Góry nie-góry. Świętokrzyskie.

Czy to na pewno już tu? Chodzi o te pagórki? I lekkie rozczarowanie… Zupełnie nieuzasadnione. Ten piękny i wyjątkowy zakątek Polski wydaje mi się bardzo niedoceniony. Dlatego będzie dziś bohaterem na moim blogu.

p5278147

Organizacyjnie. Noclegów najlepiej szukać w miejscowościach Bodzentyn oraz Święta Katarzyna. Nam udało się znaleźć za rozsądną cenę bardzo przyjemne gospodarstwo agroturystyczne we wsi Dębno (okolice Bodzentyna). Jak na długi weekend droga minęła nam przyjemnie, zwłaszcza gdy w radiu podawano informacje z zakopianki. Pierwszego dnia zdecydowaliśmy się jedynie na krótki spacer po okolicy oraz wizytę w wiejskim sklepie (taki prawdziwy wiejski sklep, przed którym stoi ławka i spokojnie można wypić piwo) po której znaliśmy już całą wieś.

Drugi dzień upłynął nam w miejscu od którego pochodzi nazwa całego pasma- na Świętym Krzyżu. Nie jest to jakiś wysokogórski wyczyn- z miejscowości Nowa Słupia szliśmy około godziny. Nad wejściem do parku narodowego góruje napis: puszcza jodłowa. Z początku miałam wrażenie że to określenie trochę na wyrost, jednak przyglądając się nieco baczniej, zauważyłam że tutejszy las w żadnym stopni nie przypomina znanych mi z Beskidów czy Tatr monokultur świerkowych. Wybierając się w Góry Świętokrzyskie liczyłam raczej na atrakcje przyrody nieożywionej (gołoborza!) tymczasem uczciwie muszę przyznać, że najbardziej podobał mi się las.

las

Na Świętym Krzyżu stoi klasztor i bazylika mniejsza, którymi obecnie opiekuje się zakon Oblatów. Miejsce to miało bujną historię- było to pierwsze w Polsce sanktuarium, znajdują się tu relikwie Krzyża Świętego. Jednak historia go nie oszczędzała, wielokrotnie obracane w ruinę, pełniło funkcję więzienia i przechodziło z rąk do rąk.

wity_krzy

Z pewnością warto zobaczyć kaplicę Oleśnickich (to tu właśnie w chwili obecnej znajdują się relikwie), wnętrze bazyliki (ciekawe przejście między barokiem a klasycyzmem) a także wspiąć się na wieżę i podziwiać widoki. Można również zejść do krypty i obejrzeć sobie księcia Jaremę Wiśniowieckiego, jednak to dla koneserów. Po kilkuset latach leżenia w trumnie książe nie prezentuje się najlepiej.

Wstęp do parku narodowego kosztuje 7PLN (zgroza!) i oprócz szlaku na Święty Krzyż obejmuje wejście na galerię z której podziwiać możemy gołoborze. I tu trzeba się spieszyć;) bo gołoborza w Górach Świętokrzyskich zarastają. Bardzo polecam drogę powrotną pokonać nie głównym szlakiem, a biegnącą równolegle ścieżką przyrodniczą. Jest pięknie i spokojnie- na całym szlaku spotkaliśmy jedynie wiewiórkę.

Trzeciego dnia wystartowaliśmy z miejscowości Święta Katarzyna na Łysicę- najwyższy szczyt pasma. Tuż za wejściem do parku bije źródełko. Polecam spróbować wody i wziąć trochę na drogę. Tuż przed szczytem podziwiać możemy kolejne gołoborze choć nie tak imponujące jak to na Świętym Krzyżu. Postanowiliśmy przespacerować się grzbietem do Kapliczki Św. Mikołaja. Niestety to jedyny dostępny szlakiem grzbietowy odcinek. Park narodowy nie pozwala na przejście całego pasma grzbietem, ani na budowę kolejnych szlaków.

wita_katarzyna

Podsumowując- turystyka w Górach Świętokrzyskich zorganizowana jest dwojako. Standard usług (noclegi, wyżywienie, parkingi) jest naprawdę wysoki i w rozsądnej cenie. Tereny piękne, choć niewielkie. Niestety szlaków mało, a wejście do parku narodowego chyba najdroższe w Polsce (TPN jest tańszy!!!). Nie zmienia to faktu, że to przepiękny i niedoceniany zakątek, a warto spędzić tu chociaż kilka dni.

Ewa

Na Szlaku Zabytków Techniki- kopalnia Guido i nie tylko.

Trochę wstyd się przyznać że ktoś, kto całe życie mieszka w Zabrzu nigdy nie miał okazji odwiedzić największej atrakcji turystycznej miasta, a mianowicie zabytkowej kopalni Guido. W tym roku postanowiłam to zmienić i oczywiście zrobiłam to po swojemu. Trochę przez przypadek, a trochę z rozmysłem w ciągu ostatnich dwóch miesięcy byłam w kopalni dwukrotnie.

guido

Zacznę od tego co oferuje kopalnia. Do wyboru mamy kilka opcji zwiedzania na dwóch poziomach i jednym podpoziomie. Pierwszy to poziom 170 na którym znajduje się muzeum i kaplica, drugi (często łączony z pierwszym) to poziom 320. Tu już możemy zobaczyć jak wygląda prawdziwa kopalnia. Trzecim jest oddany niedawno do zwiedzania to podpoziom 355 nazywany często mylnie poziomem. Mylnie gdyż nie zjeżdża tam szola, a schodzi się na własnych nogach z poziomu 320. Tu zaznać można prawdziwych uroków pracy górnika. Jeden z oferowanych programów to górnicza szychta, w czasie której dostaniemy pełne górnicze wyposażenie, a dowodzić nami będzie sztygar. Ja miałam okazję zwiedzić jedynie poziom 320 więc czuję lekki niedosyt. Lekki, gdyż dane mi było zobaczyć naprawę sporo.

Najbardziej niesamowity jest sam fakt, że znajdujemy się aż 320m pod powierzchnią ziemi. Cały, dwugodzinny program zwiedzania obejmuje maszyny górnicze, sposób monitorowania zagrożeń, przejazd kolejką podwieszaną, a na samym końcu wizytę w zlokalizowanym w dawnej hali pomp pubie. Tak proszę państwa- piwko 320 metrów pod ziemią!

guido_pub

Pomimo aż dwóch wizyty w kopalni w ostatnim czasie, miałam okazję poznać jedynie poziom 320. Mogę tę wycieczkę spokojnie polecić każdemu. Mieszkańcom Śląska aby mieli okazję dowiedzieć się więcej o swoim rejonie, przyjezdnym aby doświadczyć tego z czym (pomimo ciągłego zamykania kopalń) Śląsk kojarzy się całej Polsce.

Dwa kolejne miejsca, o których chciałam wspomnieć to Radiostacja Gliwicka:

radiostacja

oraz szyb Maciej w Zabrzu. Radiostację i przyległe do niej muzeum zwiedzałam akurat w Noc Muzeów. Nie jest to zbyt rozległy obiekt, no chyba że doliczyć ponad 100 metrów w pionie, ale tam akurat nie można wejść. Największą atrakcją jest sama wieża, będąca najwyższą drewnianą konstrukcją w Europie. Zbudowana z drzewa modrzewiowego, odpowiednio konserwowana ma nam służyć jeszcze przez 200 lat.

W szybie Maciej zatrzymaliśmy się wracając z Gliwic. Nie nastawialiśmy się na jakieś wielkie zwiedzanie (było dość późno), a na piwko, gdyż w budynku szybu mieści się bardzo przyjemna restauracja oraz bistro. Udało mi się zrobić kilka ciekawych zdjęć z zewnątrz:

szyb_maciej

Oczywiście Szyb Maciej dopisuję do listy miejsc, w których prawie byłam i do których muszę wrócić. I znajdującą się tu restaurację również, bo wygląda naprawdę obiecująco.

Miałam taki pomysł, aby przed tegoroczną Industriadą opisać kilka lokalnych atrakcji. Tak szybko to mi się chyba nie uda (Industriada to w tym roku 11 czerwca) ale i tak mam więc nadzieję, że ten tekst będzie początkiem czegoś więcej. Prawdę powiedziawszy, to trochę ten mój Śląsk zaniedbuję, myślę jednak, że w tym roku pojawi się jeszcze kilka tekstów na temat tego, co warto na Śląsku odwiedzić.

Ewa

Majowy weekend na Słowacji

…a konkretnie w Demianowskiej Dolinie pod Chopokiem. Czyli zima w maju:)

glowne

Radek ostatnio stwierdził, że dobrze że Staś jeszcze nie umie mówić. Bo gdyby zaczął w żłobku opowiadać co z nim rodzice robią i gdzie go zabierają, to pewnie wzbudziłby niemałą sensację.

Pomysł z Doliną Demianowską przyszedł bardzo późno i w zasadzie była to wypadkowa czynników zewnętrznych. Późno dostałam urlop- stąd Słowacja, a Demianowska Dolina bo to jeden z bliższych i ciekawszych rejonów Słowacji, w którym nie licząc Jaskini Swobody nigdy nie byliśmy. Przyznam że bałam się trochę pogody- prognozy nie wyglądały zachęcająco, ale bliskość Tatralandii trochę mnie uspokoiła- w przypadku brzydkiej pogody będziemy siedzieć w gorących źródłach. W pewnym sensie moje obawy potwierdziły się już pierwszego dnia, gdy w dolnej stacji kolejki na Chopok zobaczyliśmy narciarzy. W tym roku sezon narciarski na Chopoku skończył się 1 maja. Tego dnia również zdobyliśmy szczyt Chopoka, choć zdobyli to za duże słowo, raczej podeszli 20 metrów od górnej stacji kolejki gondolowej. Warto było, bo widoki zapierały dech w piersiach. I pewnie gdyby nie Staś wybralibyśmy się na Dumbier- najwyższy szczyt Tatr Niżnych, od którego dzieliło nas ok. godziny marszu i to granią, więc bez specjalnych różnic poziomów.

W budynku górnej stacji kolejki gondolowej znajduje się restauracja i hotel Rotunda, z którego przez przeszklone ściany roztacza się wspaniały widok. Ja jednak polecam zatrzymać się w pobliskiej Kamiennej Chacie, której klimat jest zdecydowanie bardziej górski, a jedzenie pyszne.

chopok

Jeszcze dwa słowa o samych kolejkach. Widziałam ośrodki narciarskie we Włoszech, widziałam w Austrii. Nigdzie jednak nie widziałam tak nowoczesnych kolejek jak na słowackim Chopoku. Na zdjęciu poniżej „szynobus” na poduszce. Robi wrażenie.

kolejka

Kolejnego dnia wybraliśmy się już na typowy trekking. Bez kolejek na poduszkach i narciarzy. Zdecydowaliśmy się podejść do Vrbickiego Plesa niebieskim szlakiem od Jaskinii Swobody. Tu ważna uwaga- parking przy jaskini jest normalnie bardzo drogi, w 2011 roku zapłaciliśmy 5E za niecałe 2h. W poniedziałek jednak jaskinia jest nieczynna, parking był więc za darmo. Na samym parkingu udzieliliśmy jeszcze kilku uwag zbłąkanym Polakom (przyjechali na długi weekend do Tatralandii, ale postanowili zobaczyć coś jeszcze) i ruszyliśmy w górę. Szlak niebieski prowadzi początkowo szeroką, asfaltową drogą, stopniowo przechodząc w drogę leśną o coraz większym nachyleniu. Nie jest to jednak forsowne przejście i nawet padający deszcz nie utrudnił nam trasy, choć trochę popsuł humory. Samo Vrbickie Pleso jest największym jeziorem Tatr Niżnych i często jest porównywane do Smreczyńskiego Stawu.

Znacznie ciekawszy okazał się powrót żółtym szlakiem przez szczyt Ostredok. Pomijając urok samego szlaku (jest pięknie poprowadzony grzbietem) po drodze mamy wieżę widokową, pomnik z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku oraz symboliczny cmentarz. Dla mnie jednak najbardziej niesamowite okazało się samo zejście. Z Ostredoka do Jaskini Swobody jest niecałe 400 m różnicy poziomu a jest to bardzo krótki odcinek. Szlak jest piękny, ale niesamowicie męczący. Przypomina mi najbardziej Pieniny i zejście z Sokolicy do przeprawy Dunajcem. Kto szedł ten zrozumie.

ostredok

Jakkolwiek cały wyjazd był dla mnie ogromną dawka pozytywnej energii, to muszę wspomnieć o jednym dość nieprzyjemnym aspekcie. Mianowicie ceny. Otóż Demianowska Dolina jest BARDZO DROGA!!! Drogie jest tu wszystko- począwszy od noclegów, kolejek, basenów (Tatralandia to najdroższy park wodny w jakim byłam) skończywszy na bryndzowych haluszkach, które w całej Słowacji dostaniemy za niecałe 3 Euro, tu natomiast za 6. Dlatego wszystkim, którzy pragną spędzić tu swój urlop polecam aby koniecznie wzięli pod uwagę tę dość nieprzyjemną okoliczność.

Ewa

Dlaczego Lanzarote to idealne miejsce na wakacje?

Spędziliśmy na Lanzarote tylko tydzień, a ja wciąż mam wrażenie że pomimo dwóch tekstów nie udało mi się przedstawić nawet ułamka piękna wyspy. Dziś chciałbym skupić się na miejscowości w której byliśmy, a także opisać kilka aspektów organizacyjnych.

Więc na Lanzarote są trzy najbardziej znane miejscowości wypoczynkowe: Costa Teguise, Puerto del Carmen oraz Playa Blanka. Wszystkie znajdują się na wschodniej bądź południowej części wypy. Wschodnia część wyspy to w dużej mierze Park Narodowy Timanfaya i jedna miejscowość turystyczna, ale bardziej dla koneserów niż masowego turysty. Chodzi mi o słynącą ze świetnych warunków do surfowania Playa de Famara. Polecam zobaczyc to miejsce także osobom nie będącym amatorami surfingu ze względu na piękne plaże oraz schodzące wprost do oceanu skalne zbocza:

famara_2

famara_1

Wracając jednak do mojego urlopu zdecydowaliśmy się na rejon miejscowości Playa Blanka leżącej na południu wyspy. I był to strzał w dziesiątkę, gdyż rejon ten wydaje mi się mniej zatłoczony niż wspomniane wyżej Costa Teguise oraz Puerto del Carmen. Dodatkowo z tego miejsca najbliżej na sąsiednią Fuertaventurę, więc przy odpowiedniej organizacji można zobaczyć obie wyspy, na co my się nie zdecydowaliśmy. Szukając hotelu zwracaliśmy uwagę, aby był to obiekt z daleka od centrum miasta, ale umożliwijący zagospodarowanie czasu wolnego. Bo w końcu urlop to przecież czas wolny. Jedną z wycieczek, którą odbyliśmy bezpośrednio z hotelu była opisana w pierwszym tekście wyprawa na wulkan Mt. Roja. Dla osób które jednak nie przyjechały na Lanzarote szukać prawie górskich wrażeń, polecam spacer brzegiem oceanu do centrum miejscowości Playa Blanka. Wzdłuż wybrzeża biegnie deptak, który umożliwia przemieszczanie się nawet osobom niepełnosprawnym czy rodzicom z wózkiem. Cała trasa to kilka dobrych kilometrów, w czasie których możemy podziwiać widoki na ocean i wspomnianą już Fuertaventurę.

playa_blanca_2

Domyślam się, że gdybyśmy byli tu w lipcu ruch osobowy byłby zupełnie inny. W marciu spotkać można było głównie niemieckich emerytów i trochę ludzi takich jak my- z małymi dziećmi. Dla kogoś szukającego na urlopie przede wszystkim ciszy i spokoju warunki idealne.

playa_blanca

Dla chcących zwiedzać wyspę polecam wynajem samochodu. Do tej pory nigdy nie decydowaliśmy się na taki krok, ale tutaj to naprawdę ma sens. Drogi są bardzo dobre, ruch niewielki (90% to turyści w wypożyczonych autach), problemów z parkowaniem nie ma.

Co do pamiątek oraz zakupów jakie warto tu zrobić, to oczywiście polecam wino, które najlepiej kupić bezpośrednio w winnicy. Na lotnisku w wolnocłówce było dwukrotnie droższe. Dla Lanzarote charakterystyczne są kosmetyki z aloesu oraz biżuteria z oliwinem. W obu przypadkach trzeba wiedzieć gdzie kupić oryginalne produkty bo jak w każdym turystycznym miejscu łatwo trafić na coś co udaje lokalny specjał, a w rzeczywistości jest tanią chińszczyzną.

Jeśli chodzi o kanaryjskie menu, to najbardziej polecam ryby. Nie jestem miłośnikiem ryb a tu mi smakowały. Pyszne są również banany będące największym towarem eksportowym Wysp Kanaryjskich. Ciekawy jest także kanaryjski miód pitny produkowany z rumu oraz melasy z palny daktylowej.

Trudno powiedzieć abym kiedykolwiek źle wspominała urlop, niemniej ten spędzony na Lanzarote z pewnością będę wspominać lepiej niż inne. W ostatnim czasie wybór wakacyjnych kierunków nieco się skurczył- nie zdecydowałabym się teraz ani na Egipt, ani nawet na Grecję. Odpada również Chorwacja, na którą rok temu miałam ogromną ochotę. Dlatego jestem pewna że na Wyspy Kanaryjskie wrócimy. Jeżeli nie w tym roku, to może w przyszłym? Ze spokojnym sumieniem mogę polecić Wyspy Kanaryjskie każdemu. To jest miejsce, w którym się odpoczywa.

Ewa

Lanzarote- atrakcje wyspy

Chciałam aby motywem przewodnim tego tekstu były pozaprzyrodnicze ciekawostki Lanzarote, ale w takim miejscu od przyrody nie sposób uciec. Zacznę jednak pokrętnie, bo od architektury. Jak już pisałam, wyspa jest niejako zaprojektowana- budynki muszą spełniać wymogi określone przepisami prawa. Nie jest to przypadek, a autorem tego pomysłu oraz jednym z najważniejszych ludzi w historii wyspy był artysta Cesar Manriqe. Urodzony w Arrecife- stolicy wyspy, przez całe życie związany z Lanzarote. To właśnie jemu zawdzięczamy zachowanie tradycyjnej architektury tego miejsca oraz większość atrakcji wyspy. Atrakcją, od której chciałabym zacząć ten tekst jest ogród kaktusów. Rosną tu gatunki kaktusów z całego świata, które przywiózł lub otrzymał od znajomych Manrique.

ogrd_kaktusw

W ogóle kaktusów jest na Lanzarote sporo. Jest to jedna z tych rzeczy, z którą wyspa będzie mi się już zawsze kojarzyć. Ale rosną tu nie tylko kaktusy. Choć warunki sprzyjające nie są, na Lanzarote mamy sporo winnic. I to nie zwyczajnych winnic. Otóż ze względu na ciągły wiatr, tradycyjna uprawa winorośli nie wchodziła w grę. Tu każdy krzaczek rośnie osobno, w specjalnym dołku lub otoczony murkiem.

winnica

Jeżeli kogoś zadziwia ten czarny kolor podłoża już tłumaczę. Otóż korzenie zasypane są żwirem wulkanicznym, który ma właściwości absorbujące oraz utrzymujące wilgoć. Najbardziej znane wino lanzaroteńskie to wyprodukowane z odmiany winogron nazywającej się Malvasia. Musze przyznać że faktycznie jest wyśmienite. Trzeba się jednak liczyć z tym że za butelkę lokalnego trunku zapłacimy minimum 8E.

Na poczatku tekstu wspomniałam o architekturze oraz Manriqe, czas rozwinąć ten wątek. Wymyślona przez Cesara Manrique, zaprojektowana przez architekta Jesusa Soto, będąca przez chwilę własnością Omara Sharifa willa Lagomar jest jedną z największych atrakcji wyspy. Dlaczego tylko przez chwilę? Ano dlatego, że lubiący karty aktor willę po prostu przegrał.

lagomar

Chcąc zobaczyć historyczną architekturę wyspy nie można ominąć dwóch miejsc. Pierwsze to Teguise, dawna stolica wyspy. Najważniejszym zabytkiem jest kościół, do którego niestety nie zdążyliśmy wejść. Poniżej zdjęcia z zewnątrz oraz trochę uroczych uliczek Teguise.

teguise

Zdążyliśmy natomiast zwiedzić dwa muzea: muzeum sztuki sakralnej oraz muzeum lokalnego instrumentu o nazwie timple. To pierwsze nas nie powaliło, natomiast muzeum bałałajek (bo timple to właśnie rodzaj kanaryjskiej bałałajki) było jednym z ciekawszych jakie miałam okazje widzieć. Z Teguise jest w ogóle ciekawa sprawa, bo była to bardzo nietypowa stolica. Niestypowa ze względu na fakt, że znajdowała się w głębi wyspy a nie na wybrzeżu jak to zazwyczaj na wyspach bywa. Podobno nazwa Teguise to imię córki ostatniego, niehiszpańskiego władcy wyspy.

Drugim miejscem, którego architektura nas urzekła jest Yaiza. Yaiza to wyjątkowe miejsce- jest to jedyne miasteczko na południu wyspy, które przetrwało ostatnie (przypominam XVIII do XIX wiek) erupcje wulkaniczne. Koniecznie polecam zajrzeć do kościoła.

yaiza

Mam wrażenie że tak niewiele napisałam, tymczasem właśnie kończę stronę A4. Ponieważ nie mogę na tym poprzestać, w następnym wpisie podzielę się swoimi subiektywnymi wrażeniami dlaczego warto (a warto!) spędzić urlop na Lanzarote.

Ewa

Spacer po wulkanach czyli Wyspy Kanaryjskie inaczej

Wyspy Kanaryjskie to leżący na Atlantyku najdalej wysunięty na południe kawałek Hiszpanii. Kawałek Hiszpanii, znajdujący się 1600 km od Hiszpanii, a tylko 100 km od Maroka. To miejsce pełne wielu ciekawostek przyrodniczych, znane jednak przede wszystkim jako plażowisko Europy. Dziś będę mierzyć się z tym stereotypem na przykładzie Lanzarote, czwartej co do wielkości wyspy archipelagu. Aby jednak nie zniechęcać amatorów plażowania do wizyty na tej przepięknej wyspie, zacznę od plażowania, ale ograniczę się do zdjęć. Dla mojego syna plaża była niewątpliwie największą atrakcją wyspy.

plaa

Zacznę od tego, że na Lanzarote obowiązuje specyficzne prawo, które czyni ją pewnego rodzaju skansenem. Otóż wszystkie budynki zaprojektowane muszą być w podobnym stylu- muszą być białe lub kremowe, z niebieskimi, zielonymi lub brązowymi okiennicami. Dopuszczalna wysokość to 4 do 5 pięter. Nie ma tu również billboardów, czyli reklam wielkoformatowych ani przy drogach, ani nigdzie indziej. Zachęceni? To chodźmy dalej.

Największą atrakcją Lanzarote jest Park Narodowy Timanfaya. To również najbardziej osobliwy park narodowy jaki zwiedzałam. Park ten obejmuje obszar po erupcjach wulkanicznych jakie miały tu miejsce w XVIIIw. Czyli relatywnie patrząc całkiem niedawno. No i cóż możemy zobaczyć w parku? Głównie zastygłą prawie 300 lat temu lawę. Czarną, bazaltową skałę, która Radkowi kojarzyła się z hałdą (dla niewtajemniczonych definicja tu). Co zachwyca? Bogactwo form i kolorów. Co rozczarowuje? Fakt że park zwiedzamy tylko zza szyb autokaru i jest to w zasadzie jedyna możliwość.

timanfaya_1

timanfaya_2

Napisałam w zasadzie, bo alternatywą dla autokaru są wielbłądy.

wielbdy

Czytałam gdzieś że jest możliwość wycieczek pieszych z pracownikami parku, ale trzeba się na nie umawiać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Skoro wulkany w parku Timanfaya pozostają niedostępne, poszukaliśmy sobie innych. Pierwszym pomysłem był wulkan La Corona w północnej części wyspy. Była tam nawet organizowana wycieczka z biura podróży. Z przyczyn niezależnych zrezygnowaliśmy z niej, ale udało się nam dostać na wulkan górujący nad Teguise- miasteczkiem będącym niegdyś stolicą wyspy. Jest to miejsce o tyle ciekawe, że znajduje się tu twierdza, w której niegdyś chronili się mieszkańcy Teguise przed pirackimi atakami, a dziś mieści ona muzeum piractwa. Nie nazwałabym tego muzeum (brak tu jakichkolwiek eksponatów) a raczej wystawą, ale myślę że obejrzeć warto. I przespacerować się po wulkanie również.

twierdza1

Drugim wulkanem, na który trafiliśmy był górujący na Playa Blanką (miejscowością turystyczną w obrębie której znajdował się nasz hotel) Mt Roya. Jak widać wejście na niego było prawie że oznakowane.

mt_roja1

Tę podróż Stasiek odbył w nosidle turystycznym, czym bardzo zwracał na siebie uwagę. Ciekawe czy był najmłodszym zdobywcą?

Mam nadzieję, że już ten krótki tekst pokazał namiastkę niezwykłości Wysp Kanaryjskich (a przynajmniej jednej wyspy), która wykracza daleko poza piękne plaże. W kolejnym postaram się pokazać atrakcje pozaprzyrodnicze. I nie tylko.

 Ewa

Magurka zimową porą.

Zima w tym roku nieszczególna – śniegu niewiele. Ale za to w ostatnich tygodniach było kilka okazji to podziwiania naprawdę dalekich widoków. Podobno z oś. Tysiąclecia w Katowicach było widać Tatry. Ciekawe czy z Tatr kiedykolwiek widział ktoś Śląsk? A może ktoś się pomylił i widząc Małą Fatrę pomyślał że to Tatry.

Dla kogoś kto nie dysponuje dużą ilością czasu, górą z której można sporo zobaczyć jest Magurka Wilkowicka w Beskidzie Małym – szybki dojazd bo to prawie Bielsko i krótkie dojście z przeł. Przegibek. Niestety jak się nie ma kondycji to nawet takie podejście może zmęczyć.

Po drodze kilka ujęć zimy, a między drzewami pasmo Klimczoka i Szyndzielni.

A za chwilę widok na resztę Beskidu Małego.

Teraz upragnione schronisko.

A takie widoki mogliśmy podziwiać.

Warto wspomnieć, że idąc dalej w kierunku Czupla, jest polana, na której stało kiedyś schronisko o wymownej nazwie „Widok na Tatry”.

Radek

Świąteczne Zabrze i nie tylko

Dwa lata temu kiedy dojeżdżałam do pracy autobusem, przesiadałam się na Placu Teatralnym w Zabrzu. Jako że była to godzina 6,20 rano było jeszcze ciemno. Dało mi to szansę zobaczyć świątecznie udekorowane Zabrze, którego w innych okolicznościach pewnie nie miałabym okazji zobaczyć. W tym roku postanowiłam pokazać trochę zabrzańskiego uroku, ale nie tylko. Zacznę od wspomnianego już Placu Teatralnego:

pc1267641

Najbardziej efektownie (w mojej opinii) wyglądają iluminacje na Urzędzie Miejskim. Niestety pomimo wielu prób nie udało mi się zrobić zdjęcia nadającego się do publikacji:(

Na Placu Dworcowym stoi ogromna choinka, można było także zrobić zakupy na jarmarku świątecznym:

choinka1

W tym roku w Zabrzu mamy również rekordowo dużą szopkę. Zajmuje ona aż trzy ściany kościoła, a znajduje się w kościele Franciszkanów, czyli parafii Niepokalanego Serca Najświętszej Marii Panny:

szopka_cao

Polecam obejrzeć szopkę z bliska, sporo tu symboliki. Widać że jesteśmy w sercu Śląska: jest niebiesko- żółta flaga, godło a także typowa, śląska kuchnia.

szopka

Drugiego dnia świąt pojechaliśmy na spacer po Gliwicach i z dużą satysfakcją muszę przyznać że Zabrzańskie dekoracje bardziej przypadły mi do gusty. W Gliwicach natomiast warto zajrzeć na Rynek, gdzie podziwiać można szopkę oraz świąteczny ratusz:

gliwice

Na koniec coś z mojego podwórka, czyli parafia Ducha Świętego w Zabrzu. Zabrzanom, którym nic ta nazwa nie mówi podpowiem że chodzi o parafię na Zandce. Bo choć mieszkam w Mikulczycach, to podlegamy właśnie tam. Przed kościołem podziwiać możemy pięknego, świetlnego anioła:

pc277009

Ewa

Monachium nocą

Mój pobyt w Monachium był niezwykle krótki- zaledwie 24 godziny. 8 godzin przypadło na sen, 12 na pracę i przejazdy zaś 4 pozostałe godziny mogłam spędzić w sposób prawie dowolny. Zadecydowałam więc że warto coś zobaczyć. A było co.

Założone w XII Monachium jest obecnie stolicą Bawarii. Jako miasto z wielowiekową historią może poszczycić się licznymi zabytkami i miejscami niezwykle pięknymi. Jeżeli dodamy do tego niemiecki porządek, dobre piwo i golonkę to aż chce się tu być. Co odstrasza? To, co nas Polaków może w Niemczech odstrasza najbardziej- ceny.

Co można zobaczyć mając niewiele czasu, 9h w samochodzie za sobą, a w perspektywie kolejny dzień spędzony na nogach (powodem mojego pobytu w Monachium były targi Productronica, Monachium słynie także z targów)? Szczytem moich możliwości okazał się spacer po Marienplatzu i zrobienie kilku nie powalających zdjęć. Z rzeczy, które udało mi się zobaczyć najbardziej fascynującą był Nowy Ratusz:

nowy_ratusz

Niektórym budowla ta może wydawać się ponura czy wręcz przerażająca. Na mnie zrobiła imponujące wrażenie. Nie wiem czy noc je jeszcze spotęgowała, ale myślę że w dzień byłoby ono równie ogromne. Skoro był Nowy Ratusz, to powinien być i Stary Ratusz. Ładny budynek, ale nie robi już tego wrażenia co jego młodszy brat.

stary_ratusz

Uwagę w Monachium przyciągają również kościoły. Najsłynniejszy z nich, pochodząca z XVw. Katedra Najświętszej Marii Panny jest jednym z symboli miasta. Nie udało mi się uchwycić jej w całej okazałości, z dużymi budynkami zawsze jest problem. Udało mi się natomiast uwiecznić dawną rezydencję królów Bawarii (po lewej) oraz Teatr Narodowy (po prawej):

rezydencja

A także kilka uroczych uliczek, placów, wystaw sklepowych czy restauracji:

sklepy

Kulminacyjnym punktem wieczoru było spotkanie z golonką i bawarskim piwem w jednej z bardziej znanych restauracji w Monachium- Haxnbauer. Podawana tu golonka jest naprawdę wyjątkowa- wolno pieczona na węglu drzewnym (żaden gaz czy elektryka!!). Do tego pure ziemniaczane (obowiązkowo przyprawione gałką muszkatołową) i kiszona kapusta.

golonka

Na koniec dwa słowa o komunikacji. Zdecydowaliśmy się na środki komunikacji miejskiej (a konkretnie metro). Był to zdecydowanie najłatwiejszy i najszybszy sposób komunikacji (zwłaszcza że wybieraliśmy się na piwo). Niektóre stacje były jednak trochę psychodeliczne…

metro

Mieszkańcy Monachium bardzo często wybierają rowery. Ścieżek rowerowych jest tu pod dostatkiem, miejsc gdzie można zostawić rowery również, a do tego rowery nie dematerializują się w tajemniczy sposób jak ma to miejsce w Polsce. Mam nadzieję, że mój kolejny pobyt w Monachium będzie czysto prywatny. Wtedy chciałabym zdecydować się na rowerowy city tour.

Ewa

Jesień

Nie wiem dlaczego, ale zazwyczaj pierwszy powiew jesieni czuję już na początku sierpnia, gdy wychodząc rano do pracy czuję lekki chłodek Nie jest już tak upalnie jak w lipcu a i dzień jakby trochę krótszy. W tym roku wyglądało to trochę inaczej- po pierwsze nie chodziłam do pracy, a po drugie tegoroczny sierpień był niesamowicie upalny. O nadejściu jesieni pomyślałam w tym roku dość późno, gdy okazało się że muszę uzupełnić garderobę. Chwilę później dotarło da nas pierwsze jesienne przeziębienie, z którego ja już wyszłam, Stasiek powoli też wychodzi a Radek walczy żeby nie rozłożyć się do reszty. Siłą rzeczy nie jest to dla naszej rodziny jakiś szczególnie obfity w wyjazdy czas. A szkoda, bo jesień to chyba najbardziej malownicza pora roku a góry są najlepszym miejscem aby ten urok zobaczyć i docenić. Dlatego dziś chciałabym pokazać kilka widoków jakie zdarzyło mi się podziwiać w jesiennych górach.

Tatry.

Zaczynamy z grubej rury, czyli od najwyższych polskich gór. Ale nie będziemy wspinać się zbyt wysoko, zatrzymamy się przy schronisku na Hali Kondratowej. To najbardziej kameralne schronisko w polskich Tatrach. Mijane przez każdego, kto za cel obrał Giewont i wystartował z Kuźnic. Na zdjęciu oprócz schroniska widoczna Kopa Kondracka.

kondratowa1

Beskid Żywiecki.

Nie wiem z czego to wynika, ale jest to najczęściej wybierane przez nas pasmo jesienną porą. Czasem jest to taka udawana jesień jak w tym wpisie o wyjeździe na Pilsko, ale czasem jest to klasyczna (czytaj piękna, ale chłodna) jesień, najlepiej z widokiem na Jałowiec:

jaowiec1

Beskid Śląski.

Coś z gór mi najbliższych, rzec by można z własnego podwórka. Pętelka z Brennej przez Kotarz. Miejsce mało znane, na szlaku spotykaliśmy jedynie pojedyncze osoby. I widok- jesienne Skrzyczne:

kotarz4

Beskid Mały.

Jeden z najprzyjemniej wspominanych przeze mnie wyjazdów- jesienny Leskowiec. Pamiętam że pogoda była piękna, ale chłodna. Schodziłam opatulona w czapce i szaliku. A był to ledwo początek października. Widok tym razem nie na góry, a na piękny las oraz przydrożny (chyba raczej przyszlakowy;)) krzyż:

leskowiec9

Szukając materiałów do tego wpisu zorientowałam się, że jesień jest dla nas trochę martwym sezonem- najmniej naszych górskich wypraw przypada właśnie na ten okres. Po części dlatego że po lecie nie odczuwamy niedosytu wyjazdów, a po części dlatego że często właśnie w miesiącach jesiennych decydowaliśmy się na dłuższy urlop. Wtedy jednak wybieraliśmy zdecydowanie cieplejsze miejsca niż nasze polskie góry. W tym roku żadnego dłuższego urlopu już nie planujemy, wrzesień uciekł nie wiem kiedy, a my wciąż nie zdążyliśmy się ruszyć. Może więc czas to zmienić?

Ewa