Pieniński klasyk czyli Trzy Korony i Sokolica

Kilka ostatnich dni wakacji postanowiliśmy spędzić w Szczawnicy. Przeszliśmy kilka tras, wszystkie w Pieninach (sama Szczawnica leży już w Beskidzie Sądeckim). Tytuł tego wpisu mówi w zasadzie wszystko. Najsłynniejsza trasa Pienin Właściwych, obejmująca dwa najciekawsze szczyty: Trzy Korony oraz Sokolicę. Pokonana z niemowlakiem w nosidle.

Zacznę od tego, że trasę tę przemierzałam drugi raz w życiu. Tym razem było jednak zdecydowanie lepiej, a złożyło się na to kilka względów. Po pierwsze po pobycie w Tatrach byliśmy tak przygotowani kondycyjnie, że żadne przejście nie było nam straszne. Po drugie wybraliśmy kierunek od Sromowców Niżnych do Szczawnicy a nie odwrotnie- jak wtedy gdy szłam po raz pierwszy. Po trzecie osiągnęliśmy szczyt Trzech Koron z którego roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków w Polsce:

najpiekniejszy_widok_w_polsce1

przy pięknej pogodzie oraz wspaniałej widoczności. W zasadzie to możnaby powiedzieć, że pogoda była aż za dobra- ponad 30 stopni i bezchmurne niebo. Trasa jednak była w większości zacieniona, więc nie bylo to aż tak uciążliwe. Najbardziej odkrytym fragmentem był sam jej początek, a mianowicie Wąwóz Szopczański. Jest to jednak miejsce tak malownicze, że warte nawet przemierzania go w upale. Każdemu, kto zastanawia się nad wyborem trasy na Trzy Korony mogę powiedzieć: koniecznie przez Wąwóz Szopczański! Na Przełęczy Szopka spotykamy grupę młodzieży (w wieku studenckim), która od razu nawiązuje porozumienie z naszym Stasiem. Jeszcze kilkakrotnie będziemy się mijać ponieważ nasze drogi rozejdą się gdy wspomniana grupa zejdzie do Krościenka a my ruszymy na Sokolą Perć i Sokolicę.

podejcie

Na Trzy Korony docieramy w samo południe. Samo wejście na platformę widokową na Okrąglicy jest płatne (5zł, bilet obejmuje również Sokolicę) i jest to przejście po metalowych schodach i kładkach. W sezonie letnim często tworzą się kolejki. Kuzyn, który był tu tydzień przed nami stał w kolejce godzinę. Co by jednak nie wymyślać, jedno jest pewne. WARTO! Bo widok z Trzech Koron jest, jak już wspomniałam, jednym z najpiękniejszych widoków w Polsce.

trzy_korony2

Na platformie robimy kilka zdjęć i ruszamy dalej, w stronę Góry Zamkowej. Trochę się wahamy czy aby na pewno powinniśmy wybierać tę trasę, gdyż wszędzie wiszą ostrzeżenia o utrudnieniu na szlaku z powodu prac remontowych. Widząc jednak że ludzie tamtędy idą, decydujemy się przejść i my. Na Górze Zamkowej znowu spotykamy wspomnianą już grupę młodzieży, robimy kilka zdjęć i spokojnie ruszamy dalej. Spokojnie, bo Staś śpi. A jak wiadomo- wyspane niemowlę to szczęśliwe niemowlę.

Docieramy do rozejścia szlaków- żółty schodzi o Krościenka, niebieski zaś prowadzi na Sokolicę i do Szczawnicy. Wybieramy opcję Szczawnica, natomiast wspominana wcześniej młodzież Krościenko. Na tym odcinku szlaku spotykamy już wyraźnie mniej turystów. Sokolą Perć przechodzimy bez fajerwerków- decydujemy się na ominięcie zielonym szlakiem najbardziej eksponowanego fragmentu prowadzącego przez Czerteż. Docieramy pod Sokolicę i w budce, w której normalnie siedzi bileter (byliśmy tam o 17, o tej porze już nikt nie sprawdza biletów) podajemy Stasiowi obiadek. Staś oczywiście przyciąga uwagę innych turystów i nawiązuje nowe znajomości, szczególnie z płcią przeciwną. Podejście na Sokolicę daje nam w kość, ale widoki wynagradzają wszystko. Pamiętam, że gdy byłam tu po raz pierwszy nie zauważyłam najsłynniejszej sosny reliktowej w Polsce. Tym razem to nadrabiam i robię jej masę zdjęć.

sokolica1

Z Sokolicy schodzimy do przeprawy a następnie już Drogą Pienińską docieramy do Szczawnicy. Jeszcze tylko postój przy źródle Szymon i po 12 godzinach poza domem znajdujemy się znowu w naszym pokoju.

Te kilka dni w spędzone w Pieninach to jeden z niewielu naszych wyjazdów (o ile nie jedyny) gdzie przez cały pobyt nie ruszyliśmy samochodu. A tym, którzy dawno (lub wcale) w Szczawnicy nie byli polecam zajrzeć na naszą galerię by przekonać się że są jeszcze w Polsce zadbane miejscowości wypoczynkowe.

Ewa

Tatry z niemowlakiem ambitnie

Ambitnie to chyba jednak nie jest właściwe słowo. Ambitniej- byłoby poprawnie. Zaznaczam jednocześnie że nie sililiśmy się na wyczyny. Nie było takiej potrzeby- samo dojście nad Czarny Staw Gąsienicowy z niemowlakiem niesionym z przodu było dla nas wyczynem. Więc Granaty mogliśmy zostawić lepszym od nas;). I bardziej ambitnym.

Zaczynamy spokojnie- Doliną Chochołowską. Dlaczego nie znalazła się w zestawieniu najłatwiejszych tras? Ano dlatego, że w mojej opinii nie jest to już trasa na wózek. Na upartego dałoby się przejechać, ale Staś drogę tę pokonał w nosidełku i wg. mnie tak jest lepiej. Co do samej wycieczki, to właściwie trochę się nam ona nie udała, gdyż planowaliśmy wejść wyżej (na Grzesia, albo co najmniej na Przełęcz Bobrowiecką). Niestety zaraz po dojściu do schroniska lunęło i lało przez dwie godziny. Nie zdecydowaliśmy się więc na podejście wyżej po mokrym szlaku- ze Stasiem wydawało się to zbyt niebezpieczne.

chochoowska1

Podobny stopień trudności (aczkolwiek znacznie krótsza droga) ma trasa prowadząca z Kuźnic do klasztoru Albertynów. Planowaliśmy dojście do Kalatówek, ale przecież już tyle razy byliśmy na Kalatówkach… Był to dobry wybór, również ze względu na tłumy albo raczej ich brak. Na Kalatówki idzie się w dość dużym towarzystwie innych turystów, do klasztoru podchodziliśmy praktycznie sami.

albertyni

Kolejna trasa to tatrzański klasyk wśród tras krótkich, a mianowicie Nosal. W trasę tę wybraliśmy się zaraz pierwszego dnia po przyjeździe. Podchodziliśmy z Kuźnic i mimo że jest to tylko 200m przewyższenia, dało się je odczuć. Jak na tatrzański klasyk przystało ludzi multum. Pod szczytem zaliczamy kawałek prostej wspinaczki, który okazuje się łatwiejszy dla Radka niosącego Stasia niż dla mnie niosącej plecak. Na szczycie podziwiać można nie tylko tatrzańskie widoki, ale również kolejkę do kolejki na Kasprowy Wierch. Ze szczytu Nosala zeszliśmy do Doliny Olczyskiej. Jest to krótka, ale niezwykle urokliwa dolina, w której nigdy wcześniej nie byłam. Największą atrakcją była przepiękna polana, na której rozłożyliśmy kocyk i pozwolili Stasiowi pobrykać. Schodzimy do Jaszczurówki, dzielnicy Zakopanego, znanej przede wszystkim z mieszczącej się tu kaplicy zaprojektowanej przez Stanisława Witkiewicza ojca, a będącej kwintesencją stylu zakopiańskiego:

jaszczurwka

No i ostatnia, zdecydowanie najbardziej wymagająca trasa jaką udało nam się przejść. Trasa przez Boczań i Murowaniec nad Czarny Staw Gąsienicowy. Polecam tylko osobom naprawdę wytrzymałym. Tak jak dojście do Murowańca nie było dla nas żadnym problemem (w trakcie podejścia na Boczań Stasiek nie przejmując się niczym uciął sobie krótką drzemkę) i zdążyliśmy tam być zanim naprawdę zaczął się ruch turystyczny, tak późniejsze zejście Doliną Jaworzynką, zwłaszcza jej pierwszym, bardzo stromym odcinkiem czuliśmy już w kolanach. Jeżeli do tego dodać całodniowy upał i brak polanki do rozłożenia kocyka (co nie znaczy że się nie rozłożyliśmy, po prostu miejsce nie było optymalne) to wycieczkę można uznać za wyczerpującą. Plusem był brak deszczu a także przepiękne zdjęcia jakie udało się nam zrobić. Ja dodatkowo spotkałam rodzinę kozic, gdyż wraz z kuzynem wybraliśmy się nieco powyżej Czarnego Stawu- do Koziej Dolinki.

czarny_staw_gsienicowy

Na koniec przytoczę zabawną sytuację, która spotkała nas właśnie nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Grupa turystów widząc Radka niosącego Stasia w nosidle zapytała: skąd pan wziął ten bagaż? Na co mój mąż odparł: a znalazłem na szlaku, więc wziąłem. Ze strony turystów padł komentarz: a to już wiemy skąd się biorą dzieci.

Ewa

A i jeszcze tablica nad potokiem wypływającym z Kuźnic. Również nas ubawiła:

wszyscy_umrzemy

Tatry z niemowlakiem

Choć pierwszymi wysokimi górami, które zobaczył Staś były Alpy, to nasze polskie Tatry okazały się być dla nas prawdziwym wyzwaniem. Po pierwsze Staś jest coraz większy (i cięższy), po drugie w Alpach wybieraliśmy głównie trasy z wózkiem lub kolejką, a w Tatrach takie możliwości są ograniczone. Co nie znaczy że ich nie ma. I właśnie od takich najprostszych tras chciałabym zacząć. Na pierwszy ogień proponuję wózkowy klasyk, czyli Morskie Oko.

morskie_oko

Jest to bez wątpienia najłatwiejsza trasa w Polskich Tatrach, choć długa, żmudna i sama w sobie mało ciekawa. Ciekawy jest za to finał (jeden z najpiękniejszych widoków w Polsce) i dalsze możliwości, z których nie omieszkaliśmy skorzystać. Wózek zostawiliśmy obok schroniska, Małego wsadziliśmy w nosidło i ruszyli w górę, w stronę Wrót Chałubińskiego. Doszliśmy do Dolinki za Mnichem i zdecydowali o powrocie. W zasadzie to zadecydowała pogoda strasząc nas nadciągającym deszczem. Deszczem, przed którym nie udało nam się uciec, a który Staś i ja spędziliśmy na konnym wozie wożącym turystów na trasie do Morskiego Oka (Radek schodził, a w zasadzie zbiegał). Gdyby nie Staś nigdy bym się na takie rozwiązanie nie zdecydowała i zdecydowanie go nie polecam. Z różnych względów, które jednak były na tyle nieprzyjemne że nie chcę ich przytaczać. Z informacji praktycznych: żeby zdążyć zaparkować na Palenicy Białczańskiej trzeba być przed 8 rano. Parking kosztuje 20 zł za cały dzień.

Drugi Tatrzański klasyk to Dolina Kościeliska. Tu również trasę pokonujemy z wózkiem i również decydujemy się na coś więcej niż sama Dolina, zostawiając Stasia pod bardzo dobrą opieką. I tu pozwolę sobie wytłumaczyć, dlaczego w szczycie sezonu zdecydowaliśmy się na Zakopane. Jak mówi przysłowie: cygan dla towarzystwa dał się powiesić, tak i my chcąc spędzić wakacje z moją rodziną ze Szczecina postanowiliśmy dołączyć do ich corocznego, rodzinnego wypadu w Tatry. Wracając do Doliny Kościeliskiej. Jest to jedna z piękniejszych dolin tatrzańskich:

polana_pisana

Dodatkowo obfituje ona w liczne atrakcje, jakimi są jaskinie. Do zwiedzania udostępnione są 4 jaskinie: Mroźna, Smocza Jama, Mylna i Raptawicka. Dwie pierwsze zwiedziłam jako dziecko. Radek zawsze powtarzał: jak nie byłaś w Mylnej, to nigdzie nie byłaś. Nie mogłam więc przegapić takiej okazji. Staś został pod czują opieką dwóch wujków i kuzyna, a my z Radkiem oraz najmłodsza część naszej rodzinnej wyprawy ruszamy na podbój jaskini Mylnej. Po drodze zaliczamy jeszcze jaskinię Raptawicką- okazuje się ona być wielką dziurą, do której schodzi się po drabinie. Co innego jaskinia Mylna. Tu zwiedzanie faktycznie obfituje w masę atrakcji. Począwszy od trudności orientacyjnych (w końcu trzeba się w Mylnej pomylić) skończywszy na czołganiu, przeciskaniu plecaków (to nas szczęśliwie ominęło), wodzie czy łańcuchu w końcowej części. Ogólnie polecam wszystkim, jednak po uprzednim założeniu gorszych ciuchów. Z informacji praktycznych- parking w Kirach to również 20 zł, ale trudności z zaparkowaniem zdecydowanie mniejsze niż w Palenicy.

Dwa ostatnie miejsca są już zdecydowanie niszowe. To słowackie doliny: Białej Wody oraz dolina Zadne Medodoly prowadząca na Kopskie Sedlo w Tatrach Bielskich. Do Białej Wody startujemy z Łysej Polany, niestety za sprawą pogody docieramy mniej więcej na wysokość schroniska w Starej Roztoce. Do tego miejsca z pewnością można dojechać wózkiem, co dalej niestety nie wiemy. Dwie godziny spędzamy pod wiatą, po czym wracamy do auta nie chcąc ryzykować przemoczenia Stasia.

W drugą dolinę ruszamy z miejscowości Tatranska Javorina (parking 3,5 euro za cały dzień). Dochodzimy do wysokości ok. 1400m n.p.m. do dosyć charakterystycznego miejsca. Znajdują się tu dwa drewniane niedźwiedzie oraz dwie wiaty.

misie1

Dalszy szlak nie pozwala niestety na przejazd wózkiem. Kończąc jednak wyprawę w tym miejscu zdecydowaliśmy się podejść na polanę (ok. 50m od wspomnianych wiat) w celu zrobienia kilku zdjęć Tatrom Bielskim z drugiej strony. Poniżej mniej znany widok na Hawrań i Płaczliwą Skałę:

havra

Opisane przeze mnie trasy nie są oczywiście jedynymi jakie można przejechać w Tatrach dziecięcym wózkiem. Są po prostu tymi, które udało się nam zaliczyć. Podróżując z tak małym dzieckiem nie należy nastawiać się na wysokogórskie osiągnięcia, a raczej na spacery. Mimo to udało nam się zrobić coś więcej niż tylko przejścia z wózkiem, ale o tym napiszę w drugiej części relacji z tatrzańskich przygód Stasia.

Ewa

Czantoria jakiej nie znacie

Czantoria. Każdy, kto choć raz był w Beskidzie Śląskim z pewnością zna ten szczyt. Zdobywany przez wszystkie kolonie i wycieczki szkolne, dla każdego i na wyciągnięcie ręki. A to wszystko dzięki kolejce linowej, którą pokonujemy większość przewyższenia. Z kolejki na szczyt jest już tylko 15 minut. Choć i to potrafi być za dużo. Czasem zastanawiam się, czy nie można by wprowadzić opcji bez zsiadania z krzesełka- oszczędziłoby to czas i siły zmęczonych wjazdem. Jeżeli jednak potrafimy obejść tłumy kolejkowych turystów, Czantoria potrafi być naprawdę piękna.

owce

Zaczęłam od krytyki kolejki, jednak ostatnimi czasy, gdy podróżujemy we trójkę kolejki są nam bardzo bliskie;) Nie inaczej było i tym razem. Zdecydowaliśmy się jednak na wyciąg prowadzący z Poniwca. To był świetny wybór, bo ludzi bardzo mało a kolejka o połowę tańsza niż ta prowadząca z Ustronia- Polany. Stacja górna kolejki znajduje się między Czantorią Wielką a Małą. Biorąc pod uwagę, że większość turystów dociera jedynie na szczyt (Ci bardziej wytrwali do czeskiego schroniska, 10 minut po równym od szczytu) możemy się rozkoszować otoczeniem a nie przepychać w tłumie. Staś jest tym razem w nosidełku i zamiast jechać w wózku, jedzie na tacie.

Ruszamy w paszczę lwa (tj. na szczyt Czantorii Wielkiej) gdyż jest piękna widoczność i grzechem byłoby nie zrobienie zdjęć z wieży widokowej. I tu uwaga praktyczna. Każdemu, kto chciałby powtórzyć naszą trasę radzę kupić bilet na wieżę razem z biletem na kolejkę w Poniwcu. Kupując bilet na wieży strasznie przepłacamy. Na wieży udaje nam się zrobić kilka pięknych widoków. W dole Wisła, w tle pasmo Baraniej Góry:

barania_i_wisa

Na pierwszym planie Jawornik i Soszów:

soszw

Następnie uciekamy od tłumów aby zdobyć jeszcze jeden szczyt- Czantorię Małą. I to już jest zupełnie inna bajka. Na szlaku spotykamy dosłownie kilka osób, a na szczycie nikogo. I tu należy się małe sprostowanie. Otóż miejsce, w którym stoi tablica informująca że znajdujemy się na szczycie Czantorii Małej, w rzeczywistoście szczytem wcale nie jest. Szczyt jest 100m dalej. Prowadzi na niego szeroka droga, ale nie jest to szlak. Na właściwym szczycie znajduje się triangular. I przepiękna polana. Ostatnim razem byłam tu w kwietniu, więc trawa była niska. Teraz mogliśmy się w trawie schować:

czantoria_maa

W końcu wyszukaliśmy sobie miejsce idealne na przerwę obiadową Stasia i chwilę wytchnienia. Siedząc tam naprawdę ciężko było uwierzyć, że znajdujemy się jakąś godzinę od najbardziej ruchliwego miejsca w Beskidzie Śląskim. Po dłuższej przerwie trzeba było niestety zebrać się i wrócić. Początkowo wahaliśmy się czy nie schodzić pieszo, ale ponieważ Stasiek zdradzał już tendencje do spania a my byliśmy głodni zjechaliśmy kolejką do Poniwca. W dalszym ciągu ciesząc się brakiem ruchu i bezproblemowym wyjazdem z parkingu.

Nigdy nie lubiłam Czantorii ze względu na panujący tutaj ruch. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że nawet w najbardziej turystycznym miejscu można znaleźć się na odludziu. Trzeba tylko wiedzieć gdzie i jak szukać.

Ewa

Góry dla każdego czyli Hala Boracza

Gdybym miała podsumować nasze ostatnie wyjazdy w góry, to określiłabym je jako zbiór tras do przejścia z dziecięcym wózkiem.

wzek

Zaczęliśmy od Soszowa, potem Szyndzielnia i Klimczok, Przysłop a ostatnio Hala Boracza. Tym sposobem zostawiamy za sobą Beskid Śląski i przenosimy się w Beskid Żywiecki.

Beskid Żywiecki jest wyższy, rozleglejszy i mniej zagospodarowany od Beskidu Śląskiego. Do niedawna jego największą wadą był dojazd. Droga łącząca Bielsko z Żywcem to prawdziwy koszmar. Była to zresztą przyczyna naszej niechęci do tego pasma górskiego- ze wszystkich gór położonych w promieniu 120 km od Zabrza to właśnie w Beskidzie Żywieckim bywaliśmy najrzadziej. Dlatego gdy w zeszłym tygodniu Radek usłyszał że otwarto nową drogę ekspresową łączącą Bielsko z Żywcem decyzja nie mogła być inna. Beskid Żywiecki, a konkretnie Hala Boracza. O tym drugim wyborze zadecydował Staś, gdyż asfalt z Żabnicy prowadzi prawie pod samo schronisko. To niestety potrafi być również przekleństwem. Pomimo zakazu ruchu (nie obejmującego mieszkańców) samochodów było sporo. W większości byli to „turyści”. Podjeżdżali pod schronisko, wypijali piwo, czasem zjadali słynną jagodziankę (bo schronisko na Hali Boraczej z jagodzianek słynie) następnie wsiadali do samochodu i zjeżdżali w dół. Na zasłużony odpoczynek, bo przecież cały dzień byli w górach. To nie jest tak, że mam coś przeciwko podjeżdżaniu najdalej jak się da. Sami również podjeżdżamy jak najbliżej można. Ale nie wjeżdżamy tam gdzie nie można. A tam wyraźnie ustawiony jest znak zakazujący wjazdu. Wracając jednak do naszej wycieczki- jak na trasę prowadzącą asfaltem przystało, nie jest droga na Boraczą zbyt ciekawa. Ciekawie zaczyna być, gdy dochodzimy na pewną wysokość i zaczynają się widoki:

widok

Szczególnie ładnie widać pasmo Romanki, Rysianki i Lipowskiej. Widoczność nie była niestety oszałamiająca gdyż od samego rana w powietrzu wisiała burza. Zdążyliśmy jednak zrobić kilka zdjęć, odpocząć przed schroniskiem, a Staś nacieszył się widokiem innych dzieci i psów. Bo małe istoty jak dzieci i zwierzęta są ostatnio jego ulubionymi widokami.

hala_boracza

Zejście tą samą asfaltową trasą przebiegło nam w ekspresowym tempie dyktowanym przez zmieniającą się pogodę, czyli nadciągające chmury. Mieliśmy jednak masę szczęścia, bo pierwsze krople spadły w momencie gdy wsiedliśmy do samochodu. Trochę to pokrzyżowało nasze dalsze plany, gdyż w drodze powrotnej chcieliśmy zatrzymać się przy bunkrach w Węgierskiej Górce. Niemniej jednak nic straconego. Nowa, wspaniała droga z pewnością sprawi, że będziemy się w tych rejonach pokazywać znacznie częściej niż do tej pory.

Ewa

Ferraty austriackie- pierwsze doświadczenia

Kiedy w 2013 roku wpadłam na pomysł żeby na urlop wybrać się do Austrii na ferraty, Radek powiedział nie. Jak ferraty to Dolomity i Włochy. Tamte wakacji spędziliśmy więc w Alpach Włoskich. W tym roku wybór padł na Austrię. Mimo że program wyjazdu był mocno podporządkowany pod wymagania Stasia, udało nam się zaliczyć także dwie ferratki.

austriackie_ferraty

Szukaliśmy ferrat krótkich (max. godzina), łatwych (max. C), niewymagających podejścia i w promieniu 50km od naszego miejsca zamieszkania. I choć Austria jest krajem, w którym ferrat jest najwięcej, to biorąc pod uwagę wszystkie powyższe wymagania nie było ich wcale aż tak dużo. Ostatecznie udało się nam przejść dwie (choć ja właściwie przeszłam 1,5).

Pierwsza ferrata to Seewand-Zauchensee oczywiście w miejscowości Zauchensee. W zasadzie trudno to nazwać miejscowością. Jest to raczej nagromadzenie hoteli i wyciągów narciarskich. No i nasza ferrata. Spełniała nasze założenia idealnie, także po uzbrojeniu się w sprzęt oraz pozostawienia Stasia pod czujnym okiem babci (dziadka zabraliśmy ze sobą) ruszyliśmy w górę. Pierwsza część trasy biegnie po zacienionej skale. To potęgowało trudność, gdyż skała była bardzo śliska. Po przejściu tego odcinka, dochodzi się do mostku linowego. W tym miejscu można też podjąć decyzję o zakończeniu trasy i zacząć schodzić. My jednak zdecydowaliśmy się na mostek, a w zasadzie dwa mostki. Na końcu trasy jest krzyż, przy którym obowiązkowo robimy zdjęcie a następnie schodzimy.

zauchensee

Zejście nie wymaga żadnej wspinaczki, to po prostu zejście. Oficjalnie trasa zajmuje 45 minut, nie wiem jednak czy zajęło nam to aż tyle. Była to całkiem przyjemna ferratka, jednak jest to przejście „sportowe”- największą atrakcją jest właśnie ferrata, widoków, czy atrakcyjnego szczytu brak.

Druga wybrana przez nas ferrata to Laserer Alpin Steig nad jeziorem Gosausee, niedaleko masywu Dachstein. O tej ferracie spokojnie mogę powiedzieć, że była najciekawszą w moim życiu. Cała atrakcja polega na tym, że część trasy przebiega nad taflą wody. Jest to niesamowite wrażenie, choć u niektórym może potęgować lęk.

gosausee

Na drugą część trasy (którą Radek przeszedł sam, ja zrezygnowałam) prowadzi drabinka, a ciekawostką jest wiszący mostek. Był on dłuższy, zawieszony wyżej i ogólnie bardziej wymagający niż na ferracie opisanej wcześniej.

drabinka

A tu ferrata z drugiego brzegu jeziora i kilka widoków:

drugi_brzeg

Pomijając bardzo atrakcyjną ferratę, Gosausee może być także miejscem startu na Dachstein. Znaki informowały nas, że do schroniska Adamek hutte było ok. 4,5h.

Podsumowując chciałabym zaznaczyć, że całe otoczenie Gosausee jest przepięknie a trasa naokoło jeziora jest naprawdę dla każdego. Dlatego szczerze polecam każdemu, nie tylko miłośnikom ferrat i chętnym na zdobycie Dachsteinu.

Ewa

W góry z centrum miasta czyli Szyndzielnia i Klimczok

Nasz Staś ma już ma swoim koncie dwutysięczniki (zdobyte co prawda kolejką i na rękach taty) ale są to szczyty alpejskie. A czas żeby poznawał nasze, polskie góry. Po wycieczce na Soszów kolejną jest wyprawa na Szyndzielnię i Klimczok.

stas_na_szczycie

Szyndzielnia i Klimczok są o tyle ciekawymi szczytami że dostajemy się tu praktycznie z centrum miasta. Jeśli do tego dołożyć kolej gondolową to zapowiada się naprawdę prosto. A czy tak było?

Pierwszą, jakże nieprzyjemną niespodzianką był parking pod kolejką. Mieści się on spory kawałek od kolejki i kosztuje 10 złotych… Jasne że są droższe miejsca (za parking w Salzburgu zapłaciliśmy ponad 15 euro) ale uważam że to przesada.

Kolejką bez problemu dostajemy się na górę, skąd spacerkiem na Klimczok, mijając schronisko na Szyndzielni. No i tu zaczyna się problem. Z wózkiem jest to spacer wyczynowy. W kilku miejscach musimy wózek przenosić. Najgorszy jest odcinek od schroniska Szyndzielnia do drogi biegnącej grzbietem na Kilmczok (schronisko znajduje się poniżej szczytu Szyndzielni). Potem już spokojnie wjeżdżamy na szczyt (choć ostatnia prosta jest mocno pod górę) i robimy sobie przerwę.

Schodząc ze szczytu w stronę Siodła pod Klimczokiem warto zajrzeć do Chatki u Tadka. Ciężko opisać to miejsce, trzeba je po prostu zobaczyć. Jest to drewniana wiata, pełna pamiątek. Najpopularniejszą są kamienie przyniesione z innych szczytów górskich.

u_tadka

Z Siodła wracamy czerwonym szlakiem. Trasa jest przyjemna, pomijając już wspomniany odcinek w okolicach schroniska Szyndzielnia. W schronisku robimy sobie dłuższy postój i dopiero tu orientujemy się która godzina. Była 14,30 a my zdążyliśmy ledwo przejść z górnej stacji kolejki na Klimczok i z powrotem… Posiadanie dziecka przenosi do innej czasoprzestrzeni, a my póki co dopiero uczymy się w niej poruszać.

W dół schodzimy czerwonym szlakiem, który wiedzie drogą dojazdową do schroniska. Po drodze zatrzymujemy się w schronisku na Dębowcu oraz przy stojącej obok kaplicy. Bardzo ciekawa jest ta kaplica, a dostać się tu niezmiernie łatwo gdyż na Dębowiec kursuje kolejka krzesełkowa.

p7045256

Ale Szyndzielnia i Klimczok to nie tylko kolejka i tłumy ludzi. Można tu dojść wieloma szlakami, z których godną polecenia opcją podejście z Bystrej Krakowskiej przez Magurę. Koniecznie czerwonym szlakiem. Po mniej więcej po 15 minutach od startu szlak czerwony przecina szlak niebieski, również prowadzący do schroniska na Klimczoku. Mimo że jest to opcja krótsza, jest zdecydowanie mniej ciekawa- w całości biegnie w lesie. Czerwony szlak prowadzi grzbietem, podejście jest co prawda bardziej strome niż wspomnianym niebieskim szlakiem, ale także bardziej widokowe.

przez_magure

Po ok. 1,5h docieramy na szczyt Magury. I tu ciekawostka. Schronisko na Klimczoku w rzeczywistości znajduje się na strokach Magury. Przed wojną znane było jako schronisko na Magurze. Zostawiamy za sobą szczyt i po około pół godzinie docieramy na Klimczok. Ze szczytu schodzimy do przełęczy Kołowrót. I dalej zielonym szlakiem do Bystrej Krakowskiej.

Na koniec coś, czego nie polecam. Chodzi o podejście na Klimczok ze Szczyrku. Zdecydowanie najkrótsze (z parkingu na Siodło pod Klimczokiem jest niecała godzina). W zasadzie to nie jest tak że tej opcji nie polecam. Po prostu uważam że jest najmniej atrakcyjna. Także po wyczerpaniu ciekawszych opcji (do tych należałoby jeszcze dołożyć podejście z Wapienicy oraz przez Błatnią) trasę ze Szczyrku proponuję przejść na samym końcu.

Ewa

Hallstatt- bajkowe, austriackie miasteczko

Hallstatt to niewielkie (wg. Wikipedii zamieszkałe przez 780 osób) urocze, austriackie miasteczko. Cóż więc sprawia, że rocznie odwiedza je 800000 turystów? Mało tego. Hallstatt jest jedynym miastem, które doczekało się swojej chińskiej kopii. Kopia ta zresztą wywołała w Austrii niemałe oburzenie, z którym całkowicie się nie zgadzam. Wszak nie od dziś wiadomo, że naśladownictwo jest najwyższą formą pochlebstwa.

Każdy, kto spojrzy na najsłynniejszą panoramę Hallstattu (nie mam własnej, posłużę się więc tą powszechnie dostępną w internecie) odniesie wrażenie że to miejsce bajkowe. W zasadzie ciężko uwierzyć że istnieje realnie. Jednak gdyby jedyną atrakcją Hallstattu był ten uroczy widok nie byłoby to miejsce tak tłumnie odwiedzane, a jedynie urocze jak tysiące innych tego typu alpejskich miasteczek. Tak nie jest, Hallstatt jest marką samą w sobie. Decydując się na spędzenie tegorocznego urlopu w okolicach Salzburga, byłam pewna, że to jest jedno z tych miejsc, które koniecznie chce zobaczyć. I nie chodziło jedynie o to by znaleźć się w tej baśniowej krainie. Bo Hallstatt ma do zaoferowania znacznie więcej, a spędzone tam przeze mnie 3 godziny pozwoliły na skorzystanie zaledwie z ułamka oferowanych tu atrakcji.

hallstatt

Zacznę jednak od tego, co się nam udało. Jedną z rzeczy, z których słynie Hallstatt jest kaplica czaszek. Tak wiem, w Polsce też jest. Ale z mojej wiedzy wynika, że takich kaplic jest w Europie 3: w Czermnej (Polska), Kutnej Horze (Czechy) oraz właśnie w Hallstadzie (Austria). Motywem powstania kaplicy w Hallstadzie był problem z grzebaniem zmarłych na miejscowym cmentarzu- znajdował się on na półce skalnej, trumny często wkładane były do grobów pionowo. Dlatego utworzono kaplicę, w której umieszczano kości zmarłych po 15 latach od pochówku- zwalniano w ten sposób miejsce na cmentarzu. Ciekawostką jest, że czaszki przed umieszczeniem w kaplicy zdobiono. Ostatnia czaszka została umieszczona tu w 1995 roku i w każdej chwili każdy z mieszkańców może wyrazić życzenie znalezienia się tu po śmierci.

kaplica1

Udało nam się zajrzeć do dwóch kościołów- katolickiego oraz ewangelickiego. Wieża kościoła ewangelickiego jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów w słynnej panoramie Halstadu. Jednak sam kościół większego wrażenia na mnie nie zrobił. Co innego kościół katolicki. Śmiało mogę przyznać, że to jeden z najciekawszych kościołów jakie w życiu widziałam. Wnętrze jest podzielone w środku rzędem kolumn na pół. I w każdej połowie znajduje się przepiękny, gotycki ołtarz:

kosciol

Przeszliśmy się po sklepach i kupili trochę pamiątek. Najciekawszą z nich było piwo o nazwie, a jakże, Hallstatt:

p7035219

Było to jedno z najdroższych piw w moim życiu (6x330ml za 10 euro) ale śmiało mogę powiedzieć że było warto.

Z atrakcji, których nie doświadczyliśmy osobiście najbardziej żałuję ferraty. Ferrata jest naprawdę pięknie poprowadzona, nie bardzo trudna (maksymalnie D i to na niewielu odcinkach) a jej koniec jest przy wejściu do zabytkowej kopalni soli. Do kopalni tej można dojechać również kolejką linowo- terenową (jak na Gubałówkę). Kopalnia jest kolejną rzeczą, której nie widzieliśmy, ale tu nie żałuję aż tak bardzo. Bardzo natomiast żałuję, że nie zdążyliśmy na rejs statkiem po jeziorze Halsztadzkim. Myśleliśmy nawet żeby wynająć motorówkę lub rower wodny (kicz- potworek w kształcie gigantycznego łabędzia) ale zrobiło się późno i od wody było już naprawdę chłodno.

Jeżeli wziąć pod uwagę kilka powyższych atrakcji, które nas ominęły i dodać do tego bliskość Dachsteinu, Hallstatt jest miejscem do którego z pewnością wrócimy. Jak tylko Staś dorośnie do rozmiaru dziecięcej uprzęży.

Ewa

Ogrodzieniec dziś

Jako dziecko często słyszałam straszne historie z Ogrodzieńca: o czarnym psie dzwoniącym łańcuchem, o Birowskiej Skale z której niegdyś zrzucano skazańców, o postaciach zmarłych wędrujących po cmentarzu w Ogrodzieńcu. Ogrodzieniec jawił mi się, jako najbardziej nawiedzone miejsce w Polsce. Tymczasem Ogrodzieniec to nastawione na turystykę, przyjemne miasteczko, w którym oprócz zwiedzania zamku można przyjemnie spędzić wolny czas. Jest tu park miniatur, park linowy, restauracje czy luksusowe spa. My zdecydowaliśmy się na coś najbardziej charakterystycznego dla tego miejsca, czyli skałki.

O tym, że całkowicie nie byliśmy do tego przygotowani i przekroczyło to nasze możliwości już pisałam. Więc może na nasze poczynania spuśćmy zasłonę milczenia. Jeżeli ktoś natomiast jest zapalonym wspinaczem, to z pewnością te skałki zna i niczego nie trzeba mu tu rekomendować. Natomiast dla tych, którym wspinaczka jest całkowicie obca mogę polecić następujący program wycieczki.

Zaczniemy od tego, z czego Ogrodzieniec słynie czyli od zamku:

wejscie1

Najpierw proponuję wycieczkę dookoła zamku. Przed bramą wiodącą na dziedziniec zamkowy należy skręcić w lewo. Mijamy oblegane przez wspinaczy skałki i dochodzimy do punktu, który śmiało nazwać można punktem widokowym. Polecam zrobić kilka zdjęć, gdyż z tej perspektywy zamek prezentuje się niezwykle okazale.

Dodam jeszcze że trasa wiodąca naokoło zamku jest na tyle prosta, że przeszliśmy ją z wózkiem. Może tylko dwa razy trzeba było wózek przenieść. Ostatnia częśc trasy prowadzi przez dziedziniec turniejowy zamku. Powiem szczerze że byłam trochę zaskoczona że jest taki mały.

Po zakupie biletów wchodzimy za mury zamku. Znajduje się tutaj sporo ławek, więc to dobre miejsce na chwilę przerwy. Nie napisałam jeszcze jednej, bardzo ważnej rzeczy. Warunkiem udanego zwiedzania Ogrodzieńca jest ładna pogoda. To nie jest pałac w Pszczynie. To jest ruina. Zwiedzając ją chodzimy w większości po otwartej przestrzeni.

dziedziniec

Jak już wspominałam, zwiedzałam zamek wielokrotnie. W zasadzie to weszliśmy tam bez żadnych oczekiwań, był to dla nas właściwie rodzaj spaceru. Tymczasem trasa zwiedzania była dokładnie przygotowana i obejmowała także wystawy i ekspozycje, których nigdy wcześniej w Ogrodzieńcu nie było. Zwiedzanie zaczyna się od najstarszej części zamku- zamku wysokiego. W trakcie zwiedzania poruszamy się po metalowych schodach i platformach. Oglądanie kolejnych pomieszczeń zamku (sypialnia Bonera, kuchnia kurna, biblioteka) wymaga nie lada wyobraźni. Tak jak funkcji kuchni można się domyśleć, tak biblioteka to już tylko pomieszczenie z tabliczką opisującą dawne jego funkcje.

zwiedzanie

Kolejnym pomieszczeniem do którego trafiamy jest muzeum zamkowe. I tu ciekawostka. Nie dość że dostępna jest prezentacja multimedialna, to znajdują się tu dwie miniatury zamku. Jedna przedstawia okres jego świetności (na zdjęciu poniżej), druga stan obecny.

czasy_wietnoci

Dalej trasą zwiedzania schodzimy w dół Bastionu Bellard. Pamiętam że były tu niegdyś puste pomieszczenia, z otworami strzelniczymi. Obecnie jest tu wystawa przedstawiająca historię broni. Wystawa jest niewielka ale ciekawa. Przedstawiono jak zmieniał się uzbrojenie na przestrzeni istnienia zamku, aż po dzień dzisiejszy. Kolejne miłe zaskoczenie przeżywamy widząc odbudowane drewniane krużganki, którymi (a jakże!) biegnie trasa dalszego zwiedzania.

wntrza

Potem jeszcze (część znajdująca się nad bramą) i schodzimy w dół, na dziedziniec pański. Ciekawostką są widoczne wówczas wykute w skale oryginalne schody (przypominam że my przez większość zwiedzania poruszamy się po współczesnych schodach i platformach, głównie metalowych).

schody

Ostatnią rzeczą, o której chciałam wspomnieć jest kościół parafialny w Ogrodzieńcu. Znajduje się on kilka kilometrów od zamku, we właściwej części Ogrodzieńca. Kościół pochodzi z XVIIw. i utrzymany jest w stylu barokowym. Najciekawsze są jednak drzwi na plebanię. Są to oryginalne drzwi z zamku.

Dla miłośnika wspinaczki Ogrodzieniec, jak i cała Jura jest miejscem, w którym można spędzić urlop (sporo kwater prywatnych, żadnych problemów z noclegiem). Dla zwykłego turysty to bardzo przyjemna, jednodniowa wycieczka do której serdecznie zachęcam.

Ewa

Wielki Soszów czyli Beskid Śląski z małym dzieckiem

Nadszedł ten dzień, kiedy nasz syn zdobył swój pierwszy górski szczyt. Co prawda słowo zdobył jest tu nieco na wyrost, poprawniej byłoby: po raz pierwszy w życiu znalazł się na górskim szczycie. Nie był oczywiście tym faktem podekscytowany tak jak my, nie był również tak bardzo zmęczony. Ale na szczycie był:

p60645262
Korzystając z pięknej pogody i długiego weekendu postanowiliśmy wybrać się w góry. Zdecydowaliśmy się na leżący najbliżej nas Beskid Śląski. Jako że Staś podróżował w wózku, wybraliśmy szczyt na który prowadzi droga- Soszów Wielki. Oczywiście można było pójść na łatwiznę i wjechać kolejką, ale to nie dla nas. Niech Młody od samego początku nabiera dobrych nawyków.

Wystartowaliśmy z parkingu obok dolnej stacji kolejki krzesełkowej. Jako że to nie sezon (jak wiadomo na Soszowie sezon jest zimą) parkingi były bezpłatne. Już sam początek trasy dał się nam we znaki, bo co prawda był asfalt (co ułatwiało pchanie wózka) to jednak nachylenie było całkiem spore. No i zero cienia- startowaliśmy ok. 12 w południe.

p6064516

Całą trasę na szczyt pokonaliśmy drogą, do której w pewnym momencie dobija niebieski szlak. Wcześniej jednak asfalt się kończy a droga przechodzi w zwykłą drogę szutrową. Niestety dla niektórych zmotoryzowanych to żaden problem i piłują na sam szczyt. Pół biedy jeżeli terenówką, gorzej jeśli dieslem. Po przejeździe takiego „górskiego zdobywcy” zostaje tylko tuman wzbitego kurzu i piachu. Średnio przyjemne.

Po ponad godzinie dotaczamy się do schroniska. Schronisko na Soszowie jest jednym z przyjemniejszych w Beskidzie Śląskim, więc robimy baaaardzo długą przerwę w czasie której nasz syn z zachwytem ogląda absolutnie wszystko i wszystkich. Poznajemy też grupę „plecakowych” turystów, którzy dwa dni wcześniej wyruszyli ze Stożka, by następnie przez Przysłop, Baranią Górę, Salmopol, Równicę, Czantorię i na końcu Soszów powrócić na Stożek. Wreszcie ruszamy na szczyt. Trudności jak poprzednio- największą jest wózek. Ale po dłuższej chwili znajdujemy się na Szczycie Wielkiego Soszowa z którego roztacza się piękny widok:

p6064529

Dla Staśka to także pora obiadu, który jednak okazuje się deserem w postaci jabłuszka z winogronami i ryżem (chwała temu, kto wymyślił słoiczki dla dzieci!).

Schodzimy tą samą trasą. Okazuje się jednak, że wjechać owszem, było ciężko, ale zjechać jest jeszcze trudniej. Robimy więc zamianę- ja biorę plecak, a Radek Młodego. I tak szczęśliwie docieramy do zaparkowanego na samym środku nasłonecznionego parkingu czarnego samochodu…

W drodze powrotnej do domu robimy jeszcze jeden przystanek- w Ustroniu. Pamiętam centrum Ustronia sprzed kilkunastu lat. Wiem że sporo się zmieniło, dlatego postanawiamy zobaczyć co. Zatrzymujemy się w rejonie amfiteatru i ruszamy na krótki spacer po okolicy. W amfiteatrze jest jakaś impreza, ludzi jest bardzo dużo ale to w końcu długi weekend. Mimo to bez problemu znajdujemy przyjemną ławeczkę w cieniu. Na koniec Staś dosiada rysia:

p6064537

i tym miłym akcentem kończy swoją pierwszą wyprawę w góry.

Ewa