Wejherowo i okolice

Jak już pisałam w poprzedniej notce, przez kilka lat większość letnich wakacji spędzałam na Kaszubach. W tym roku musiałam zawrzeć jak najwięcej atrakcji, które oferuje ten rejon w kilka dni. Plan wyjazdu była naprawdę intensywny, wielowariantowy (wszakże pogoda zmienną jest) i nie został niestety zrealizowany w całości. W tym tekście chciałam się skupić, na atrakcjach jakie oferuje Wejherowo i najbliższa okolica- był to ostatni dzień naszego pobytu tutaj.

Poranek zaczął się paskudnym deszczem, co nie nastrajało optymistycznie. W planach mieliśmy zwiedzanie Wejherowa z przewodnikiem. Najciekawsza w Wejherowie jest Kalwaria- zespół zabytkowych kaplic, rozmieszczonych na wzgórzach na obrzeżach miasta. Tak więc dobra pogoda przy zwiedzaniu byłaby wskazana. Dotarliśmy pod pomnik Jakuba Wejhera- założyciela miasta i stamtąd, pod opieką przewodnika ruszyliśmy na spacer po mieście. Rozpoczęliśmy od Ratusza, który mieliśmy okazję zobaczyć wewnątrz. Na zdjęciu sala poświęcona kulturze kaszubskiej:

Kolejnym punktem był Klasztor z cudownym obrazem:

oraz kryptą:

Następnie park:

I wreszcie Kalwaria. I tu mieliśmy ogromne szczęście wybierając spacer z przewodnikiem, gdyż normalnie zamknięte kaplice moglibyśmy co najwyżej obejść z zewnątrz. A tak cztery z nich (bo tylko tyle było w programie wycieczki) zobaczyliśmy w środku. Wnętrze Pałacu Piłata z charakterystycznymi, rzymskimi kolumnami:

Najpiękniejsza z kapliczek zbudowana na planie róży, kapliczka poświęcona stacji w której Jezus spotyka swoją matkę:

Kapliczka ufundowana została przez Elżbietę, pierwszą żanę Jakuba Wejhera. Ciekawostką jest, że namiot, który namalowany jest za ołtarzem, prze 300 lat przykryty był białą farbą. Odkryty został całkowicie przypadkowo, w czasie ostatnich prac konserwatorskich. Tu trzeba dodać, że były to prace na dużą skalę i cała Kalwaria jest przepięknie odrestaurowana.

Kolejnym miejsce które oglądaliśmy była Krokowa. Znajduje się tu zabytkowy kościół św. Katarzyny oraz pałac, w którym obecnie mieści się restauracja i hotel.

Z Krokowej pojechaliśmy nad jezioro Żarnowieckie. Pogoda co prawda się poprawiła, ale w dalszym ciągu nie zachęcała do kąpieli. Pozwalała jednak cieszyć się widokami z Kaszubskiego Oka- wieży widokowej znajdującej się przy górnym zbiorniku elektrowni szczytowo- pompowej:

Wieża mieści się w Gniewinie, które to określane jest jako najbogatsza wieś w Polsce. Coś w tym musi być, bo wjazd i zjazd z wieży kosztują więcej niż w Pałacu Kultury w Warszawie…

Dzień zakończyliśmy w Karwi spacerując po plaży i jedząc gofry- jak przystało nad polskiem morzem.

Niestety nie starczyło czasu na: spływ Piaśnicą do Dębek, spacer po Parku Krajobrazowym w Białogórze, Łebę oraz słynne ruchome wydmy. Dodatkowo pogoda sprawiła że o kąpieli czy w jeziorze czy w morzu mogliśmy zapomnieć. Ale to nic, bo oznacza to że mamy program na kolejny przyjazd.

Ewa

Nie tylko góry- Groty Mechowskie

Nie wiem ile razy zdarzyło mi się przejść szlak turystyczny, który nie był szlakiem górskim. Pewnie niewiele. Dlatego chciałbym opisać szlak, jaki z pewnością mogę zaliczyć do kategorii szlaków nie-górskich.

Czas akcji: sierpień 2013;

Miejsce akcji: Kaszuby, Puszcza Darżlubska, gdzieś między Wejherowem a Puckiem;

Osoby: Ewa i Radek

Zacznę od tego, że Kaszuby były jednym z moich ulubionych miejsc na wakacje w czasie studiów. Wróciłam tam po 4 latach, z ambitnym zamiarem pokazania mojemu mężowi jednego z najpiękniejszych regionów w Polsce. I tak pierwszym punktem naszego programu stały się Groty Mechowskie. Słyszałam o tym miejscu bardzo dużo i były to skrajnie różne opinie. Począwszy od zachwytów nad jedynym tego typu zjawiskiem w Polsce, skończywszy na opinii że to dziury, w których nie ma co oglądać. Czas sprawdzić na własne oczy. Godzina 11 rano, Jezioro Dobre, starujemy!

W zasadzie cały szlak wiedzie przez las:

Momentami zbliżamy się do okolicznych wsi, co rozpoznajemy po szczekaniu psów, tudzież innych odgłosach gospodarskich.

Największą atrakcją szlaku, są ogromne głazy narzutowe (mniej więcej w połowie trasy Jezioro Dobre- Mechowo). Pierwszy z nich to Boża Stópka. Żeby ją znaleźć należy nieznacznie odbić ze szlaku w kierunku Świecina. Łatwiej jest to zrobić w drodze powrotnej, gdyż rzuca się wtedy w oczy tablica informacyjna. Przyznam że Boża Stópka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, aby ją uwiecznić. Co innego Diabelski Kamień:

Nie da się go nie znaleźć. W górach taki głaz byłby mało zaskakujący, tutaj było to dosyć dziwne wrażenie- zielono, zielono i nagle skała.

Sam szlak jest dość monotonny w porównaniu z górskimi szlakami. Momentami wiedzie przez tereny bagniste. Nie radziłabym tam odbijać ze szlaku.

Widać było że w lesie jest sporo zwierzyny- naliczyłam w sumie 5 saren, wszystkie jednak biegały szybciej niż ja fotografuję. Tu uwieczniłam jedynie ślady bytności zwierząt:

Ostatni kilometr szlaku wiedzie przez Mechowo. Jest to bardzo przyjemna wieś, w centrum znajduje się śliczny kościół pod wezwaniem Świętych Jakuba i Mikołaja. Polecam, naprawdę warto zajrzeć. Wnętrze utrzymane jest w barokowym stylu, wystrój zaś nawiązuje do tradycji myśliwskich- żyrandol zrobiony jest z poroża.

Wreszcie dochodzimy do celu podróży- grot.

W tej chwili mogę potwierdzić większość opinii jakie o tym miejscu słyszałam, za wyjątkiem jednej- że nie warto tu przychodzić. Otóż nieprawda. Fakt- groty nie są imponującej wielkości, ich przejście to 30 sekund z zegarkiem w ręku, a najciekawsza część nie jest udostępniona zwiedzającym. Ale są czymś unikatowym, czymś czego jeszcze nigdy nie widziałam i w zasadzie nie bardzo wiem do czego to porównać.

Największe wrażenie zrobił na mnie widok z zewnątrz, może się wydawać,że to brama do wejścia w głąb ziemi. Uczucie to potęgują skalne filary przy wejściu i wyjściu z grot.

Drogę powrotną przemierzyliśmy tą samą trasą i późnym popołudniem znaleźliśmy się zwonu nad jeziorem:

Groty Mechowskie polecam wszystkim, którzy nie szukają spektakularnych wrażeń w stylu „jak góry to tylko Tatry” ale chcą zobaczyć coś niepowtarzalnego.

I na koniec zdjęcie jednego z drogowskazów jakie mijaliśmy chodząc po lesie:

 Ewa

U sąsiadów – Girowa.

Nasza trasa rozpoczęła się w Jaworzynce, a właściwie na przejściu granicznym Hrcava-Jaworzynka. Żółtym szlakiem, przez kwieciste duże łąki, z widokami na okoliczne góry doszliśmy do miejsca nazwanego na mapie Na Dilku. Przyjemnie jest patrzeć na łąki, które są albo koszone, albo „zjadane” przez krowy lub owce.

 

Do tego momentu szlak jest bardzo łagodny. Najpierw odchodzą znaki zielone, a następnie dochodzimy do znaku czerwonego, którym dość stromo podchodzimy na grzbiet. Przez Komorovsky Grun przechodzimy trochę lasem, trochę polanami. Od czasu do czasu z widokiem na Małą Fatrę. I tak dochodzimy do Chaty Girorva. Schronisko jest przyjemne, ale my idziemy krótkim i stromym podejściem na szczyt.

A na szczycie jagody, jeżyny i trochę zakryty przez drzewa widok na Małą Fatrę.

 

Po dłuższym odpoczynku schodzimy ze szczytu i szlakiem zielonym idziemy do drogi na Hrcavą. Początkowo stromo przez las, potem widokowymi łąkami dochodzimy do asfaltu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Hrcovej przy drewnianym kościele i dochodzimy do punktu wyjścia.

Girowa to tak naprawdę dłuższy spacer, a nie wielka górska wyprawa. Co nie zmienia faktu, że jest to spacer przyjemny i godny polecenia.

Radek

Stożek od południa

Stożek zawsze kojarzy nam się z Wisłą, a przecież nie tylko z tej strony można na niego wejść.

Nasz trasa rozpoczęła się w Istebnej Andziołówce przy zielonym szlaku. Nie poszliśmy jednak szlakiem, ale skręciliśmy w prawo, zgodnie z drogowskazami na izbę pamięci Jerzego Kukuczki.

Kto tam nie był, to warto ją zobaczyć i przypomnieć sobie postać najwybitniejszego polskiego himalaisty.

Z izby idziemy dalej drogą do końca przysiółku i skręcamy w lewo. Droga wiedzie przez las wzdłuż strumienia a czasem koło wysoko położonych domów. Po drodze mijamy urokliwa kapliczkę i ołtarz.

W końcu dochodzimy do dużej polany, na której spotykamy żółty i zielony szlak.

Trochę poniżej można także spotkać owieczki.

Żółtym i zielonym szlakiem, przechodząc przez duże obszary wyciętego lasu, z wspaniałymi widokami na Beskid Śląski, Żywiecki a nawet Tatry, docieramy na Kiczory.

 

Potem już tylko obowiązkowe zdjęcie na Kyrkawicy i Stożek.

Radek

Na niepogodę Kotlina Kłodzka! Część III- Polanica.

Następnego dnia postanowiliśmy odwiedzić naszych południowych sąsiadów. Po Czeskiej stronie leży miasteczko Nachod wraz z przepięknie położonym na wzgórzu zamkiem. Widok z zamku na rynek Nachodu:

Zamek udostępniony jest do zwiedzania na trzech trasach. Atrakcją wybranej przez nas trasy były drewniane, ręcznie malowane sufity. Dodatkowo zamek zamieszkały jest przez dwa brunatne misie o różnym temperamencie- jedne przez dłużą chwilę nie poruszał się wcale, drugi nie zatrzymywał.

Wracając do zamku. Jest naprawdę duży. Co za tym idzie, ciężko go utrzymać. Akurat w czasie kiedy tam byliśmy najwyższa wieża była w remoncie, szkoda.

Widać że cały obiekt wymaga jeszcze wielu prac konserwatorskich.

Pomimo faktu że przyroda jeszcze nie do końca obudziła się do życia, bardzo podobały mi się ogrody:

Trochę przypominały ogrody w Książu. Zresztą cały zamek trochę przypominam mi Książ, może to przez tę wielkość? Jednak w porównaniu do Książa przebudowanego przez hitlerowców tak że wnętrza zatraciły cały swój pierwotny charakter, Nachod ma wnętrza dość dobrze zachowane.

Pogoda nie zachęcała do spacerów, więc po drobnych zakupach wróciliśmy do Polski. Tuż za granicą znajduje się cudowne źródełko Matki Boskiej z kapliczką:

Legenda głosi że za sprawą wody ze źródełka ustała niegdyś epidemia cholery.

Ze źródełka pojechaliśmy do ostatniego kłodzkiego uzdrowiska jakie udało się nam obejrzeć- Polanicy. Na tle Dusznik czy Kudowy Polanica to perełka. Śliczne, zadbane miasteczko, z neobarokowym kościołem:

wspaniałym parkiem zdrojowym:

fontanną:

niedźwiadkiem polarym (którego się spoooro naszukaliśmy)

Dodatkowo jest tu dużo miejsc w których można usiąść, zjeść coś, napić się kawy- ani Kudowa ani Duszniki tego nie miały.

W tle pijalnia wody Wielka Pieniawa:

Woda w Polanicy jest bardzo delikatna, myślę że będzie smakować każdemu. Żal było stamtąd wracać.

Zawsze po powrocie planuję kolejny wyjazd w rejony, które zrobiły na mnie wrażenie. Przyznam, że Góry Stołowe i uzdrowiska w Kotlinie Kłodzkiej takim rejonem nie są- nie zastanawiam się kiedy tu wrócę i co mogłabym jeszcze zobaczyć. Pomimo tego, wspominając pogodę jaką uraczył nas miniony weekend majowy, myślę że to miejsce było świetnym wyborem. Poza opisanymi atrakcjami byliśmy jeszcze na Szczelińcu i w Wambierzycach. Zastanawialiśmy się nad wycieczką do Pragi- działa tu wiele biur podróży oferujących jednodniowe wyjazdy w dość atrakcyjnej cenie. Nie zdążyliśmy zwiedzić muzeum zabawek, skansenu w Kudowie, muzeum zapałek w Bystrzycy Kłodzkiej oraz wielu innych atrakcji. Jedyny pogodny dzień poświęciliśmy na Śnieżnik, na który na pewno jeszcze wrócę- biorąc pod uwagę mnogość szlaków prowadzących na ten szczyt marzy mi się coś w rodzaju tydzień na Śnieżniku, codziennie inną drogą.

Podsumowując- wolę trochę wyższe góry. Góry Stołowe mniej przypominały mi góry, a bardziej Jurę Krakowsko- Częstochowską.

Ewa

Na niepogodę Kotlina Kłodzka! Część II- Kudowa.

Drugiego dnia stwierdziliśmy że żadne pogoda nie będzie nam dyktować gdzie mamy chodzić a gdzie nie i wybraliśmy się na Błędne Skały. Podeszliśmy z Bukowiny Kłodzkiej zamiast wjeżdżać klasyczną drogą Aleksandra. Były to dwie godziny chodzenia w deszczu.

 

Błędne Skały, jakkolwiek ciekawe, nie będą moim ulubionym miejscem- ani w górach Stołowych ani w ogóle. Chyba jednak nie lubię się tak przeciskać. Ale zobaczyć warto.

Wracając do Kudowy (tam mieliśmy nocleg) postanowiliśmy zobaczyć ruchomą szopkę (mieści się ona w prywatnym domu):

oraz Kaplicę czaszek w Czermnej. Kosztowało nas to dłuższą chwilę spędzoną w kolejce do wejścia, ale było warto.

Jest to jedyna kaplica czaszek w Polsce, gdzieś wyczytałam że w Europie są cztery. Wybudowana w XVIIIw przez księdza Wacława Tomaszka, przypomina najstarszą i najbardziej oczywistą prawdę: z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Tu słowa te możemy zobaczyć na własne oczy.

Popołudnie spędziliśmy spacerując po Kudowie. A w zasadzie to mieliśmy je tak spędzić, ale w parku zdrojowym natknęliśmy się na park linowy. Tak więc po południe spędziliśmy spacerując (wisząc???) po parku linowym:

oraz rozmasowując wyeksploatowane w parku linowym kończyny.

Widok na pijalnię:

bo nie obeszło się również bez wizyty w pijalni. Wody dostępne w Kudowie mają dość wyrazisty smak, ale przyjemny.

Ogólnie Kudowę oceniam pozytywnie. Największym atutem jest dużo miejsc spacerowych. Największą wadą informacja turystyczna. W Kudowie nawet nie warto do niej zaglądać. Panie nie potrafiły odpowiedzieć na żadne pytanie i w nieprzyjemny sposób komentowały przychodzących ludzi.

I na koniec kilka zdjęć budynków, które mi szczególnie przypadły do gustu:

Ewa

Na niepogodę Kotlina Kłodzka! Część I- Duszniki.

Weekend majowy jaki był, każdy widział. Szczęśliwie spędziłam go w miejscu, w którym nawet w niepogodę nie można narzekać na nudę-  w Kotlinie Kłodzkiej. Co oczywiście nie zmienia faktu, że najlepiej wspominam jeden dzień, w który pogoda dopisała. Ale o tym później.

Pierwszego maja, w zasadzie od wyjazdu z Zabrza towarzyszył nam deszcz. No nic, jedziemy. Plany na pierwszy dzień były ambitne- spragnieni gór i ruchu, z dużą ilością energii mieliśmy przejść największe atrakcje Gór Stołowych- Szczeliniec Wielki oraz Błędne Skały. Rzeczywistość okazała się jednak bezlitosna i musieliśmy zadowolić się spacerem z Lisiej Przełęczy na Skały Puchacza i z powrotem. Trasa była bardzo przyjemna, niestety wszechobecna mgła powodowała że nie widoki ograniczyły się do okolicznych skałek.

Jeżeli więc nie góry, to co? Uzdrowiska! Na pierwszy ogień poszły Duszniki. Uzdrowisko znane z faktu że niegdyś przebywał tu Fryderyk Szopen. Miasteczko posiada śliczny rynek:

z pręgierzem…

Nieopodal znajduje się Kościół Świętego Pawła:

ze słynną amboną w kształcie otwartej paszczy wieloryba:

Jedną z największych atrakcji nie tylko Dusznik, ale i całej Kotliny Kłodzkiej jest muzeum papiernictwa, które mieści się w barokowym, ślicznie odrestaurowanym budynku:

W muzeum dowiedzieć się można m.in. o powstaniu i historii papieru, ale także można wyprodukować papier samemu (oczywiście za opłatą:)). Ja zadowoliłam się zakupem kilku kartek okazjonalnych z papieru czerpanego produkowanego w Dusznikach.

Skoro Duszniki to Zdrój, to czas na pijalnię wody oraz park zdrojowy:

wraz z Dworkiem Szopena:

Każdego dnia długiego weekendu odbywały się tu koncerty. Na niepogodę jak znalazł.

Duszniki zrobiły na mnie wrażenie pozytywne, są jednak niewielkim uzdrowiskiem. Woda smaczna, będzie w szczególności smakowała tym, dla których woda to woda a nie ciemniejącą ciecz o nieciekawym zapachu. Czego mi brakowało? Park zdrojowy wyglądał trochę jak opuszczony:

Myślę że to akurat zasługa pogody, ale w mojej pamięci Duszniki pozostaną trochę niczym uzdrowisko- widmo.

I na koniec, nie wypadałoby nie wspomnieć o informacji turystycznej, którą Duszniki miały najlepiej zorganizowaną i zaopatrzoną ze wszystkich odwiedzonych przez nas w Kotlinie Kłodzkiej miejsc. Będąc na rynku naprawdę warto tam zajrzeć, choćby po bardzo praktyczny plan miasta.

Ewa

Spacer po Warszawie

Nieczęsto zdarza mi się bywać w stolicy a już na pewno nie dla przyjemności. Tym razem jednak mój wyjazd był czysto towarzyski. Zwłaszcza że wyprawa przebiegała we Wspaniałym Towarzystwie;)

W zasadzie wyprawa to bardzo duże słowo bo w Warszawie spędziłam równo 40 godzin. Niewielka część była przeznaczona na sen (i tu po raz kolejny ukłony w stronę mojego towarzystwa) a samej Warszawie poświęciłam zaledwie 5 godzin. Co można zobaczyć w tym czasie?

Spacer zaczęłyśmy (a tak zaczęłyśmy, tym razem zostawiłam męża w domu i spędziłam weekend w całkowicie damskim towarzystwie) w śródmieściu, skąd przeszłyśmy w stronę Rynku Starego miasta. Po drodze minęłyśmy budynek Teattu Wielkiego Opery Narodowej:

 

oraz Nike:

A tu już na Rynku:

 

Odwiedziłyśmy koścół św. Anny:

 

Zajrzały na dziedziniec Zamku Królewskiego:

 

 A także do Katedry św. Jana:

 

W zeszłym roku miałam okazję zajrzeć do Katedry, ale niestety zobaczyłam tam jedynie rusztowania- trwał gruntowny remont.

Kolejne odwiedzone przez nas miejsca to mury i barbakan:

oraz pomnik małego powstańca:

Obok takich miejsc nie przechodzi się w Warszawie obojętnie. Dla mnie to jedyne miasto w Polsce, w którym w zgiełku dnia codziennego wpada się fragmenty historii, często w sensie dosłownym. Linia wyznaczająca niegdysiejszy mur getta. Fragment ściany Hali Mirowskiej, zawierający ślady po kulach. Tablica upamiętniająca miejsce śmierci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Wspomniany wcześniej pomnik małego powstańca. Wszystkie te miejsca znalazły się na mojej drodze zupełnie przypadkowo.

Spacer zakończyłyśmy w czasach powojennych- na tarasie widokowym Pałacu Kultury i Nauki. Nie wiem czy jest drugi budynek w Polsce, który budzi aż takie kontrowersje. Bo przypomina trudną historię? Chyba nie, takich miejsc jest w Warszawie dziesiątki. Bo bardziej wschodni a dziś jesteśmy bardziej zachodni? Może. Ale Pałac jest z Warszawą nierozerwalnie związany, daje świadectwo historii tego miasta. Uważam że nie można wymazywać kart historii, które nam się nie podobają. Bo w historii najważniejsze jest to, by była prawdziwa. Może gdy przeciwnicy Pałacu zabiorą się za niego w sensie dosłownym, tych kilka zdjęć zrobionych na tarasie pałacu będzie historyczną pamiątką?

Dziewczyny, dziękuję za wspaniały weekend.

Ewa

Zima w Krynicy

Mój pierwszy pobyt w Krynicy przypadł na majowy weekend. Jeśli chodzi o panujący tam gwar i zgiełk, Krynica przypominała mi wtedy Zakopane. Mimo to wrażenie pozostało pozytywne. W marcu tego roku, gdy po raz drugi zawitałam do Krynicy, zobaczyłam zupełnie inne miejsce. Takie samo, ale inne.

Podobnie jak w lecie, pobyt w Krynicy rozpoczęłam od Jaworzyny. Tym razem poznając uroki stacji narciarskiej, szczycącej się mianem najlepszej w Polsce. Już sam wjazd na parking uświadomił mi że to musi być prawda- jak inaczej można by wytłumaczyć konieczność zapłacenia za niego aż 10zł? Nie będę się rozpisywać na temat kolejnej stacji narciarskiej, podzielę się tylko jedną opinią: kolejkom gondolowym mówię stanowcze i zdecydowane nie.

Wracając do tematu- Krynica.

Nie będę odkrywcza, jeżeli napiszę że ogromne wrażenie robi na mnie architektura Krynicy. W okresie zimowym, gdy ruch turystyczny maleje, łatwiej widzieć uroki takich miejsc. W zasadzie przymykając oczy, można cofnąć się 100 lat wstecz i zobaczyć przedwojenny kurort. Ale nie tylko- nowa pijalnia to już budynek typowo socjalistyczny. Jak zwykle wybrałam najbardziej śmierdzącą wodę (Tadeusz, przy nim Zuber to sama przyjemność). W samej pijalni ruch zrobił się w porze poobiedniej, zwróciłam uwagę że byłam tam chyba najmłodsza. Tchnienie przeszłości można było poczuć korzystając z sanatoryjnych rozrywek- o 16 w sali koncertowej rozpoczął się występ chóru. Repertuar ambitny i klasyczny- m. in. Moniuszko. Po wyjściu (nie dotrwaliśmy pewnie nawet do połowy koncertu) czułam się jakbym naprawdę wróciła z podróży w czasie i tu już nie przedwojenna architektura była tego przyczyną.

Kolejnym punktem naszego pobytu w Krynicy była wizyta w Romanówce- willi mieszczącej muzeum Nikifora Krynickiego, słynnego malarza- prymitywisty. Twórczość Nikifora przypomina bazgroły dziecka wykonane kredkami świecowymi. Ale wrażenie, które powstaje jest takie, że zwykłe rzeczy, budynki, przedmioty stają się czymś bajkowym czy wręcz fantastycznym. Malarstwo było dla mającego trudności w porozumiewaniu się z otoczeniem Nikifora (słabo słyszącego i z wadą wymowy) sposobem wyrażania siebie. Patrzenie na jego prace jest jak patrzenie spod przymkniętych powiek na Krynicę- można przenieść się w inny świat.

Myślą przewodnią tego tekstu, miała być próba spojrzenia na miejsce, będące jednym z bardziej znanych polskich uzdrowisk, w którym pozostał ślad dawnego piękna. Staram się przychylniej spoglądać na miejsca, odpychające mnie ogromnym ruchem turystycznym, którego przecież nie sposób ignorować a przez który nie warto ich omijać. Żal mi tylko widząc nową zabudowę, często kompletnie gryzącą się z pierwotnym charakterem miejsca, a niestety w Krynicy (podobnie jak np. w Szklarskiej Porębie) zjawisko to jest bardzo widoczne. I na koniec pijalnia Jana, w której byliśmy jedynymi gośćmi.

Ewa

Stacja Narciarska Wierchomla

Po ubiegłorocznym weekendzie majowym spędzonym w Beskidzie Sądeckim, postanowiłam sprawdzić jak te okolice prezentują się zimą. Mój wybór padł na Wierchomlę i znajdującą się tam stację narciarską Dwie Doliny.

Stacja położona jest na stokach szczytu Pusta Wielka, posiada 11 wyciągów (w tym dwie kanapy) i 6 km oświetlonych tras. Wybraliśmy się poza sezonem- wg. cennika SN sezon kończy się na początku marca- i był to bardzo dobry wybór. W zasadzie zapomniałam jak wygląda kolejka do wyciągu.

Pierwszy dzień rozpoczęliśmy miłą niespodzianką- karnet popołudniowy od 15 do 18 był w cenie 25 złotych a warunki naprawdę znośne. Potem już niestety nie było tak komfortowo, trasy ratrakowane były codziennie rano, co przy dodatnich temperaturach gwarantowało przyjemną jazdę mniej więcej do godziny 13-14. Nie wiem jak to wygląda w sezonie, ale gdyby trasy dodatkowo przygotowywane były w ciągu dnia, z pewnością wybrałabym się jeszcze na jazdę wieczorną. Zawsze mnie zastanawia, czy to takie duże obciążenie dla ośrodka zamknąć trasę i przygotować do dalszej jazdy?

Jak już wspominałam, ruch naprawdę niewielki do czego dostosowano liczbę działających wyciągów. W ciągu tygodnia mojego pobytu dwa z nich nie ruszyły ani razu. Nie miało to jednak żadnego znaczenia ani na długość kolejek ani na połączenie między dwiema dolinami. Co do samego połączenia, to jest ono możliwe do ok. godziny 17- do tej godziny jeździ orczyk Frycek, który to połączenie zapewnia. Tyle w teorii, bo praktyka wyglądała tak, że trasa pod krzesełkiem do Szczawnika nie jest przygotowywana, że zacytuję jednego z sąsiada z wyciągu: „to nie jest jazda, to jest walka” więc nie ma tam po co zjeżdżać. Zjechaliśmy z ciekawości, mimo ostrzeżeń innych narciarzy. To co zobaczyliśmy wytłumaczyło nam dlaczego z samego rana tak wiele ludzi ze Szczawnika zjeżdża do Wierchomli aby tu jeździć. Jeżeli ktoś wynajął kwaterę w Szczawniku, to żeby pojeździć w dobrych warunkach, łatwiej, szybciej i taniej dostanie się do krzesełka w Wierchomli wyciągami niż gdyby miał dojechać do dolnej stacji krzesełka samochodem.

Gdybym miała jednym zdaniem opisać trasy narciarskie, powiedziałabym: przyjemne i dla każdego.

Jedynie wielbiciele czarnych tras mogą czuć niedosyt- w Wierchomli nie ma ani jednej. Mnie szczególnie przepadła do gustu trasa nr 5 przy niechodzącym orczyku Płatek. Tutaj ruch był już naprawdę zerowy. Najgorzej wspominam trasę wzdłuż krzesełka do Szczawnika, ale to z powodu warunków i jest to zaniedbanie ze strony ośrodka. To też jest niestety cecha pobytów poza sezonem- standard usług bywa niższy.

Infrastruktura ośrodka w normie. Parkingi (bezpłatne) nie są co prawda tej wielkości co w Białce Tatrzańskiej ale pomieściły wszystkich gości i pomieściły by ich z pewnością więcej. Przy dolnej stacji kolejki są co najmniej 3 wypożyczalnie sprzętu. Na tle innych miejsc w których mieliśmy okazję jeździć w tym roku, ceny atrakcyjne. Wypożyczenie samych nart (bez butów, kijów czy kasku) to koszt ok. 20 złotych za cały dzień. Dla porównania: na Jaworzynie Krynickiej 25zł, w ON Wisła- Cieńków 30zł, Szczyrk 25 zł. W punktach gastronomicznych drogo. Nie jestem amatorem jadania poza domem, ale po dwóch godzinach na śniegu czuję potrzebę wypicia lub zjedzenia czegoś ciepłego. Co prawda na wyciągu widziałam reklamy: herbata z cytryną 3zł, szarlotka 4 zł ale jakoś w każdym miejscu do którego trafiłam za herbatę płaciłam od 5 złotych wzwyż. Cóż, z tego co dowiedziałam się od naszej gospodyni, Wierchomla ożywa zimą, latem turystów nie ma. Muszą zarobić w sezonie.

Co po nartach? A no to już zależy co kto lubi. Drugiego dnia po prostu poszliśmy spać. Chociaż określenie „padliśmy nieprzytomni” byłoby tu bardziej na miejscu. Dla osób liczących na bogate apres-ski Wierchomla nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Przy stacji wyciągu jest jakaś restauracja, jest też elegancki hotel ze strefą welness i basenem. Ale jeżeli ktoś nie jest amatorem takiego spędzania czasu, może tak jak my wybrać się na wycieczkę do którejś z sąsiednich miejscowości jak Piwniczna czy Muszyna. I też będzie to raczej spacer a nie pobyt w centrum rozrywki. Wyjątek oczywiście stanowi Krynica, ale o tym może napiszę kiedy indziej. Jednym z moich marzeń związanych z tym rejonem jest przejechać się koleją z Piwnicznej do Krynicy. Albo chociaż do Muszyny. Linia kolejowa biegnie tu niesamowicie malowniczo.

 

Czas na jakieś podsumowanie. Wierchomla jest miejscem, w które spokojnie wysłałabym moich rodziców jak również zapalonych narciarzy. Podobnie tych, którzy na urlopie szukają przede wszystkim spokoju i nie mają problemu z organizacją wolnego czasu. Rozczarowani mogą być Ci, którzy liczą na rozrywkę nie związaną z nartami ani urokiem przebywania w ciszy i z daleka od niektórych uroków tego świata (jak zasięg telefonów komórkowych na przykład).

Ewa