednej z uroczych knajpek na mieście, ale ze Staśkiem byłoby to utrudnienie.

machico

Na zdjęciu powyżej, w lewym dolnym rogu nasz hotel- Dom Pedro Baia, w miejscowości Machico. Nie byłam zbyt optymistycznie nastawiona do wizji spędzenia dwóch tygodni w bloku, ale nie mieliśmy wyboru. Planowaliśmy lecieć z biurem podróży Itaka, które nas niestety wystawiło (zdecydowanie odradzam to biuro) na chwilę przed wylotem. Zostaliśmy na lodzie. Trzeba było brać co jest, a był tylko ten hotel. Ale nie ma tego złego- zarówno miejscowość jak i hotel okazały się doskonałym wyborem dla rodziny z małym dzieckiem chcącej zwiedzić wyspę. Machico to całkiem spore miasteczko, dawna stolica wyspy. Do lotniska jest 5 minut (dla nas to plus) a samoloty nam nie przeszkadzały- wręcz przeciwnie, potrafiły zaabsorbować Staśka na dłuższą chwilę. W centrum znajduje się kilka starych kościołów i sporo przyjemnych knajpek. Ewenementem jest piaszczysta plaża- na Maderze nie ma plaż z białym piaskiem. Ten w Machico jest przywieziony z Sahary.

plaza

Kąpielisko jest bardzo przyjemne. Spokojnie można spędzić tu urlop plażując i popijając maderę (tutejsze deserowe wino). Plażowiczom polecałabym jednak inny zakątek, a mianowicie rejon Ponta do Sol. To najbardziej słoneczna część wyspy, tam również znajduje się plaża z „importowanym piaskiem”.

Wróćmy jednak do Machico. Jego kolejnym atutem jest komunikacja. W ogóle komunikacja we wschodniej części wyspy jest najlepsza. W pozostałych rejonach autobusy jeżdżą 3 razy dziennie. Do Funchal można dojechać expresem (jedzie autostradą) ale za pierwszym razem radzę przejechać się zwykłym busem. Podjazdy, zakręty, serpentyny a przede wszystkim widoki- to wszystko trzeba zobaczyć! Ale tylko raz, bo choroba lokomocyjna objawia się także u tych, którzy normalnie jej nie mają.

Aby zwiedzić całą wyspę konieczny jest samochód. Najpopularniejszy samochód tutaj to białe Renault Clio. Tak na moje oko to 40% jeżdżących tu samochodów jest tej marki. Nam udało się wypożyczyć wysłużonego nissana micrę. To był dobry wybór (należy wystrzegać się dużych samochodów!!!). Korzystaliśmy z wypożyczalni hotelowej, gdyż w Machico nie ma specjalnej alternatywy. Jeżeli decydujemy się na Funchal, to z pewnościa wybór będzie. Najlepiej jednak, wybrać sie na Maderę na własną rękę i wypożyczyć samochód już na lotnisku rezerwując go uprzednio przez internet.

gory

I tu własnie docieramy do sedna. Madera jest wręcz stworzona do zwiedzania jej na własną rękę. Stojąc na Pico Ruivo (najwyższy szczyt wyspy, 1862 m n.p.m, zdjęcie z lewej, prawe zdjęcie wykonane jest na Pico Arieiro) i obserwując ukryte w dolinach wioski dyskutowaliśmy o tym, jakby to było zatrzymać się na dwie doby w takim małym hoteliku, w centrum wyspy. Na początku tekstu napisałam, Maderę polecam każdemu. Podtrzymuję te słowa, ale chciałabym jeszcze dodać że szczególnie polecam ją osobom, które nastawione są na aktywne i nieszablonowe zwiedzanie. Jeżeli zdecydujemy się powtórzyć podróż na Maderę, to w biurze podróży wykupimy jedynie lot, a hotel zarezerwujemy na dwa noclegi. Reszta zaplanuje się w trakcie pobytu sama.

Ewa

Madera, najpopularniejsze atrakcje

Relację z Madery rozpoczęłam od opisania miejsc, które na mnie osobiście wywarły największe wrażenie. Dzisiejszy wpis chciałabym poświęcić najpopularniejszym i najbardziej znanym atrakcjom wyspy. Jedno z nich, Ponta do Sao Lourenco zostało opisane w poprzednim tekście. A co poza tym?

Rabacal

Pod tą nazwą kryje się najpopularniejsza na Maderze lewada. Cóż to takiego? Lewada to kanał nawadniający. Woda z górskich, obfitujących w opady terenów dostarczana jest lewadą (czyli wybudowanym przez człowieka kanałem) na znajdujące się niżej tereny rolnicze. Jak wszystkie budowle hydrotechniczne lewady wymagały napraw i konserwacji. Dlatego wzdłuż każdej lewady biegnie ścieżka. Dziś lewady są głównie atrakcjami turystycznymi. Rabacal i szlak prowadzący do miejsca o nazwie 25 Fontann uważany jest za najpiękniejszą lewadę.

25_fontes2

W istocie jest to piękne miejsce, ale strasznie tłoczne- bycie naj zobowiązuje. Z pewnością zrobi wrażenie na osobach nie mających zbyt dużego górskiego doświadczenia oraz na tych, którym stan zdrowia nie pozwala na zapuszczenie się w wysokie góry (lewady ze względu na niewielkie nachylenie są łatwo dostępne). Niemniej dla osób chodzących po górach będzie to miejsce równie piękne jak tysiące innych w Tatrach, Alpach czy Pirenejach. A nie wyjątkowe. Tym, którzy wybierają się na Rabacal mogę polecić, aby nie poprzestali na tej jednej lewadzie, ale zdecydowali się jeszcze na znajdującą się obok króciutką lewadę Risco. Wodospad znajdujący się na jej końcu zrobił na mnie dużo większe wrażenie niż osławione 25 Fontann.

risco

Monte

Monte to wzgórze górujące na Funchal- stolicą Madery. Wjechać na nie można kolejką gondolową (10E osoba) podziwiając po drodze całe miasto. Na wzgórzu znajduje się kaplica, ogród tropikalny oraz kościół. Niedaleko jest także ogród botaniczny, ale ten niestety ucierpiał w tegorocznych pożarach. Największą jednak atrakcją samego wzgórza jest zjazd z niego wiklinowymi saniami. Smaczku całej przygodzie dodaje fakt, że ulice nie są wyłączone z ruchu, ba przejeżdżamy nawet przez skrzyżowanie! Sanie są rozpędzane i kierowane przez dwóch mężczyzn. Oni także dbają o to, by adrenaliny przez cały zjazd nam nie zabrakło. Podejrzewamy że ze względu na Staśka jechali z nami troszkę wolniej niż normalnie, ale mimo to był to niezapomniany zjazd. Film na którym przejeżdżamy przez skrzyżowanie:

Cabo Girao

Czyli drugi najwyższy klif w Europie. Widok piękny, choć daleko mu do opisanego w poprzednim tekście Faja dos Padres. Dodatkowo tłumy ludzi- każda autokarowa wycieczka musi się tu obowiązkowo zatrzymać. Polecam zobaczyć i jechać dalej.

cabo_girao

Porto Moniz

Miejscowość słynie z naturalnych basenów wulkanicznych oraz restauracji Cachalote. Co do basenów- to bardzo ciekawa sprawa, nawet Radkowi się podobało (niewtajemniczonym wyjawię, że mój mąż nie pływa i w ogóle uważa że gdyby ludzie mieli pływać to mieliby płetwy). Mnie jednak zniechęciła wylana tam ogromna ilość betonu. Trudno mi to nazwać naturalnymi basenami, dla mnie to betonowe baseny z wystającymi skałami wulkanicznymi. Jeżeli chcemy się poopalać czy posiedzieć na brzegu to ręcznik również musimy rozłożyć na betonie. Ponieważ w Porto Moniz byliśmy pod koniec całodniowej podróży (objechaliśmy wyspę dookoła w sensie dosłownym) krótki przystanek na kąpiel był odprężeniem i przyjemnością. Ale nie wróciłabym w to miejsce, no chyba że dla widoków, które podziwiać można zjeżdżając do miejscowości.

porto_moniz

Zjeżdżając do Porto Moniz bardzo polecam zatrzymać się na parkingu z punktem widokowym (których tu nie brakuje) i nacieszyć oko choć przez krótką chwilę. Wspomniałam jeszcze o restauracji Cachalote. Podobnie jak w poprzednim tekście nie podejmę tematu jedzenia, ponieważ jest to temat zasługujący na znacznie więcej miejsca. A ten wpis właśnie skończyłam, zapraszam więc na kolejny.

Ewa

 

Madera- najwspanialsze zakątki

Z Madery wróciliśmy ponad tydzień temu, czas najwyższy więc podzielić się wrażeniami. Miałam dwa pomysły na tekst: pierwszy o kultowych miejscach na Maderze, a drugi o miejscach, które na nas zrobiły największe wrażenie. Na pierwszy rzut pójdą miejsca, które oczarowały nas osobiście a niekoniecznie znajdują się w każdym programie wycieczki.

Ponta do Sao Lourenco

Pierwszą dłuższą wycieczką jaką odbyliśmy była trasa na najbardziej wysunięty na wschód punkt wyspy, czyli przylądek św. Wawrzyńca (port. Ponta do Sao Lourenco). I muszę przyznać, że chyba żadne miejsce na wyspie nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.

sao_lourenco_1

sao_lourenco1

Trasa biegnie przez bardzo surowy, niemal pustynny teren. Ruch na trasie jest duży, gdyż jest to jedno z kultowych miejsc wyspy i większość gości nastawionych na aktywny wypoczynek prędzej czy później decyduje się na tę trasę. Trasa nie jest trudna, różnice poziomów niewielkie, a widoki zwalają z nóg. Niemniej trasa jest wyczerpująca- cały teren jest odkryty (ani grama cienia!) co przy temperaturach panujących na Maderze we wrześniu było naprawdę męczące. Atutem wycieczki jest dostępność- autobusy podjeżdżają na początek szlaku co godzinę.

Faja dos Padres

O miejscu tym dowiedziałam się od naszego rezydenta w hotelu. Polecił nam je jako najbardziej niesamowitą kolejkę linową na Maderze. I muszę przyznać że nie było w tym ani grama przesady- kolejką zjeżdża się z 500- metrowego klifu w dół, niemalże w pionie!!!

faja_dos_padres

faja_dos_padres1

Na dole znajdują się uprawy, także mieliśmy okazję podziwiać jak rosną banany, marakuje czy mango. Miejsce to nie jest nastawione na masową turystykę- jest co prawda zaznaczone na mapie, ale bez informacji że jest tam kolejka. My trafiliśmy sprawdzając trasę na google maps oraz kierując się tablicami informacyjnymi i nie był to żaden problem. Nie ma jednak co liczyć na zobaczenie tego miejsca w ramach zorganizowanej wycieczki, nawet parking przy kolejce nie jest przystosowany do obsługi autokarów.

Boca do Risco czyli trasa z Machico do Porto da Cruz

To miał być zwykły spacerek, niezbyt ciekawą ale za to położoną blisko naszej miejscowości lewadą. I tak właśnie się zaczął. Po przejściu ok. 1/3 trasy było odbicie na punkt widokowy, który zdecydowaliśmy się zaliczyć. Widoki owszem piękne, ale największe wrażenie zrobiła na nas dalsza część szlaku (poprowadzona w klifie) wiodącego do Porto da Cruz. Szybki rzut oka na mapę i decyzja nie mogła być inna- idziemy!

boca_do_risco

Trasa jest w istocie przepiękna, a widoki niesamowite (choć muszę przyznać że ustępują miejscom opisanym powyżej). Fatalna natomiast okazała się sama przeprawa przez Porto da Cruz- asfaltem i w piekącym słońcu. W samym Porto da Cruz wybraliśmy się na obiad i tu chciałam dodać dwa słowa o kuchni maderskiej, ale myślę że wrócę do tego w jednym z planowanych tekstów. Mogę jedynie zdradzić, że tak dobrej wołowiny nie ma nigdzie na świecie.

Płaskowyż Paul da Serra

oraz wiodąca nań droga z przełęczy Ecumenada. O tym miejscu muszę powiedzieć, że było dla mnie ogromnym zaskoczeniem- no bo co ciekawego może być w płaskowyżu? I w zasadzie dalej nie potrafię powiedzieć, co w nim wyjątkowego, potrafię jedynie przywołać ten niesamowity widok:

paul_da_sera

paul_da_sera1

Za to drogę mogę opisać tak- chowajcie się wszystkie alpejskie drogi! Maderskie drogi, to dopiero wyzwanie. Długo łamaliśmy się, czy w ogóle wypożyczać samochód, jednak ciekawość wyspy była silniejsza niż strach;) Na samej przełęczy Ecumenada (to jeden z obowiązkowych punktów zorganizowanych wycieczek na Maderze) nie zatrzymaliśmy się- w pierwszą stronę był za duży ruch, a jak wracaliśmy były chmury i żadnych widoków. Początkowo trochę żałowałam, dziś jednak myślę że miejsce mogło być trochę przereklamowane jak inne „żelazne punkty” wycieczek po Maderze. Ale o tym napiszę już w kolejnym tekście.

Ewa

Kanał Gliwicki

Jedną z lokalnych ciekawostek, na którą zawsze (a przynajmniej od jakiegoś czasu) miałam ochotę jest Kanał Gliwicki. Od kilku lat w gliwickim porcie jest marina, z której odbywają się turystyczne rejsy po Kanale Gliwickim. My jednak nie mieliśmy szczęścia do Gliwic- zawsze, kiedy mieliśmy wolny weekend, pogoda nie zachęcała do rejsów. Aż nadszedł pierwszy weekend września, kiedy to pogoda i nasze plany poszły w parze. Weszłam na stronę gliwickiej mariny i… okazało się, że w dniu 4 września statek wycieczkowy pływa w marinie Ujazd, gdyż jest jedną z atrakcji odbywających się tam dożynek wojewódzkich. Nie pozostało nam nic innego jak wziąć mapę, sprawdzić gdzie dokładnie rzeczony Ujazd leży (bo to już województwo opolskie) a następnie wsiąść w samochód.

Nigdy nie byłam na dożynkach wojewódzkich (w żadnym województwie, nie tylko opolskim) nie zdawałam sobie więc sprawy z tego, jaka to impreza. Udało nam się jednak minąć gąszcz budek z lodami, goframi, kubeczkami, biżuterią itp. oraz wszelkiej maści karuzele i szczęśliwie dotarliśmy do mariny.

ujazd_marina

Mieliśmy sporo szczęścia, bo za niecałą godzinę miał być dłuższy rejs, obejmujący także przeprawę prze śluzę Sławięcice. Kupiliśmy bilety, pokręcili się po okolicy a o 16,30 wsiedli na statek Foxtrot.

rejs

Kanał Gliwicki został wybudowany w okresie międzywojennym na polecenie Adolfa H. Początkowo jego głębokość to 3 metry, jednak kanał wciąż jest zamulany i w obecnej chwili głęboki jest na ok. 2 metry. Co do samego rejsu to trwał zapowiadaną godzinę, jednak minęła ona zadziwiająco szybko. Podobnie szybkie było też przejście przez śluzę, a za samą śluzą statek już tylko zawraca. Podobały mi się budynki śluzy.

slawiecice

Są typowe dla tego rejonu- patrząc na nie wiem, że znajduję się w opolskim lub dolnośląskim. To trochę jak z domami ze skały wapiennej- widząc je, wiem że jestem w Zagłębiu.

Ciekawość zaspokoiliśmy. Lekki niedosyt pozostał, ale widząc ofertę rejsów z mariny Gliwice (m.in. rejsy muzyczne czy kulinarne) myślę że jeszcze niejeden rejs po Kanale Gliwickim przed nami.

Ewa

 

Niedoceniany zakątek Tatr

Tatry to dla większości z nas Giewont, Kasprowy Wierch czy Morskie Oko. Dla tych bardziej wytrwałych Rysy bądź Orla Perć. Dla Jeszcze bardziej zaawansowanych, biegłych także w Tatrach Słowackich to Gerlach lub Łomnica. Ja dziś chciałabym się skupić na mniej popularnym, choć równie pięknym zakątku jakim są Zapadne Tatry czyli Tatry Zachodnie, ale po stronie słowackiej.

Ostatni weekend września miałam przyjemność spędzić w Zubercu, niewielkiej miejscowości na Słowacji, położonej w pobliżu Rohaczy- najbardziej charakterystycznych szczytów tego rejonu.

rohacze1

Choć nie byłam tu pierwszy raz, po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu o wyjątkowości tego miejsca. Dlaczego?

  1. Ruch turystyczny- jest zdecydowanie mniejszy niż w naszych Polskich Tatrach, ba jest też zdecydowanie mniejszy niż w Wysokich Tatrach Słowackich (mam na myśli rejon Smokowca i Tatrzańskiej Łomnicy). Nie ma kolejek do kolejek, problemów z parkingami, trudności w minięciu się na szlaku oraz wszelkich innych niedogodności związanych z obecnością większej liczby osób. Ruch oczywiście jest, ale nawet w najmniejszym stopniu nie przypomina tego, co dzieje się kilka km dalej, po polskiej stronie.
  2. Baza noclegowa. W Zubercu całkiem spora, standard bardzo różny. Rezerwując wcześniej (znacznie wcześniej, np. w marcu) można za 7E/os. dostać ładny pokój z łazienką. Lokali gastronomicznych i sklepów (także otwartych w niedzielę, co na Słowacji nie jest normą) sporo. Ceny i poziom przyzwoite.
  3. Zuberec. To nie jest Zakopane! To niewielkie, słowackie miasteczko, które nie ma w sobie nic z „atrakcji” oferowanych na Krupówkach. Żadnych białych niedźwiedzi w środku lata, kolorowych sprężyn czy wyciskarek do cytrusów, cymbergaja i innych tego typu atrakcji. Jest za to przyjemna fontanna z ławeczkami dookoła, bardzo smaczna cukiernia i widoki na niższe, ale zielone górskie zbocza. Polecam tez zajrzeć do informacji turystycznej, zwłaszcza tym, którzy zbierają pieczątki.
  4. Najważniejsze- góry!!! W niczym nie ustępują najciekawszym szlakom po polskiej stronie, w szczególności mam tu na myśli trasę obejmującą Rohacze, często porównywaną z naszą Orlą Percią. Nie do końca się z tym porównaniem zgadzam, bo obie trasy różnią sie zarówno długością jak i stopniem trudności, niemniej jednak poprowadzone są grzbietem, więc jeżeli ktoś chce poczuć przedsmak Orlej to Rohacze są w stanie to zapewnić.

Warto zobaczyć przepiękne Rohackie Plesa:

rohackie_plesa

oraz przyjrzeć się przyrodzie- to właśnie w tych okolicach pierwszy raz widziałam świstaka, a na Wołowcu prawie każdy spotyka kozice.

kozica

Aby być sprawiedliwą, muszę zauważyć że oscypków jest zdecydowanie mniej niż u nas (co bardzo doskwierało mojemu kuzynowi- nie mógł sobie codziennie na szlaku oscypka kupić). Należy także pewne zapasy przywieźć z Polski, w szczególności mam tu na myśli kabanosy. Za to piwo zdecydowanie lepsze, a dla niepijących alkoholu kofola i niebieska fanta (jakże ceniona przez naszą młodzież;)).

Podsumowanie będzie bardzo krótkie- Zapadne Tatry to przepiękny zakątek, co koniecznie należy sprawdzić osobiście.

Ewa

P.S. Zdjęcia pochodzą z trzech wyjazdów jakie odbyliśmy w ten rejon w latach 2012- 2016 stąd widać na nich tak różne warunki pogodowe i pory roku.

Śląskie pałace

Dziś coś dla mieszkańców Śląska szukających pomysłu na niedzielne popołudnie. Oczywiście miejsca, które opiszę nie są dedykowane tylko dla Ślązaków, ale w przypadku np. Szczecina będzie to ciut dłuższa wyprawa. Są to wycieczki dla każdego- większość z nich odbyliśmy w towarzystwie Staśka, który obecnie ma 20 miesięcy.

Na pierwszy ogień proponuję Pławniowice.

pawniowice

Mamy tu wszystko- przepiękny, udostępniony do zwiedzania pałac, park a nawet jezioro. Pałac jest własnością kościoła, zwiedzanie odbywa się w każdy weekend od wiosny, do jesieni (w wakacje częściej). Wycieczkę rozpoczynamy w pałacowej kaplicy, by następnie przemierzyć korytarze. Nie jest to zwiedzanie wielogodzinne- przejście całości to max. pół godziny. W Pławniowicach byliśmy dość dawno (chyba w 2012 roku) więc zamierzamy w najbliższym czasie tę wycieczkę powtórzyć.

Brynek

brynek

Pałac w Brynku powstał na początku XXw. Miał to być niesamowicie reprezentacyjny obiekt- gospodarze przygotowywali się na wizytę cesarza. Nie było im jednak dane nacieszyć się swoją własnością- obiekt został znacjonalizowany i przekazany szkole. Do tego doszły zniszczenia wojenne, a Armia Czerwona wyniosła wszystko co wynieść się dało. I tak dobrze że pałacu nie spalili jak miało to miejsce w Świerklańcu. Dziś w pałacu mieści się technikum leśne oraz internat. Obok znajduje się ogród botaniczny. Wstęp jest darmowy, a ogród dość dobrze utrzymany. Sama okolica pałacu słynie jako bardzo dobry teren na wycieczki rowerowe. Bardzo polecam.

Pszczyna

pszczyna1

Śląski klasyk, który w przeciwieństwie do poprzednika gościł cesarza. To już dłuższa wycieczka- na zwiedzanie pałacu polecam zarezerwować sobie 2- 3 godziny. Jeśli do tego doliczyć Pokazową Zagrodę Żubrów, Rynek i kościoły oraz Muzeum Prasy i Stajnie Książęce to mamy wycieczkę całodniową. Więcej o Pszczynie pisałam tu.

Świerklaniec

wierklaniec1

Tu niestety pałacu już nie ma (a podobno był niesamowicie okazały). Podziwiać możemy natomiast Dom Kawalera, kościół będący dawną pałacową kaplicą oraz park. Miejsce bardzo zatłoczone, polecam wybrać się w mało popularnym terminie. Ciekawostką jest że kręcono tu teledysk Pudelsów do piosenki Dawna Dziewczyno.

Nakło Śląskie

nako_lskie

Z zewnątrz efektowny, wnętrza jednak zachowane są w niewielkim stopniu. Niegdyś technikum rolnicze, dziś coś w rodzaju galerii sztuki. Otoczony przyjemnym, choć niedużym parkiem. Nie jest to jakieś szczególne miejsce, ale na popołudniowy spacer warto się tu wybrać.

Na tym oczywiście nie koniec, bo miejsc takich jest znacznie więcej np. niewielki Chudów do którego zapomnieliśmy zabrać aparatu fotograficznego;). Choć obecnie pogoda niezbyt piękna, to lato wciąż trwa. Polecam więc oderwać się od telewizorów i komputerów, szczególnie tym, którzy swój urlop zaplanowali jesienią bądź rezygnują z niego całkowicie.

Ewa