Mikulczyce

Z braku wyjazdów, dziś coś z mojego podwórka. Miejsce, w którym mieszkam- Mikulczyce, dzielnica Zabrza.

Zabrze uzyskało prawa miejskie w 1922 roku. Wcześniej było największą w Europie wsią, posiadającą kilka kopalń, hutę, tramwaje oraz kasyno. Mikulczyce są obok Biskupic jedną z najstarszych dzielnic Zabrza. Pierwsze wzmianki o Mikulczycach pojawiają się w dokumentach z XIVw. Prawdziwy rozkwit tych terenów rozpoczyna się wraz z rewolucją przemysłową w XIXw pod rządami Donnersmarcków. Powstają cegielnia, garncarnia, kamieniołom oraz gorzelnia. Z początkiem XX wieku rozpoczyna się wydobycie węgla. Rozwija się także kolej- w roku 1906 otwarta zostaje stacja kolejowa Mikulczyce. W latach 30 XXw Mikulczyce nie są jeszcze częścią Zabrza, są za to największą wsią Rzeszy. W tym czasie w Mikulczycach działają już dwie parafie rzymskokatolickie oraz jedna ewngelicka. Pod nazwą Klausberg Mikulczyce dotrwały do końca II Wojny Światowej, by w 1945 roku powrócić do Polski. W 1951 roku Mikulczyce stają się dzielnicą Zabrza.

To taki prawie podręcznikowy opis, ja chciałabym spojrzeć na to ze swojej perspektywy. Zacznę od sąsiadujących Biskupic a konkretnie kopalni Ludwik (Ludwigsgluck). Widok dzisiejszy:

Kopalnia znajduje się na terenie Biskupic, ale tuż przy granicy z Mikulczycami. Wydobycie rozpoczęto w połowie XIXw, ale wstrzymano je za sprawą pożaru, który strawił pierwszą kopalnię w 1899 roku. Kopalnię odbudowano dwa lata później. Do dziś zachował się m.in. Dom Kawalera, w którym obecnie mieszczą się biura:

 czy Markownia (po lewej), która służy obecnie jako sala koncertowa:

 

Już na terenie Mikulczyc znajdowała się willa dyrektora kopalni Ludwigsgluck, zwana Willą Eulinga (od nazwiska projektanta). Widok dzisiejszy nie powala:

Można sobie jednak wyobrazić, jak pięknie prezentował się budynek za czasów swojej świetności. Od czasu do czasu widać że prowadzone są tam jakieś prace ale na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać.

 

Skutkiem działania kopalń są znajdujące się w Mikulczycach stawy zapadliskowe. Obecnie raj dla wędkarzy oraz teren rekreacyjny. Może jeszcze nie do końca uporządkowany, ale prace przy budowie alejek cały czas trwają, jest także sporo ławek.

Jak widać teren idealny do spaceru z małym dzieckiem.

 

Kolejnym miejscem wartym uwagi, jest neogotycki kościół św. Wawrzyńca:

wraz ze znajdującym się w nim cudownym obrazem Matki Boskiej Mikulczyckiej:

 

Niedaleko kościoła znajduje się ciekawy budynek dawnego ratusza:

mieszczący dziś przychodnie.

 

Jest jeszcze kilka miejca godnych uwagi: drewniany zabytkowy kościółek ewangelicki, ciekawy (choć zrujnowany) budynek dawnej kopalni Mikulczyce, zamknięty od prawie dwudziestu lat dworzec kolejowy (a właściwie budynek dworca, pochodzący z lat dwudziestych XXw.) czy Stary Dwór, będący obecnie w remoncie po pożarze sprzed kilku lat. Ja chciałabym zakończyć ten wpis innym miejscem. Jest to pochodzący również z lat międzywojennych kościół św. Teresy od Dzieciątka Jezus:

Budynek typowy jak na tamte czasy- prosta, wręcz geometryczna forma, brak łuków, jasne barwy, skromne zdobienia. Zdecydowanie odbiega to od powszechnego wyobrażenia budynku kościoła- budowli często neogotyckiej, ze sklepieniami krzyżowo- żebrowymi oraz ogromną ilością kolorowych i złotych zdobień. Chyba ta oryginalność sprawia, że jest to miejsce, które podoba mi się najbardziej.

 Ewa

 

Jesień w Tatrach

W górach bywamy bardzo często, bez względu na porę roku, a czasem i nie zważając na pogodę. Beskid Śląski jest dla mnie najatrakcyjniejszy zimą- tylko wtedy można tam znaleźć prawdziwy spokój. W Beskidzie Żywieckim oraz Sądeckim najpiękniejszym okresem jest wiosna, gdy w dolinach widać kwitnące na biało drzewa owocowe. Lato najchętniej spędzałabym w Pieninach- wapienie najpiękniej prezentują się na tle żywego nieba i jaskrawych letnich barw. Dla Tatr bezsprzecznie najpiękniejszym okresem jest jesień. Odcienie czerwieni, bordo, ochry i brązów, które wówczas przybierają góry są niepowtarzalne.

Od kilku lat naszą rodzinną tradycją jest spędzanie długiego weekendu listopadowego w Tatrach. W tym roku z przyczyn wyższych będziemy musieli z tego zrezygnować. Ale postanowiłam przypomnieć sobie kilka jesiennych wypadów w Tatry z ostatnich lat.

Bezsprzecznie najpiękniejszą oraz najbardziej znaną trasą w polskich Tatrach jest Orla Perć. Dane było mi przemierzyć ją w październiku. Zaczęliśmy od wjazdu kolejką na Kasprowy. Widok z okolic szczytu w stronę Krywania o poranku:

następnie weszliśmy na Świnicę, a stamtąd na Zawrat, który to w zasadzie jest początkiem Orlej. Widok z Orlej na dolinę Pięciu Stawów Polskich jest jednym z najpiękniejszych, jakie zdarzyło mi się w życiu podziwiać.

Trudno pominąć także inne istotne zalety jesiennych wędrówek po Tatrach. Pomimo że był weekend, do kolejki na Kasprowy wsiedliśmy bez kolejki, na łańcuchach i drabinkach nie tworzyły się zatory, a w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów dane nam było nawet usiąść! W sezonie letnim z pewnością nie doświadczylibyśmy takich luksusów. Wady? A no są i takie. Około godziny 18 było już ciemno, a ostatnią godzinę szliśmy w zupełnych ciemnościach (choć większość z tego czasu asfaltem do Palenicy).

Jeśli chodzi o barwy jesieni, to najlepiej wspominam wrześniową wycieczkę na Ornak.

W ogóle to Tatry Zachodnie wydają mi się czasem trochę niedoceniane, a są przecież wizualnie dużo bardziej atrakcyjne. W Tatrach Wysokich (co ja szczególnie odczułam na Słowacji, idąc z Doliny Pięciu Stawów Spiskich do Śląskiego Domu) góry są bardziej surowe, barwy chłodne, roślinności mniej a to powoduje czasem wręcz przygnębiające wrażenie.

I ostatnie miejsce, o którym chciałam tu wspomnieć to okolice Popradzkiego Jeziora na Słowacji. Ponieważ byłam tam w listopadzie, a na Słowacji szlaki powyżej schronisk są o tej porze zamknięte miałam okazję spacerować jedynie Doliną Mięguszowiecką i Magistralą Tatrzańską. Obie trasy nie było zbyt ciekawe, ale samo jezioro i jego okolica w jesiennej scenerii prezentują się wspaniale:

W tym roku z pewnością nie będę miała okazji podziwiać Tatr ani w jesiennej, ani w zimowej szacie. Ale gdybym miała okazję spędzić kilka październikowych dni 2015 roku w Tatrach, jako bazę wypadową wybrałabym schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich a jako cel wycieczki brakujący odcinek Orlej Perci czyli Kozi Wierch- Krzyżne.

Ewa

Bieliczna- miejsce, którego nie ma.

Czy w majowy weekend można znaleźć w Polsce odludne miejsce atrakcyjne turystycznie? Pewnie że można! Najlepiej w takiej roli sprawdzają się miejsca, których nie ma. Jak Bieliczna- przedwojenna wieś w Beskidzie Niskim, wysiedlona i spalona w 1947 roku.

Do Bielicznej wybieramy się z Tylicza, przez Mochnaczkę. Droga na mapie prowadzi do Izb- wsi istniejącej i zamieszkałej. Dalej będziemy szukać, gdyż możliwość dojazdu do samej Bielicznej raz jest, raz jej nie ma. Patrząc na mapę inaczej wyobrażaliśmy sobie drogę Mochnaczka- Izby. W rzeczywistości jest to leśna droga, częściowo wyłożona płytami betonowymi. Biorąc jednak pod uwagę nasze późniejsze doświadczenia drogowe w Beskidzie Niskim (drogę Stawisza- Hańczowa) stan leśnego traktu określam jako dobry.

W Izbach obejrzeliśmy budynek cerkwi obecnie służącej jako kościół katolicki:

 Udało nam się nawet zajrzeć do środka:

Jest to jedna z niewielu murowanych cerkwi połemkowskich jakie widziałam. Była ona także bardzo znanym miejscem kultu maryjnego.

Robimy kilka zdjęć i ruszamy na poszukiwania drogi do Bielicznej. Udaje nam się trafić dopiero po objaśnieniach mieszkanek Izb, które na pytanie czy da się tamtędy przejechać samochodem spojrzały na naszą skodę dość krytycznym okiem, ostatecznie jednak twierdząc że ludzie podjeżdżają. Musimy tylko uważać na dziury w drodze oraz wystające z niej druty. Jeżeli dołożyć do tego przejazd przez kilka brodów to już jesteśmy pod kościółkiem w Bielicznej:

Nie my jedyni postanowiliśmy spędzić tu majowy weekend. Obok kościółka rozbite były dwa namioty oraz ognisko. Nie przeszkadzamy więc w śniadaniu i ruszamy w górę doliny. Drogą, która obecnie jest strumieniem:

W czasie spaceru mijamy ślady dawnych zabudowań, z których rozpoznać można jedynie piwnice:

O tym że istniała tu kiedyś wieś przypominają także kwitnące drzewa owocowe oraz krzaki agrestu. Dziś miejsce, w którym niegdyś koncentrowało się życie wsi ponownie opanowane jest przez naturę. Widzę to jeszcze bardziej, gdy docieramy do „zbiornika” wodnego, który z pewnością nie został wybudowany przez człowieka:

W pewnym momencie drzewa owocowe się kończą, a my wchodzimy w las. Lasem dochodzimy do grzbietu oraz czerwonego szlaku prowadzącego na Lackową:

Nie jest to jednak odpowiedni dzień na zdobywanie Królowej Beskidu Niskiego, obiecujemy sobie jednak że koniecznie tu wrócimy.

W dół wracamy tą samą drogą, na ostatnim odcinku przechodząc przez pola:

Zapomnianych wsi w Beskidzie Niskim jest bardzo wiele. My jeszcze mieliśmy okazję poznać uroki doliny rzeki Białej bo tak naprawdę po Bielicznej została tylko ta dolina. Niestety obecnie grunty w okolicy grodzone są przez prywatnego inwestora. Warto więc w Beskid Niski jechać już dziś- za rok być może niektórych atrakcji już nie będzie.

Ewa

Istambuł

Jest zima. Jest zimno. Wiem, może być gorzej, mamy przecież koniec stycznia i pierwsze prawdziwe mrozy tej zimy. A ja marzę o tym, aby znaleźć się w jakimś zdecydowanie cieplejszym miejscu. Dlatego dziś zapraszam na spacer po Istambule.

Program wycieczki biura podróży wyglądał mniej więcej tak: całodzienne zwiedzanie Stambułu m.in. hipodrom, Hagia Sophia, Błękitny Meczet, Pałac Topkapi. Dla chętnych (za dodatkową opłatą) fakultatywny rejs po Bosforze. Powrót do hotelu, kolacja, nocleg. I tak to w zasadzie wyglądało, ale takiej relacji tu nie będzie. Nie będę cytować przewodników a opiszę szczegóły, które zwróciły moją uwagę.

Zacznę od widoków z hotelowej restauracji znajdującej się na ostatnim piętrze:

Na pierwszym planie Stambuł od podwórka, w głębi widoczne Morze Marmara.

Jeden z obowiązkowych punktów programu- Błękitny Meczet. Wyłożony błękitnymi kafelkami wygląda jak gigantyczna łazienka. Tak wygląda kolejka do wejścia:

A tak wygląda odpowiednio ubrana kobieta:

Niebieska chusta nie jest moja, obsługa meczetu dysponuje chustami i ubiera przed wejściem wszystkie nieskromnie ubrane panie.

Błękitny Meczet i Hagia Sophia stoją naprzeciw siebie. Kolejne zdjęcia zrobione (tak wiem że to banał i każdej wycieczce to pokazują, ale mi się podobało) z miejsca w którym jest widok na obie budowle- gdy spojrzałam w prawo widziałam Błękitny Meczet:

Gdy spojrzałam w lewo Hagia Sophia:

Hagia Sophia to z pewnością jeden z cudów świata i można napisać na ten temat kilkustronnicowy elaborat. Ja chcę pokazać jeden szczegół- drzwi. Drzwi, na których widać że kiedyś znajdowały się tam krzyże. Muzułmanie podczas „adaptacji” budynku na meczet po prostu zdjęli poziome ramiona.

 Kilka zdjęć z samego spaceru po Stambule- budynki z charakterystycznymi wykuszami:

Jak widać o miejsce było zawsze trudno stąd taki właśnie pomysł powiększenia powierzchni mieszkalnej.

Pucybut:

W żadnym innym kraju, w którym byłam nie jest to tak popularny zawód jak w Turcji.

Uliczki z restauracjami przypominającymi bardzo greckie tawerny:

Stoliki stoją tu niemal na ulicy.

Kasztany jadalne:

Pełno tu wózków z których kupić można gotowaną kukurydzę oraz kasztany jadalne, których koniecznie chciał spróbować mój mąż. Chciał spróbować więc sam był sobie winien że musiał je potem zjeść.

Rejs po Bosforze, wyspa Galatasarayu Stambuł:

oraz latarnia, która pojawia się w jednym z filmów z Jamesem Bondem:

Na koniec zabytek. Klasyczny zabytek Stambułu, który podobał mi się najbardziej. Starożytna cysterna na wodę:

Miejsce bardzo zaskakujące i jednocześnie przyjemne (oświetlenie robi klimat;))

Wieczorem zafundowaliśmy sobie samodzielny krótki spacer. Chcieliśmy dojść do Wielkiego Bazaru co nam się niestety nie udało, ale wrażęń dostarczyła nam sama droga- konkretnie poszukiwania naszego hotelu. Zakończone sukcesem, ale momentami emocjonujące.

Stambuł jest jednym z tych miejsc, po zobaczeniu których odczuwam niedosyt. Miałam nawet taki etap, że bacznie przeszukiwałam połączenia lotnicze w celu zaspokojenia tego niedosytu kilkudniowym rajdem po mieście. Jest to miejsce gdzie naprawdę kończy się Europa a zaczyna Azja a w oddali majaczy orient.

Ewa

Zimowa łaskawość Królowej Beskidów.

Śniegu w tym roku jak na lekarstwo, na nartach jeździć się nie da. Stąd pomysł zimowego wejścia na Babią Górę.

Z Korbielowa do schroniska „Slana voda” można dojechać samochodem. „Hviezdoslavovą aleją”, która jest pięknym rezerwatem świerka dochodzimy do niewielkiego muzeum biograficznego Milo Urbana.

 

Teraz dopiero zaczynamy pokonywać wysokość. W tym rejonie trzeba też bardziej uważać na szlak – jest dużo dróg w różnych kierunkach a oznaczeń mało. Jak się później okazało, do pierwszego schronu, to był najbardziej stromy odcinek drogi. W schronie przywitała nas tutejszym alkoholem spora grupa Słowaków.

Po krótkim odpoczynku idziemy dalej. Teren jest coraz bardziej widokowy na Tatry i nie tylko.

 

Przy kolejnej wiacie odchodzi szlak na Przeł. Lodową, jest też źródło, a na upartego wiata nadaje się do spania.

 

Trawersem dochodzącym do polskiej granicy, wchodzimy w chmurę. Jak by mogło być inaczej – Babia Góra musi być w chmurze.

Krótki odpoczynek przy ostatnim zasypanym śniegiem schronie i atakujemy szczyt w niesamowicie silnym wietrze. Na szczycie błyskawiczne zdjęcie we mgle i powrót.

 

Babie Góra okazała nam swoją łaskawość, dała nam też do zrozumienia, że musimy to docenić.

 

Radek

Najciekawsze momenty 2013 roku w podróży

Koniec roku sprzyja podsumowaniom stąd pomysł na dzisiejszy wpis. 10 miejsc w których byłam w tym roku i które zapadły mi w pamięć trochę bardziej. Kolejność chronologiczna.

Marzec- Wisła Cieńków narty.

Moje pierwsze szusowanie na Cieńkowie. Udane, dzięki wspaniałej pogodzie- przyjemne chmurki na niebie połączone z lekkim mrozem (było minus 7 stopni). W ogóle Cieńków jest miejscem, z którego mam jedynie dobre wspomnienia. Rok wcześniej (lato 2012) podczas pokonywania trasy Wisła Głębce- Cieńków- Barania Góra- Przysłop znaleźliśmy tam miejsce, w którym rosły przepyszne jeżyny.

Kwiecień- zima zła czyli Wisła Nowa Osada- narty.

Tydzień po Wielkanocy pojechaliśmy na narty. Pomysł wziął się z faktu, że nigdy jeszcze nie byłam na nartach w kwietniu. Jak wiadomo w 2013 roku aura była wyjątkowo łaskawa (dla narciarzy ma się rozumieć) co pozwoliło nam szusować dłużej niż zwykle. Nową Osadę wybrałam z sentymentu. Kiedyś bywałam tam często (a było to w czasach gdy o czteroosobowej kanapie nikt tam nie słyszał) i chciałam zobaczyć jak się zmieniło.

Maj- Jego Wysokość Śnieżnik.

Majestatyczna Góra, będąca wspaniałą odmianą w trakcie naszego pobytu w Górach Stołowych. Zastanawiałam się, jakie inne góry mają podobny urok co Śnieżnik. Powiedziałabym że to coś jak Babia w Beskidach albo Turbacz w Gorcach.

Maj- -10 w Rio (a tak naprawdę to +5 na Przysłopie).

Barania Góra dla morsów. W Muzeum Turystyki Górskiej na Przysłopie, gdzie przyszło nam spędzić weekend dyżurując dzielnie (a w zasadzie wspierać w tej szlachetnej postawie szwagra) było 5 stopni. Z tego miejsca pragnę serdecznie podziękować Ekipie ze Schroniska na Przysłopie za to że nie pozwolili nam zamarznąć. Na zdjęciu wieża widokowa na szczycie Baraniej- pierwszy raz w życiu byliśmy tam sami.

Czerwiec- Beskid Wyspowy czyli zielono mi.

Najbardziej zielone góry w Polsce. Pamiętam że bardzo ciężko było nam znaleźć nocleg- kwater jest niewiele a dodatkowo (jako że byliśmy w długi weekend- Boże Ciało) chętnych więcej niż zwykle. Z łazienki doku w którym mieszkaliśmy był fantastyczny widok na Śnieżnicę. To było dla mnie całkowicie nowe doświadczenie- nie chciało mi się wychodzić spod prysznica z powodu pięknych widoków.

Czerwiec- Dolina Rohacka, Salatin.

Dolina Rohacka jest moim ulubionym miejscem w Tatrach Słowackich. W tym roku zrobiliśmy tu dwie trasy. Pierwsza obejmowała grań począwszy od Brestowej, poprzez Salatin aż do Przełęczy Banikowskiej, druga była bardziej rekreacyjna- obejmowała Rohackie Plesa wraz z Rohackim wodospadem (na zdjęciu).

Lipiec- Alpy i bliskie spotkania 3 stopnia.

Mój pierwszy w życiu czterotysięcznik przyćmiony został przez zdarzenie, które miało miejsce w czasie krótkiego trekkingu dzień wcześniej- spotkanie ogromnego stada koziorożców alpejskich, które w dodatku ustalały właśnie hierarchię w stadzie oraz przesympatycznej rodziny świstaków, która absolutnie nic sobie nie robiła z naszej obecności.

Sierpień- nie Chałupy a Dębki.

Bezapelacyjnie najpiękniejsza plaża w Polsce. Szeroka, z jasnym pięknym piaskiem. W ładną pogodę zatłoczona, co na szczęście nad Bałtykiem nie zdarza się zbyt często.

Wrzesień- Jałowiec czyli na grzyby.

Nie chodzę na grzyby- nie znam się na tym i nie mam cierpliwości. Ale chodzę po górach, co czasem potrafi przerodzić się w wyprawę na grzyby. Z Jałowca przywiozłam 4 kg podgrzybków. I litr borówki czerwonej.

Listopad- Tatry, na całej połaci śnieg.

Naszą coroczną tradycją jest spędzanie długiego weekendu listopadowego w Tatrach. Nie inaczej było i w tym roku. Jako bazę obraliśmy Morskie Oko, jako cel Rysy. Udało się nam zdobyć tylko bazę, ale zamiast Rysów zrobiliśmy wspaniąłą trasę przez Świstówkę Roztocką do Pięciu Stawów i z powrotem przez Szpiglasową. Dodatkowo nocne opady śniegu zafundowały nam niemal bajkową scenerię.

Może następnym tematem będzie 10 miejsc w które chcę pojechać w przyszłym roku?

Ewa

Dolomity, ferrata Strobel- czyli wakacji we Włoszech ciąg dalszy.

Poprzedni wpis zainspirował mnie do kolejnego w bardzo prosty sposób- z Wenecji pojechaliśmy do Cortiny d`Ampezzo, gdzie spędziliśmy tydzień. Naszym celem były ferraty. Tematem dzisiejszego wpisu będzie wycieczka na jedną z nich, w mojej ocenie najprzyjemniejszą- ferratę Michielli Strobel.

Nasza przygoda z tą ferratą zaczęła się w dość ciekawy sposób. Pewnego wieczoru zostaliśmy zagadnięci przez sąsiadów z namiotów obok (a była to jedenastoosobowa grupa Polaków), z których część postanowiła przejść rzeczoną ferratę. Wyszli rano, miało ich nie być 3 godziny a właśnie mijała 9 (słownie- dziewiąta) godzina jak ich nie ma. Mając już kilkudniowe doświadczenie w posługiwaniu się przewodnikiem Dariusza Tkaczyka (w szczególności interpretacji czasów przejść- widać nasi nowi znajomi jeszcze tej umiejętności nie posiadali) zapewniliśmy, że ich towarzysze z pewnością lada chwila się zjawią. Nie minęło pół godziny jak nasze słowa potwierdziły się, a nasi nowi sąsiedzi posiedli także kolejną, jakże niezbędą do przetrwania we Włoszech wiedzę- godziny zamknięcia sklepów są rzeczą świętą i zasada, że jeżeli jest popyt to pojawi się i podaż nie ma tu racji bytu. O godzinie 19 sklep na polu namiotowym zamykano, bez względu na to ile chcielibyśmy wydać.

Wracając do ferraty. Jak już pisałam, podobała mi się najbardziej, co nie znaczy że była idealna. Dużym mankamentem jest dojście do ferraty. Wydawać by się mogło, że to nie problem- ferrata znajduje się bardzo blisko kempingu Olympia, na którym się zatrzymaliśmy. Niestety blisko nie znaczy łatwo, prosto i przyjemnie- tak też było i w tym przypadku. Może to z powodu zmęczenia (w końcu był to 14 dzień mojego urlopu i trochę już miałam dość) ale podejście pod ścianę sypkim piargiem tak mi dało w kość, że zastanawiałam się czy nie zawrócić i nie spędzić dnia wylegując się przed namiotem. Pomysł ten całe szczęście nie doszedł do skutku i ruszyliśmy w górę. Klika widoków- na Col Rosę, szczyt na który również prowadzi bardzo przyjemna ferrata:

Na kemping Olymipa, na którym mieszkaliśmy:

Masyw Sorapis (po lewej) oraz leżąca w dole Cortina:

Myślę, że największą zaletą tej ferraty była jej trudność, a właściwie to brak trudności. Nie oznaczało to jednak nudy, podejście było naprawdę przyjemne i momentami obfitowało w dodatkowe atrakcje jak drabinki czy klamry:

oraz naprawdę piękne widoki- w dole Cortina, po prawej masyw Tofane:

Największą jednak atrakcją okazała się być pogoda która zafundowała nam burzę (a jak wiadomo burza na najeżonej żelastwem ferracie to nie lada atrakcja). Mieliśmy sporo szczęścia, bo burza dopadła nas gdy schodziliśmy w dół, w zasadzie to byliśmy już na przełęczy ale jeszcze lepiej byłoby, gdybyśmy wykazali się większym refleksem. Otóż gdy doszliśmy na szczyt było tam bardzo słowiańsko- oprócz nas byli tam Czesi i Rosjanie. Zrobiliśmy sobie dłuższy postój, zjedli śniadanie. W pewnym momencie na szczycie zostaliśmy sami, co tym bardziej nam odpowiadało, podziwialiśmy więc widoki na Cortinę i Tofane, sprawdzali zoom aparatu fotografując obiekty sportowe w Cortinie i nie zorientowali się, że nagłe zniknięcie pozostałych turystów ze szczytu może mieć coś wspólnego z nadciągającą burzą. Zebraliśmy się i biegiem w dół. Do przełęczy dotarliśmy jeszcze przed deszczem, ale dalej nie było szans. I cóż się okazało? Otóż mokry piarg jest dużo łatwiejszy w zejściu niż suchy. Wadą jest to że straszliwie brudzą się buty, ale samo zejście przypomina trochę chodzenie w ciężkim i mokrym śniegu. Tu Radek podczas zejścia piargiem:

Po dotarciu na pole okazało się, że w odpowiednich warunkach (nadciągająca burza, mokry piarg) czasy podane w przewodniku Dariusza Tkaczyka są nie tylko osiągalne, ale wręcz zawyżone;)

Była to nasza kolejna burza (dwa dni wcześniej burza z gradem dopadła nas przy zejściu z Tofany di Rozes), doszliśmy więc do wniosku że czas się zbierać i kolejnego dnia wyruszyliśmy w podróż powrotną do domu.

Ewa

Wenecja w jeden dzień, czyli wspomnień z wakacji ciąg dalszy

Był Gdańsk, o którym pisałam że przypomina mi Wenecję to teraz czas na Wenecję. To był mój pomysł, aby na zaplanowanej na tegoroczne wakacje trasie przez północne Włochy znalazła się Wenecja. Koleżanka powiedziała mi- będziesz rozczarowana. Nie jestem, ale o tym za chwilę.

Na Wenecję przeznaczyliśmy jeden dzień. Dni przed i po zajmowała nam podróż- do Wenecji dotarliśmy z Doliny Aosty, z Wenecji ruszyliśmy do Cortiny d`Ampezzo. Wcześniej przeczytałam chyba wszelkie możliwe strony pod hasłem „Wenecja w jeden dzień”. A jak przebiegał ten jeden dzień?

Zaczęliśmy od zbyt wczesnej pobudki. Piszę zbyt wczesnej, bo pomimo faktu że przed 7 rano byliśmy na nogach, nie było szans zjeść śniadania (chyba że zadowolilibyśmy się wczorajszym pieczywem)- sklep na polu otwierano o 8. Śniadanie musiało być szybkie, bo o 8,20 już czekaliśmy na przystanku autobusowym do Wenecji. Tu wypadałoby dodać, że zatrzymaliśmy się na kempingu kilkanaście km przed Wenecją, co nie zmienia faktu że był to najdroższy kemping w naszym życiu…

Ok. godziny 9 docieramy do Wenecji i wsiadamy w tramwaj wodny, który ma nas dowieźć do Placu św. Marka . Warto kupić mapkę za 2E, na której rozrysowane są wszystkie linie tramwajów wodnych bo to naprawdę najlepszy środek komunikacji oraz bilet dobowy (jeżeli oczywiście zamierzamy korzystać z tramwajów wodnych więcej niż do i z placu św. Marka). Moje pierwsze wrażenia:

Okazało się, że tramwaj dopływa tylko do mostu Ponte Rialto. Z wyjaśnionych po włosku przyczyn (których niestety z braku znajomości włoskiego nie znamy) musieliśmy wysiąść. Podążając za znakami Piazza San Marco, po mniejszych i większych perypetiach, dotarliśmy do Placu św. Marka a w zasadzie do Pałacu Dożów.

Nie pamiętam ile kosztował bilet, ale wierzcie mi- wejście do Pałacu Dożów warte jest każdych pieniędzy!!! Niestety w najwspanialszych miejscach nie można robić zdjęć:( Tyle udało mi się uchwycić:

Z samego zwiedzania pałacu zapamiętałam tylko, że ustrój polityczny Wenecji był więcej niż skomplikowany.

Kolejnym punktem była Bazylika św. Marka. Jej wnętrze mocno przypominało mi Hagia Sophia w Stambule.

Kolejnym punktem był obiad (a jak- spaghetti) na który wybraliśmy się do dzielnicy San Polo oraz spacer po okolicznych sklepach. I tu dopadło mnie wielkie rozczarowanie. Szkło Weneckie w większości z nich pochodziło z Chin!!! Prawdziwe szkło weneckie mieliśmy okazję podziwiać na Murano, które było naszym kolejnym punktem. Warto było się tam wybrać, gdyż oprócz piękna wąskich uliczek i romantycznych kanałów otrzymywaliśmy spokój, którego w samej Wenecji tak bardzo brak.

Ostatni punkt to Campanila- dzwonnica na Placu św. Marka. Wjazd na wieżę gwarantuje niezapomniane widoki na jedno z najbardziej atrakcyjnych turystycznie miast świata:

Co mogę doradzić osobom zastanawiającym się nad wyjazdem do Wenecji?? Jedno- jechać!!! Nie dajcie sobie wmówić że śmierdzi, że brzydko, że drogo (to akurat prawda, ale wszędzie jest drogo) czy że się rozczarujecie. Chcesz wiedzieć jak jest? Sprawdź to! Podczas mojego pobytu poziom wody w lagunie był naprawdę niski, a pomimo że był to środek lipca żadnego zapachowego dyskomfortu nie odczułam. Turyści? Owszem, jest ich dużo, ale nie mniej niż na Krupówkach w tym samym czasie. Ceny? Wysokie, ale pewnie więcej już tu nie przyjedziesz więc lepiej przymknąć oko. To mogę napisać z pełnym przekonaniem- zobaczyć Wenecję naprawdę warto.

 Ewa

Wspomnień z wakacji część 1- Gdańsk.

Gdybym mogła wybrać w jakim mieście chcę mieszkać z pewnością byłby to Gdańsk. Gdy po raz pierwszy przyjechałam do Trójmiasta, najbardziej rzuciły mi się w oczy kolory. Na tle Śląska na którym mieszkam, Trójmiasto wydawało się takie jasne. Teraz dochodzę do wniosku, że to Śląsk jest taki szary, ale mniejsza o to. W tym roku miałam okazję spędzić w Gdańsku dwa dni i starałam się wykorzystać ten czas do maksimum.

Zaczęliśmy klasycznie od powitania z Neptunem:

Następnie oglądaliśmy Dwór Artusa i przylegającą obok kamienicę mieszczańską:

Komunikacji nie ułatwiał trwający akurat Jarmark Dominikański (mój przyjaciel, rodowity Gdańszczanin, unika w tym okresie centrum Gdańska jak ognia- rozumiem czemu) ale mimo to udało nam przejść się po zabytkowym centrum i dotrzeć do kościoła Mariackiego:

W kościele oglądaliśmy kopię jednego z najsłynniejszych dzieł malarskich znajdujących się w Polsce- Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga. Akurat trafiliśmy na grupę oprowadzaną przez przewodnika i od niego usłyszeliśmy, że jeżeli ktoś będzie miał okazję, to koniecznie należy obejrzeć znajdujący się w Gdańskim Muzeum Narodowym oryginał. Kopia wisząca w Bazylice jest anonimowa – jest podobno tak kiepska że autor nie chciał się do niej przyznać.

Kolejnym punktem naszego programu było Muzeum Morskie, a konkretnie jego trzy oddziały: Żuraw

muzeum na Wyspie Spichrzów oraz statek Sołdek:

Żurawia będącego jednym z symboli Gdańska polecam każdemu. To ciekawe uczucie, gdy znajdujemy się na ostatniej kondygnacji i patrząc pod nogi widzimy tylko wodę.

Sołdek, czyli pierwszy statek wybudowany z Polsce po II Wojnie Światowej, jest również punktem, którego nie warto przegapić. Najlepszą relacją z pokładu Sołdka będzie relacja fotograficzna:

Muzeum na Wyspie Spichrzów, jakkolwiek świetnie zorganizowane, polecam jedynie koneserom historii.

Jako że przyszło nam spędzić w Gdańsku dwa dni, dzień drugi rozpoczęliśmy od Muzeum Narodowego oraz Sądu Ostatecznego. W 100% podpisuję się pod słowami przewodnika zasłyszanego w kościele Mariackim – kopia nie oddaje nawet w połowie magii oryginału:

Ostatnim miejscem które udało nam się zwiedzić jest Gdański Ratusz. Wnętrze sali czerownej od razu przywiodło nam wspomnienia ze zwiedzanego miesiąc wcześniej Pałacu Dożów w Wenecji:

Nie było to przypadkowe. Otóż wystrój sali czerwonej był autorstwa weneckiego architekta.

Wystawa w Ratuszu poświęcona jest historii Gdańska, dla osób zainteresowanych tematem z pewnością będzie ciekawa. Muszę przyznać, że mnie również mocno wciągnęła, choć do fascynatów historii nie należę.

Mówiąc o Gdańsku zawsze nazywam go najpiękniejszym miastem w Polsce, co z pewnością nie jest obiektywne. Ale czy można obiektywnie stwierdzić że coś jest najpiękniejsze? W tym miejscu przychodzi mi na myśl przysłowie: cudze chwalicie, swego nie znacie (bo podejrzewam że więcej Polaków widziało piramidy w Egipcie niż Żurawia) i zachęcić do odwiedzenia jednego z najpiękniejszych miast w Polsce.

Ewa

Babie lato na Pilsku

Grzechem byłoby nie skorzystać z jak pięknej jesieni jaką mieliśmy w tym roku. Zeszłej niedzieli za cel obraliśmy Pilsko. O godzinie 9 rano zaparkowaliśmy w centrum Korbielowa i jakież było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy ile osób wpadło na ten sam pomysł!

Jako drogę wejściową do schroniska na Hali Miziowej obraliśmy szlak żółty- chyba najprzyjemniejszy ze szlaków. O tej porze roku całą drogę pokonaliśmy dywanem z liści:

Ilość ludzi w schronisku zaskoczyła nas jeszcze mocniej niż zatłoczony parking. Sporą grupę stanowili amatorzy dogtrekkingu oraz ich czworonożni towarzysze.

Nie wiem czy to przypadek, czy ma to jakieś meteorologiczne wyjaśnienie ale najpiękniejsze widoki w górach zdarza mi się mieć jesienią. Nie chodzi jedynie o barwy natury, ale o wspaniałą przejrzystość powietrza. Widok, jaki roztaczał się ze szczytu Pilska był z pewnością jednym z najpiękniejszych jakie zdarzyło mi się widzieć. Cała panorama Tatr: od lewej Tatry Bielskie z Hawraniem, poprzez Tatry Wysokie (bardzo dobrze widoczny Gerlach), charakterystyczny Krywań, aż po Tatry Zachodnie:

Wielki Chocz i towarzyszące mu Choczskie Wierchy, w tle Tatry Niżne:

Mała Fatra wraz z Wielkim Rozsutcem i Krywaniem Fatrzańskim:

Wreszcie nasze rodzime tereny- z Babią Górą na pierwszym planie:

Spędziliśmy na szczycie dłuższą chwilę jedząc drugie śniadanie i wylegując się w słońcu. Spoglądając wstecz, nie przypominam sobie tak pięknej aury pod koniec października.

Na dłuższy postój pozwoliliśmy sobie również w schronisku. Tak naprawdę to pierwszy raz w życiu miałam okazję posiedzieć tam dłużej. Jest to jedno z nowszych schronisk w naszych górach. Pamiętam że początkowo na pierwszym piętrze znajdowała się restauracja. Pomysł całe szczęście upadł i dzisiaj można się tam czuć całkowicie swobodnie, choć pewnie trochę czasu upłynie zanim miejsce to zyska prawdziwie górski klimat.

Ze schroniska ruszyliśmy grzbietem w stronę Sopotni Wielkiej. Był to bardzo dobry pomysł, gdyż na całej trasie spotkaliśmy jedynie dwie niewielkie grupy turystów. Na przełęczy Przysłopy odbiliśmy niebieskim szlakiem w dół, z powrotem do Korbielowa.

Z pięknej pogody korzystali nie tylko wycieczkowicze. Na zdjęciu poniżej stado owiec i kóz (zaganianych przez dwa psy), które również spędzały czas na świeżym powietrzu (choć turystyką bym tego nie nazwała;)).

Teraz pozostaje nam trzymać kciuki, aby piękna jesienna pogoda utrzymała się jak najdłużej- przed nami perspektywa kilku dni w Tatrach, a tam już niestety aura o tej porze roku może nie być taka łaskawa.

Ewa