Ogrodzieniec- legendy znane i nieznane.

Słowo wstępu. Tekst o Ogrodzieńcu miałam gotowy już ponad tydzień temu, ale mimo że bywałam tam wielokrotnie od dzieciństwa (moja mama pochodzi z Ogrodzieńca), nie miałam odpowiednich zdjęć. Nie pozostało mi więc nic innego, jak spakować się i jechać uzupełnić materiały. Rozważałam różne opcje. Stanęło na tym że oprócz męża i syna zapakowałam mamę (a niech się nacieszy rodzinnymi stronami) i uprzęże oraz linę (skoro babcia zostaje z Młodym, my możemy iść na skałki). Babcia owszem, z Młodym została, ale my, dwie ciepłe kluchy (ostatni raz byliśmy na ściance w styczniu 2014 roku) poobijaliśmy się solidnie, a sukcesów nie było. A przynajmniej nie w tej materii. Bo mimo że w Ogrodzieńcu byłam wielokrotnie, to i tak udało mi się zobaczyć coś nowego. Ostatecznie zebrałam na tyle dużo materiału, że tekst o Ogrodzieńcu postanowiłam podzielić na dwa. Dziś pierwsza część, w której skupię się na historii i legendach.

Historia tego miejsca rozpoczyna się w XIIw. Wówczas istniał tu pierwszy gród. Warunki naturalne (wzniesienie oraz liczne formacje skalne) powodowały, iż gród był świetnie chroniony. Nie była to jednak ochrona tak dobra aby odeprzeć najazd tatarski, dlatego po spaleniu przez Tatarów drewnianego grodu w XIIIw. powstaje tu pierwszy gotycki zamek. Czasy świetności Ogrodzieńca to wiek XVI, kiedy zamek jest we władaniu krakowskiej rodziny Bonerów. Podczas potopu Szwedzkiego podupada, by ponownie odżyć pod rządami hrabiego Stanisława Warszyckiego. Niestety nie na długo. Kolejny najazd Szwedów okazuje się być początkiem końca pięknej budowli. Najdłużej zamieszkałą częścią zamku był babiniec, a ostatnie mieszkanki opuściły go na początku XIXw. Później zamek był systematycznie rozbierany przez okolicznych mieszkańców.

Jako trwała ruina zamek został udostępniony do zwiedzania w latach siedemdziesiątych XXw. Wcześniej mieszkańcom nie wolno się było do niego zbliżać. A i też nie bardzo chcieli, zwłaszcza ze względu na widywane w okolicach zamku zjawy. Najsłynniejszą z nich jest ogromny, pobrzękujący łańcuchem czarny pies. Pies jest duchem znanego z okrucieństwa hrabiego Warszyckiego. Jak bardzo okrutnym człowiekiem był hrabia można przekonać się zwiedzając znajdującą się w obrębie ruin katownię. Legenda głosi, że pies pilnuje pozostawionych w zamku kosztowności. Tyle że w zamku kosztowności już nie ma, a nie ma ich konkretnie od roku 1905…

Historię tę opowiadała mojej mamie jedna z starszych mieszkanek Ogrodzieńca w latach 50. W roku 1905 do Ogrodzieńca przyjechało wozem dwóch mówiących z dziwnym akcentem mężczyzn. W miejscowej karczmie wyprawili wielką zabawę dla mieszkańców, sami zaś wsiedli na wóz i wraz z kilkoma chłopami pojechali w stronę Podzamcza (bo zamek Ogrodzieniec mieści się tak naprawdę we wsi Podzamcze, 2km od miasteczka Ogrodzieniec). Mieli ze sobą plany zamku i z pomocą chłopów zaczęli rozkuwać ścianę muru obronnego- pomiędzy 6 a 7 otworem strzelniczym. Po odbiciu warstwy kamieni wyciągnięto za ściany trumnę. Była ona prawdopodobnie wypełniona kosztownościami zamurowanymi tutaj, aby je ukryć przed Szwedami. Trumna była tak ciężka, że kilka osób miało problem z wsadzeniem jej na wóz. Mężczyźni opłacili chłopów, a sami odjechali w stronę Pilicy. I słuch po nich zaginął. Po latach okoliczni mieszkańcy twierdzili, że byli to potomkowie dawnych właścicieli zamku przybyli tu z Ameryki. Została po nich jedynie dziura wybita w murze:

Kolejnym wyjątkowym miejscem, z którym łączy się ciekawa historia jest Sanktuarium Matki Boskiej Skałkowej. Sanktuarium wybudowano w miejscu, w którym w 1818 roku jeden z przechodzących chłopów zauważył na skale wizerunek Matki Boskiej. Chłopa do miejsca tego doprowadził obłok. Mieszkańcy umieścili w tym miejscu wizerunek Matki Boskiej i codziennie zapalali światełko wchodząc po drabinie.

Jak o każdym starym miejscu o Ogrodzieńcu można usłyszeć jeszcze wiele historii i legend. Podsłuchana na zamku przewodniczka twierdziła że w miejscu tym jest bardzo dużo złej energii. W lecie dostępne są różne atrakcje dodatkowe m.in. konie. Jednak po zmroku konie prowadzone w stronę zamku rżą i nie chcą przekroczyć bramy wjazdowej. Jeżeli tak jest w istocie, to jest to całkowicie sprzeczne z funkcją, jaką zamek pełni w dniu dzisiejszym, ale o tym napiszę w drugiej części tekstu.

Ewa

…a w drodze powrotnej z Beskidu Śląskiego

Pszczyna! Pszczyna to niewielkie miasto, leżące nad rzeką Pszczynką, prze które krajową jedynką wracamy z Beskidu Śląskiego. Niegdyś siedziba Księstwa Pszczyńskiego, dziś gównie ośrodek turystyczny. I to niezmiernie ciekawy.

Centralnym punktem miasta jest Zamek, otoczony przepięknym parkiem:

Ale my zaczynamy w innym miejscu, a mianowicie od pokazowej zagrody żubra:

Jak widać w zagrodzie żubra spotkać można nie tylko żubra- pawie chodziły wolno, a ten był wyjątkowo towarzyski.

Z zagrody żubra udaliśmy się do pałacu. Najsłynniejszą mieszkanką pałacu była księżna Daisy von Pless, żona Księcia Pszczyńskiego Hansa Heinricha XV Hochberga. Z pochodzenia była Angielką, przybyła do Pszczyny w 1891 roku. Uważana za jedną z najpiękniejszych kobiet w ówczesnej Europie. Rodową siedzibą Hochbergów był Książ, ale siedzibą księstwa była właśnie Pszczyna. W czasie I Wojny Światowej Zamek był siedzibą kwatery głównej wojsk pruskich i urzędował tu cesarz Wilhelm II. Dziś w zamku działa Muzeum Zamkowe, a do zwiedzania udostępnione są m.in. komnaty ostatniego cesarza Prus. W mojej ocenie, jest to jedno z bardziej efektownych muzeów zamkowych w Polsce, większe i ciekawsze niż bardziej znany Łańcut. My zwiedzaliśmy wystawę wnętrz XIX i XXw. oraz wystawę poświęconą właśnie Daisy.

Trochę żałuję że nie zwiedziliśmy Stajni Książęcych, ale w trakcie zwiedzania Zamku Staś usnął i trzeba było się do tego dostosować. Nie zrezygnowaliśmy natomiast ze spaceru po przepięknym parku, jaki otacza pałac:

Dodatkową zaletą jest fakt, że park jest przepięknie utrzymany a my trafiliśmy tu w najlepszym możliwym okresie czyli wiosną, gdy wszystko kwitło.

Na koniec proponuję spacer po rynku. To zaledwie dwa kroki od Zamku (swoją drogą nigdzie się z tym nie spotkałam, żeby pałac był aż tak blisko Rynku, on praktycznie stoi przy Rynku). Idąc z parku pałacowego z stronę Rynku bardzo polecam zajrzeć do kościoła Wszystkich Świętych, którego wystrój jest przepiękny. Trafiliśmy tam tuż przed majowym nabożeństwem, gdy kościół był pełen ludzi, nie chciałam więc biegać z aparatem. Ale udało mi się zrobić zdjęcie bardzo efektownych balkonów, które swoim układem przypominają raczej kościoły ewangelickie:

Rynek jest zamknięty dla samochodów, co daje nam możliwość całkiem przyjemnego spaceru. Można także zatrzymać się w jednej z okolicznych restauracji, które często serwują specjały regionu i odwołują się do śląskich tradycji kulinarnych. Rynek jest również miejscem wydarzeń kulturalnych i nie tylko, jak choćby weekend kryminalny, giełda staroci czy festiwal ceramiki- jak wyczytaliśmy w ulotce Pszczyna 2015 wszystko w najbliższych miesiącach.

Z atrakcji stałych, których nie widzieliśmy, wymienić można wspomniane wcześniej Stajnie Książęce (tu z pewnością jeszcze przyjedziemy), Muzeum Militarnych Dziejów Śląska, Muzeum Prasy Śląskiej oraz Skansen Zagroda Wsi Pszczyńskiej. Aż się prosi aby przyjechać tu w nadchodzącą noc muzeów. Jedno jest pewne- Pszczyna jest miastem, do którego warto przyjechać, a wracając z Bielska nie warto ominąć.

Ewa

Subiektywny przewodnik po Beskidzie Śląskim cz. 3

Ostatnią część mojego przewodnika chciałabym poświęcić Bielsku oraz jego okolicom. I od spaceru po Bielsku zaczniemy. Niegdyś nazywane małym Wiedniem, z pewnością jest miejscem godnym uwagi. Stare miasto z Zamkiem Książąt Sułkowskich:

Reksio rządzi;)

Ciekawymi budynkami są również dworzec kolejowy (niestety nie mam zdjęcia) i teatr:

Kolejne miejsce jest jednym z moich ulubionych- Błatnia. Błatnia jest niewysokim szczytem (niewiele ponad 900m.n.p.m.) a jej zaletą jest położenie- jest jakby pierwszym szczytem Beskidu Śląskiego. Wyznakowanych przez PTTK szlaków prowadzących na szczyt jest 5, do tego dochodzą szlaki lokalne np. harcerski. Wszystkie polecam, ale gdybym miała wybrać tylko jeden wariant, to zdecydowałabym się na opcję z zaporą w Wapienicy. Przy zaporze jest bardzo ciekawa knajpa- polecam choćby zajrzeć, aby zobaczyć wystrój. Nie jest to górski klimat, ale nic więcej nie zdradzę. Miłe odczucia budzi we mnie schronisko na Błatniej. Zawsze jest czysto i mają piękne kwiaty. I letni bufet:

Nie sposób nie wspomnieć o Szyndzielni i Klimczoku. Na Szyndzielnię prowadzi jedyna w Beskidzie Śląskim kolej gondolowa, jest to więc szczyt dostępny dla każdego. Z kolei spacer z Szyndzielni na Klimczok zajmuje 25 minut. Jeżeli doliczyć do tego fakt, że dolna stacja kolejki znajduje się w Bielsku- Białej, mieście liczącym ponad 170000 mieszkańców, to oba szczyty możemy określić mianem najłatwiej dostępnych w Beskidzie Śląskim.

Z Klimczoka możemy zejść do Szczyrku- dawnej narciarskiej stolicy Polski. Czemu dawnej? Otóż pewnej zimy mieszkańcy Szczyrku postanowili zagrodzić większość tras narciarskich w kompleksie Czyrna- Solisko tak, by uniemożliwić szusowanie. A było co uniemożliwiać- ferie miały jednocześnie województwa Śląskie i Mazowieckie. To był jeden z moich ostatnich pobytów na nartach w Szczyrku. Narciarze przenieśli się w miejsca gdzie zwyczaju grodzenia tras nie ma. Ponieważ piszę ten tekst z myślą o tych, którzy w Beskidzie Śląskim nie byli, to zachęcam do odwiedzenia Szczyrku. Jest to prawdziwy narciarski skansen, o niskim standardzie tras, wyciągów i podejścia do turysty.

Co się zaś tyczy przyjemnego szusowania, polecam Brenną. Jest to malutki ośrodek, posiadający jedynie orczyki. Jest jednak ładnie utrzymany i tańszy niż Szczyrk.

Dla mnie ma tę dodatkową zaletę, że jest najbliżej mojego miejsca zamieszkania i dojazd jest stosunkowo łatwy. Brenną polecam również na wypady letnie. Nie jest to wieś przelotowa, więc ruch samochodowy jest mniejszy niż w Ustroniu czy Wiśle, a jak wiadomo nie ma nic bardziej nieprzyjemnego na urlopie niż hałas samochodów- tego większość z nas ma pod dostatkiem na co dzień.

I ostatnia rzecz, o której chciałam napisać- przedgórze. Wyróżnić tu chciałam miejscowość Strumień ze swoją słynną, żywą szopką (tak, tam w żłóbku leży nasz Stasiek):

A także zabytkowy kościół św. Wawrzyńca w Bielowicku:

Na tych terenach istnieje pewien lokalny zwyczaj. Z nadejściem miesiąca maj każda wieś robi kukłę zwaną Majem, którą następnie ustawia się w centralnym punkcie wsi. Cała zabawa polega na tym, aby zgromadzić jak najwięcej kukieł z sąsiednich wsi, jednocześnie nie dając ukraść swojej kukły. Jako że maj się zbliża, kończąc ten tekst pozostaje mi życzyć, dobrej zabawy.

Ewa

Subiektywny przewodnik po Beskidzie Śląskim cz. 2

Na dziś proponuję pasmo Skrzycznego i Baraniej Góry. I od tej drugiej zaczniemy. Barania Góra jest jednym z najbardziej znanych i charakterystycznych miejsc w Beskidzie Śląskim- tu swój początek ma rzeka Wisła. Szlaków na Baranią Górę jest wiele, ja polecam trzy (i trochę błądzenia bez szlaku). Pierwsza jest opcja dla zmotoryzowanych: szlak niebieski z Wisły Czarne. Prowadzący doliną Białej Wisełki, początkowo nieciekawy (asfalt), w pewnym momencie wchodzi w las. I tu największa atrakcja- wodospady Białej Wisełki Kaskady Rodła:

Na wysokości ok. 950 m.n.p.m. szlak przecina droga (płaj). Skręcając w prawo dojdziemy (bez szlaku) do polany Przysłop i schroniska. A szlak prowadzi na szczyt. Na szczycie Baraniej Góry znajduje się wieża widokowa. Jeszcze w maju 2009 cały szczyt był zalesiony. Obecnie widoki można podziwiać nie wchodząc na wieżę, co oczywiście nie zmienia faktu że z wieży są ładniejsze.

Dalej proponuję zejście ze szczytu na polanę Przysłop, obowiązkowa wizyta w Muzeum Turystyki Górskiej, Brackie w schronisku, a następnie powrót płajem do granicy rezerwatu i niebieskiego szlaku. Dochodząc do parkingu w Czarnym, po prawej stronie miniemy drewnianą budkę z kuchnią polową, gdzie polecam lokalny specjał- żebroczkę:

Wersja dla niezmotoryzowanych zaczyna się na dworcu kolejowym w Wiśle Głębce. Tym samym obejmuje kolejną atrakcję, jaką jest przejazd pociągiem do Głębców. Pociąg przejeżdża przez wybudowany w 1933 roku most kolejowy. Nie jest to co prawda wiadukt w Stańczykach, ale jego filary mają 25m wysokości, a sam most ma długość 122m i jest konstrukcją siedmioprzęsłową.

W Głębcach startujemy żółtym szlakiem na przełęcz Szarcula. Jest jeszcze druga opcja- zielony szlak na Kubalonkę, następnie czerwony na Szarculę. Zdecydowanie odradzam tę opcję, gdyż szlaki częściowo prowadzą ruchliwą, asfaltową drogą. Tymczasem szlak żółty jest jednym z przyjemniejszych, dodatkowo niezwykle zielonym:

Z Szarculi asfaltem dochodzimy do Stecówki (dla chętnych czerwony szlak). Z drogi tej rozciąga się piękny widok na jezioro Czarne:

Jeszcze niedawno na Stecówce stał drewniany kościółek Matki Boskiej Fatimskiej, który spłonął w 2013 roku:

Obecnie trwa jego odbudowa. Ze Stecówki idziemy dalej czerwonym szlakiem, ale uwaga! Tylko do rozwidlenia na szlak czarny i czerwony. Szlakiem czarnym docieramy do Karolówki (kilka fotografii z trasy poniżej), skąd szlakiem niebieskim idziemy na Baranią Górę po drodze mijając ewangelicką kapliczkę Habsburgów i Przysłop. Odradzam trasę Stecówka- Przysłop w całości szlakiem czerwonym- jest nieciekawy.

Na koniec proponuję trasę dla plecakowych włóczykijów. Obejmuje ona dwa najwyższe szczyty Beskidu Śląskiego. Na Skrzyczne możemy podjechać kolejką, następnie zielonym szlakiem idziemy na Baranią Górę po drodze mijając: Małe Skrzyczne, Malinowską Skałę (fot. poniżej) czy Magurkę Wiślańską. Zejście proponuję szlakiem niebieskim do Wisły Czarne (opisany jako pierwszy). W okolicy znajdują się jeszcze dwa obiekty warte uwagi- zapora tworząca Jezioro Czerniańskie oraz pochodzący z początku XXw. Zameczek Prezydenta.

Koniec części 2:)

Ewa

Słowo o nas

Może powinniśmy od tego zacząć, ale nie zrobiliśmy tego więc robię to teraz. O czym ma być ten blog? Jak sam tytuł wskazuje o podróżach. Jest to jednak bardzo ogólne określenie. Podróż to zarówno wyprawa na Antarktydę jak i pociąg do Zgierza (nie byłam). Czy jak podróż to plecak i namiot czy może pięciogwiazdkowy hotel? Czy podróżowaniem nazwać jedynie samodzielne eskapady bo wyjazd z biurem podróży to już nie to?

Czytałam różne blogi i strony podróżnicze. Przewagę stanowią wyprawy ekstremalne. Najwyższe góry, najbardziej dzikie tereny, najbardziej niebezpieczne tereny (czasem wręcz ogarnięte wojną!), najdalsze zakątki. Otóż nasz blog nie będzie naj. On będzie akurat;) Chcę pokazać radość z podróżowania po terenach będących w zasięgu ręki. Co nie znaczy że miejsca kultowe, typowo turystyczne będę pomijać. Nie. Naszym zamysłem jest aby było tu wszystko. Tylko że z punktu widzenia przeciętnego człowieka, który nie zdobywa najwyższych gór i nie przeprawia się przez Demokratyczną Republikę Konga w asyście sił pokojowych ONZ. Bo my w podróżach nie szukamy ekstremalnych wrażeń, a zwyczajnej przyjemności. I to chcemy pokazać.

Ewa i Radek

Subiektywny przewodnik po Beskidzie Śląskim cz. 1

Ciężko mi w to uwierzyć, ale są na świecie ludzie (a przynajmniej w Szczecinie są), którzy nigdy nie byli w Beskidzie Śląskim. Dlatego pomyślałam, że stworzę krótki przewodnik po Beskidzie Śląskim. Na pierwszy ogień proponuję rejon Wisły.

Dojazd. Ze Szczecina najłatwiej dojechać autostradą A4 do Gliwic i na węźle Sośnica zjechać na autostradę A1, kierując się na Gorzyczki. Z A1 zjeżdżamy na Żory skąd drogą krajową 81 kierujemy się na Skoczów i Wisłę. Dla lubiących szybką jazdę odradzam wciskanie pedału gazu w Żorach, bardzo często suszą.

Miejscem, od którego zaczynamy zwiedzanie Beskidu Śląskiego jest Równica. Ale uwaga, poza sezonem! W sezonie Równicę omijamy szerokim łukiem. Polecaną przeze mnie trasą, jest trasa z Lipowca (żółty szlak) przez Lipowski Groń. Szczegółowo opisał ją Radek tutaj. Na szczycie koniecznie dłuższy postój i podziwianie widoków. Pamiętam, jak po raz pierwszy stanęłam na Równicy. Miałam wtedy 9 lat. Zobaczywszy widok ze szczytu (fot. poniżej) pomyślałam: ojej, ile gór!

Jeżeli nie jesteśmy zmotoryzowani, proponuję inną trasę. Pociągiem dojeżdżamy do stacji Ustroń Polana, skąd czerwonym szlakiem podchodzimy na Czantorię Wielką (można podjechać kolejką). Dalej grzbietem (i w dalszym ciągu czerwonym szlakiem) kierujemy się na południe mijając kolejno: Przełęcz Beskidek, Soszów Mały a na końcu Soszów Wielki. Z Soszowa Wielkiego schodzimy niebieskim szlakiem do Wisły Centrum, skąd pociągiem możemy pojechać do Szczecina lub w każde inne miejsce. Możemy też nie wsiadać do pociągu, a przespacerować się po samej Wiśle. Tu koniecznie obejrzeć trzeba dawny zameczek myśliwski Habsburgów z XIXw. przeniesiony z Przysłopu. Polecam również Muzeum Beskidzkie oraz lody w cukierni U Janeczki. Jeżeli na lody nie mamy ochoty bo akurat jest zima i przypadkiem mamy przy sobie narty, to z powyższego programu wycieczki pozostawiamy Czantorię lub Soszów. Ewentualnie możemy też wybrać: Stożek (nie polecam, jeden wyciąg i mało tras), Nową Osadę (fot. poniżej, lubię to miejsce, ale strasznie dużo tam ludzi) lub Cieńków (tak, tak i jeszcze raz tak!).

Zostajemy przy Cieńkowie, ale wracamy w cieplejsze klimaty. Bardzo ciekawym i niewyczerpującym pomysłem jest następująca pętelka z Wisły Malinki: wjazd na skocznię imienia Adama Małysza, spacer grzbietem Cieńkowa i zjazd wyciągiem krzesełkowym. Żądnym dłuższego spaceru polecam przejście całego grzbietu Cieńkowa, a w zasadzie większego jej odcinka do szczytu Cieńków Wyżni.

Ostatnią trasą godną uwagi jest Stożek. Jedną z możliwości wejścia opisaliśmy tu. Warto odwiedzić Izbę pamięci Jerzego Kukuczki (przewodnikiem jest jego żona, a sama izba znajduje się w jego domu rodzinnym). Innym obowiązkowym punktem w tej okolicy jest muzeum koronek w Koniakowie czy Chata Kawuloka w Istebnej.

Koniec części pierwszej:)

Pozdrawiam cały Szczecin, Ewa

Rudy Raciborskie

Miała być Słowacja, ale proponuję powrót na własne, śląskie podwórko. Miejsce na dziś- Rudy Raciborskie.

W Rudach znajduje się zabytkowy Pocysterski Zespół Klasztorno- Pałacowy. Jeszcze 20 lat temu jego stan pozostawiał delikatnie mówiąc wiele do życzenia. W zasadzie to mógł się jedynie zawalić. Patrząc na zdjęcia z tamtego okresu ciężko uwierzyć że możliwe było przywrócenie tym zabudowaniom dawnej świetności:

Historia miejsca jest ciekawa. Cystersi przybyli na te tereny w XIIIw. Po sekularyzacji w XIXw. zabudowania przejęli książęta raciborscy. Po Drugiej Wojnie Światowej pogorzelisko (Armia Czerwona podpaliła kościół) przeszło na własność państwa. I niszczało. Prace mające na celu odrestaurowanie kompleksu rozpoczęły się w 1998 roku. Dziś Pocysterski Zespół Klasztorno- Pałacowy jest własnością fundacji Silesia Pro Europa. Mieści się tu m.in. muzeum (bilet normalny 5zł). Nie jest ono duże, ale można dowiedzieć się trochę o historii miejsca i o ludziach, w których posiadaniu były budynki. Mnie zainteresowały dwie ekspozycje. Pierwsza to pisanki (nie wiem czy jest to ekspozycja stała, czy tak trafiliśmy) z różnych stron świata, wykonane przeróżnymi technikami. Druga, to historie najbardziej znanych rodów na Śląsku: Donnesmarcków, Ballestremów czy Hochbergów. Temat szczególnie mi bliski gdyż losy dwóch pierwszych rodów bardzo silnie związane są z historią miasta w którym mieszkam- Zabrza. Choć muszę przyznać, że dopiero w Rudach dowiedziałam się że Donnesmarckowie (do których należała większa część Zabrza) byli w początkach XXw. drugą najbogatszą rodziną w Prusach.

Miejsce idealne na spacer. Widać że ktoś to przemyślał i postawił na turystykę. Park i alejki są bardzo ładnie utrzymane, bez problemu można przejechać wózkiem. Dodatkowo darmowy parking i dobre zaplecze- są bezpłatne toalety (z przewijakiem) a także restauracja. W sam raz aby spędzić niedzielne popołudnie.

Ewa

P.S. W Rudach jest jeszcze zabytkowa stacja kolejki wąskotorowej, ale tam nie byłam więc nic na ten temat nie powiem.

U naszych południowych sąsiadów- Słowacja odc. 1

Przeglądałam niedawno sekcję podróże na stronie BBC. Najpierw sprawdziłam Chorwację- mam nadzieję spędzić tam w tym roku wakacje, następnie Polskę ciekawa jakie miejsca w naszym kraju opisano. Kolejnym miejscem, które chciałam sprawdzić była Słowacja. Dlaczego? Ano dlatego, że w żadnym kraju (poza Polską oczywiście) nie spędziłam tyle czasu. Słowację zawsze postrzegałam jako kraj mocno nastawiony na turystów. Było więc dla mnie dziwne, że tak turystyczny zakątek Europy nie doczekał się wzmianki na stronie BBC. Przypomniało mi się zdanie autorstwa Lucy Mallows: „Zawsze wciska się Słowację w kilka końcowych rozdziałów przewodnika po Czechach”. Mallows jest autorką wydanego przez National Geographic przewodnika po Słowacji, który nawiasem mówiąc posiadam. Napiszę kiedyś więcej o tym przewodniku, bo wyłania się z niego ciekawe spojrzenie Angielki na Europę Środkową. Dla nas, Polaków nieco zabawne. Ale nie o tym teraz. Otóż rozczarowana ignorancją BBC wobec tak pięknego kraju, jakim jest Słowacja, postanowiłam poświęcić jej ten oraz mam nadzieję jeszcze kilka następnych wpisów.

Zastanawiałam się od czego zacząć. Słowacja to góry, kąpieliska termalne i zamki. Na pierwszy ogień proponuję Małą Fatrę.

Mała Fatra jest wyjątkowo pięknym pasmem górskim, w mojej ocenie mocno niedocenianym. Jest to oczywiście ocena subiektywna, być może wynikająca z faktu, że sama bardzo długo nie wiedziałam o jej istnieniu. Kilkakrotnie doradzałam znajomym właśnie tę destynację i nie spotykała się ona nigdy z zainteresowaniem z ich strony. Dla kogoś, kto tak jak ja jeszcze kilka lat temu nie słyszał o tym paśmie, mogę je opisać jako skrzyżowanie Tatr Zachodnich z Pieninami. Najwyższym szczytem jest Krywań Fatrzański mierzący 1708m.n.p.m., czyli coś jak nasza Babia Góra. Najciekawszym i najbardziej znanym szczytem jest Wielki Rozsutec (1610m.n.p.m., fot. poniżej). A jak wyglądała nasza przygoda w tym rejonie?

Więc zacznę od terminu, który był bardzo ciekawy. Był to czerwiec 2012 roku, początek Euro 2012. Zatrzymaliśmy się we wsi Stefanowa, czyli w najlepszym możliwym punkcie. Nocleg znaleźliśmy zagadując parkingowego. I tu jedna z rzeczy, które są dla mnie charakterystyczne na Słowacji (ale to również jest tylko moja subiektywna ocena!!) a mianowicie, standard noclegów jakie znajdujemy jest z reguły niższy niż w Polsce. Nie inaczej było i tym razem- zajmowany przez nas pokój mieścił dwa łóżka i miejsca na plecaki. Łazienka i toaleta znajdowały się na korytarzu. Oczywiście większość gości stanowili Polacy. Zostawiliśmy rzeczy i szybko ruszyliśmy zdobyć najciekawszy cel- Wielki Rozsutec. Zawsze tak mam, że staram się zaczynać od najciekawszego miejsca- a nuż jutro pogoda nie pozwoli już nigdzie wyjść? Ruszyliśmy na przełęcz Medziholie gdzie zrobiliśmy sobie dłuższy postój, a stamtąd w górę, na szczyt. Na szczycie krótki postój, widoki, zdjęcia…

I ruszamy dalej, na przełęcz między Rozsutcami. Na przełęczy podejmujemy decyzję, że Mały Rozsutec:

zostawimy sobie na inny dzień, a dziś kierujemy się na Horne diery. I tu zaczyna się zabawa! Diery, podobnie zresztą jak Słowacki Raj, to taki plac zabaw dla dorosłych. Drabinki, łańcuchy, wodospady, potoki… Sama przyjemność.

Wróciliśmy do naszej kwatery, zastanawiając się jak przebiegł mecz otwarcia. Smutne zawodzenie jednego z sąsiadów snujących się po korytarzu: nic się nie stało, Polacy nic się nie stało… nie pozostawiło nam złudzeń. Ustaliliśmy plan na dzień następny. Krywań!

Następnego dnia, pomimo nieciekawej pogody ruszamy. W planach mamy oba Krywanie (Wielki i Mały), więc aby sprawnie się z tym uwinąć trochę oszukujemy i podjeżdżamy kolejką na Snilovskie sedlo. Stąd na Wielki Krywań jest tylko 40 minut i niecałe 200m różnicy poziomów. Polecam każdemu.

Po zdobyciu najwyższego wierzchołka, ruszamy granią w stronę jego mniejszego brata:

Byłoby pewnie ciekawiej, gdyby pogoda była ciut łaskawsza ale cóż. Jak się nie ma co się lubi…

Jeszcze dwie ciekawostki związane z tym miejscem. Otóż w zimie jest to popularny ośrodek narciarski Vratna. Niestety (druga ciekawostka jest mniej przyjemna) w zeszłym roku lawina błotna doszczętnie zdemolowała kolejkę.

Popołudnie spędzamy w Terchowej- zakupy oraz fotka Janosika:

Bo Janosik, jeżeli ktoś nie wie, pochodził właśnie z Terchowej. Wieczór spędzamy w Stefanowej, w restauracji słynącej z pstrągów. Nie próbowałam, bo od pstrągów zdecydowanie wolę Bażanty. Wieczór spędzamy więc z Bażantami;)

Kolejny dzień i kolejny Rozsutec. Tym razem Mały. Kombinujemy jakby się tu na niego dostać zaliczając jak najwięcej atrakcji po drodze. Udaje nam się ułożyć trasę obejmującą Dolne diery, Nowe diery oraz złamać przepisy (bez szlaku łączymy Nowe diery z zielonym szlakiem) aby ostatecznie zdobyć wierzchołek Małego Rozsutca. Pogoda paskudna, widoków brak. Ale zabawa na łańcuchach, kładkach i drabinkach przednia:)

Podsumowując nasuwają mi się dwie rzeczy. Pierwsza, banalna- Słowackie góry to nie tylko Tatry! Jeżeli planujemy urlop u naszych południowych sąsiadów warto rozejrzeć się za czymś innym, nie mniej ciekawym. Drugie co mi się nasunęło, to temat na kolejny post. Postaram się napisać kilka słów o miejscach mniej znanych.

 Ewa

Czy Stawy Mikulczyckie budzą się z zimowego snu?

Wspominaliśmy już o tym, ale mimo to z pewnością niewiele osób wie, że w Mikulczycach, dzielnicy Zabrza są stawy. Powstanie stawów jest skutkiem wydobywania na tych terenach węgla systemem „na zawał”. W tej chwili, gdy kopalnie już nie istnieją, jest to miejsce spacerów i wędkowania.

Ze stawami zżyły się dwa łabędzie.

W okolicznym krajobrazie nadal widoczne są elementy architektury nieistniejących kopalń.

Budynek byłej kopalni „Mikulczyce”.

 Szyb „Tadeusz” byłej kopalni „Ludwig”.

Zachód słońca nad stawami.

Radek

Na całej połaci śnieg- czyli o zimie słów kilka.

Nietrudno zgadnąć skąd inspiracja do dzisiejszego wpisu- wystarczy spojrzeć za okno. Zima najczęściej podoba nam się tylko na zdjęciach, najlepiej w okresie Bożego Narodzenia. Oczywiście w postaci pejzaży przedstawiających oszronione gałęzie, przysypane dachy domów i dym z komina. W praktyce zima to dla nas niskie temperatrury, krótkie dni i dodatkowa porcja ruchu w postaci odśnieżania (chodnika, garażu, samochodu- niepotrzebne skreślić). Jak pisał Jeremi Przybora:

„…zima mrozi, zima grozi, nie dowozi w zaspach tkwi.”

Odcinając się od tej pesymistycznej wizji, chciałabym opisać kilka najciekawszych zimowych wyjazdów. Zaczynamy!

Błatnia- luty 2012

Nie ma roku żebyśmy przynajmniej raz nie pojechali na Błatnią. Oboje lubimy tamtejsze schronisko, a na samą górę można wejść wieloma wariantami. Tym, co wyróżniało ten wyjazd była temperatura. Było -22 stopnie!!! Nie wiem, czy zdarzyło mi się wcześniej (a i później chyba też nie) chodzić po górach w taki mróz. Miało to oczywiście zalety jak widoki (te w mroźne dni są zazwyczaj najpiękniejsze) oraz niewielki ruch turystyczny. Wybraliśmy klasyczną trasę z Jaworza Górnego którą zapętliliśmy idąc przez Uroczysko Ewangelików.

Tatry Morskie Oko- listopad 2013

Celem wyjazdu były Rysy. Zrezygnowaliśmy jednak ze względu na zbyt dużą ilość śniegu- jakoś nie kręci mnie brnięcie w nim po pas. Zrealizowaliśmy natomiast inną piękną trasę: pętlę ze schroniska w Morskim Oku, przez Świstówkę Roztocką do Pięciu Stawów i z powrotem przez Szpiglasową Przełęcz. Śmiało mogę powiedzieć, że to jedna z najpiękniejszych tras jakie zrobiłam. Zimowa aura tworzyła bajkowy wręcz krajobraz, zwłaszcza że śnieg był świeży- spadł w noc poprzedzającą nasze wyjście. Tego ranka byliśmy drugimi turystami idącymi z Morskiego Oka przez Świstówkę do „Piątki”. Na Szpiglasowej Przełęczy byliśmy ok. godziny 14 i była to pora na tyle późna, że nie było szansy na zaliczenie pobliskiego Szpiglasowego Wierchu- słońce miało się już ku zachodowi. Do Morskiego Oka doszliśmy już po ciemku.

Szrenica- kwiecień 2012

Ten wyjazd mogłabym określić jednym słowem- niespodzianka. Spotykaliśmy niespodzianki na każdym kroku, głównie były to niespodzianki pogodowe. Jak na koniec kwietnia przystało, temperatura powinna oscylować w okolicy kilkunastu stopni. I tak było- pierwszego dnia. Drugiego dnia, kiedy to zaplanowaliśmy największe przejście (start z okolic Chaty Walońskiej, schronisko pod Łabskim Szczytem, Śnieżne Kotły i powrót przez Szrenicę) pogoda pokrzyżowała nam plany. Śnieg spotkaliśmy na granicy rezerwatu, a żeby dojść do schroniska konieczne były raki. O Śnieżnych Kotłach należało zapomnieć- widoczność zerowa. Ruszyliśmy więc na Szrenicę. Wtedy zrozumiałam, dlaczego szlaki w zimie znakowane są tyczkami. Jedyne co było widać, to kolejne tyczki. Ze Szrenicy zeszliśmy drogą do wodospadu Kamieńczyka. Była to droga jakby do innego świata, bo z zasypanej śniegiem i pełnej narciarzy Hali Szrenickiej znaleźliśmy się w wiosennej, choć i tak ponurej aurze.

Ewa